Zamknij

Żywot człowieka pobożnego

08.35, 04.12.2022 .
REKLAMA

Pełnia odrodzenia na ziemiach polskich to dopiero wiek XVI, kiedy nastąpił renesans antyku i całej spuścizny śródziemnomorskiej, gdyż średniowieczny szlak państwowy wiódł przez Cesarstwo Niemieckie do Rzymu. Jednym ze skutków protestacji Luterskiej było nowinkarstwo religijne, które dotarło również na ziemię wrzesińską i jej ówczesne centrum, czyli rejon Miłosławia.

Naturalną konsekwencją była kontrreformacja, gdyż papiestwo nie zamierzało poddawać się bez walki. Jednym z jej głównych heroldów był wywodzący się z Gniezna ks. HIERONIM POWODOWSKI (1543–1613), który studiował teologię w Padwie, Bolonii i Rzymie, a po powrocie do kraju był kanonikiem gnieźnieńskim i krakowskim oraz dworzaninem Stefana Batorego, na którego pogrzebie wygłosił mowę żałobną. Jest on autorem wydanego w 1586 Żywota świątobliwego Tomasza Zielińskiego, w latach późniejszych wielokrotnie zmienianego lub uzupełnianego w celach katechetycznych. 

Zieliniec leżał wtedy w województwie kaliskim i powiecie oraz dekanacie pyzdrskim. Pierwotnie występował pod nazwą Zielonydąb i Zieleniec. W XV wieku właścicielami wsi byli ZIELIŃSCY h. JELITA, a w XVI wieku przeszła w ręce TOMICKICH. 

Oryginał dzieła POWODOWSKIEGO jest nieosiągalny, ale trud rekonstrukcji postaci TOMASZA ZIELIŃSKIEGO podjął prof. JANUSZ DERESIEWICZ z Wrześni. Ustalenia swe opublikował w pierwszej monografii regionalnej, Września – jej ziemia i mieszkańcy, wydanej w Poznaniu przez Akademickie Koło Wrześnian (1932). Wszystkie cytaty pochodzą z tego opracowania, chociaż większość z nich to mocno przetworzone zbitki. 

TOMASZ ZIELIŃSKI urodził się prawdopodobnie w 1548 i był krystalicznym wzorcem porządku rzymskokatolickiego: 

Żywot człowieka świeckiego, szlachcica-ziemianina, w małżeństwie żyjącego, a przytem świątobliwego, był obliczony na duży wpływ na współcześnie żyjących w kacerskich często przekonaniach. Miał on wskazać, że ażeby zdobyć sobie uznanie w kościele katolickim, nie trzeba być zaraz pustelnikiem i człowiekiem duchownym; samo życie i postępowanie gra tu rolę najważniejszą. 

Żywot jest skrajnie wyidealizowany, gdyż wszelka dwuznaczność lub polemiczność mogła zamącić w głowie prostolinijnym katolikom. TOMASZ ZIELIŃSKI za młodu pobierał nauki w szkołach niemieckich, gdzie narażał się na drwiny z powodu ostentacyjnej pobożności, co nosi znamiona tak bardzo cenionego przez Kościół męczeństwa. Już wtedy praktykował pełną ascezę, ale mimo to Bóg powołał go do stanu małżeńskiego. Jego żona nosiła rodowe nazwisko TOMICKA i miał z nią syna WOJCIECHA oraz jeszcze drugie dziecko. TOMASZ ustawicznie się modlił, wyłącznie w pozycji klęczącej, aż kolana stały się opuchłe i sczerniałe, jakby zdrewniałe, więc dla ulżenia sobie bywał zmuszony leżeć krzyżem. Jakby nie dość tego, w każdy piątek biczował się: 

W uroczyste święta przystępował do Stołu Pańskiego i kilka dni przedtem i potem mało co jadł i pił, zato skupiał się i wszystkich przepraszał. Na odpusty stale pieszo chodził, a na postach to niemal żywot strawił. Od uczt się wymawiał, zato odwiedzał chorych, usługując im do ostatniego skonania; potem omywał, obłóczył i do grobu odprowadzał. 

Można zaryzykować twierdzenie, że biednych nigdy nie zabraknie i będzie ich coraz więcej, gdyż do dzisiaj są przedmiotem szczególnej i powszechnej troski: 

Miłował i szanował ubogich i dbał o nich; nieraz nic nie jadł, a nagotowane potrawy biednym kazał posyłać. Gdy tylko grosz jaki w domu zebrał, udawał się zaraz do miasta, rozdawał ubogim, chorych wkupywał do szpitala, dziatki porzucone dawał na wychowanie, ubogich przyodziewał chociaż swemi sukniami, nad wdowami i sierotami roztaczał opiekę, potrzebującym pożyczał, więźniów z niewoli pogańskiej wykupywał, a gdy kto był tak zaraźliwie chory, że nikt do niego iść nie chciał, wówczas sam szedł, budował osobne pomieszczenie i usługiwał. 

Podstawę jego osobowości stanowiła bezgraniczna pokora i bojaźń Boża, ale również miłość bliźniego, wobec którego nigdy nie posuwał się do moralizatorstwa, wierząc w sprawczą moc dobrego przykładu: 

Z poddanymi pojechał do Pyzdr na targ. Gdy już rozsprzedał wszystkie ziarno, poszedł do szpitalów rozdawać biednym pieniądze. Poddani tymczasem zabawiali się w szynku. Skoro powrócił do gospody, jeden z nich pijany, uderzył go silnie laską za to, że rozdaje pieniądze innym, zamiast swoim ludziom. Nie oburzył się na niego uderzony; poszedł do kościoła, żeby się pomodlić. 

W późniejszych wariantach to monstrualne rozdawnictwo zostało nieco przyhamowane, głównie za sprawą żony, wyznawczyni praktycyzmu życiowego, chociaż nieraz jest ona naznaczonym małą wiarą kontrastem osobowym. Ale żona mogła być ofiarą innego jeszcze niespełnienia, chociaż zapewne skrywanego: 

Czystości takim miłośnikiem był, że go nikt nie doznał, aby w młodzieńskim stanie jakąś nierządnością ciało swe pomazać miał. Stanu małżeńskiego na początku nie  małą część, a ku końcowi przez dziesięć lat przed śmiercią, w czystości a strzemięźliwości strawił. Często żonę namawiał, aby sprzedać wspólną majętność, zabezpieczyć byt dziatek, resztę majątku sprzedać biednym i dać się do klasztoru na wieczną czystość, albo na pielgrzymkę. 

Roku 1585, we wtorek po kwietnej niedzieli, ciężko zaniemógł, co objawiło się wielkim bólem, gorączką i mdłościami. Traktował to jako wolę Boską i zabronił modlić się o jego zdrowie – nawet księdzu – oraz odmawiał przyjmowania lekarstw. Każdego dnia prowadzono go do kościoła, z którego wynoszono go niemal martwego: 

W niedzielę Wielkanocną wszystkich w domu przeprosił, poszedł na jutrznię i tego dnia przystąpił także do Sakramentów. Wrócił do domu zemdlony i leżąc zobaczył nad sobą jakoby słońce i usłyszał głos: „Rozrządź dom swój, bo umrzesz" [...] W środę mdłość znów go napadła i ze słowem „Wniebowzięta" zasnął snem wiecznym. 

Jego świątobliwość została wielokrotnie potwierdzona. Gdy w 1617 umarł jego syn, nieopatrznie naruszono przy pochówku trumnę ojca. Okazało się, że zwłoki nie zostały naruszone zgnilizną, ale jedynie zasuszyły się, a prawa ręka, którą rozdawał jałmużnę, pozostała jak żywa. 

Kolejnym potwierdzeniem były cudowne uzdrowienia. W kwietniu 1745 roku dziecko młynarza Jacentego z Sokolnik znalazło się w stanie agonalnym i nie było żadnej nadziei. Pomogła dopiero msza za duszę TOMASZA i stosowne modlitwy, w wyniku czego dziecię owo, które od rana konało, odwieczór w czerstwem zdrowiu zostało. Tego samego roku pewna mamka z Kębłowa połknęła igłę. Nie pomogło dwóch doktorów, a od niechybnej śmierci wybawiła kobietę dopiero modlitwa za duszę TOMASZA ZIELIŃSKIEGO. W otoczeniu kościoła wyczuwało się zadziwiającą wonność, co potwierdziła burgrabina kaliska, która doznała innej jeszcze łaski, gdy pies bardzo szkodliwie ukąsił ją w nogę. Groziło jej kalectwo, ale zdecydowała się na pieszą pielgrzymkę do krypty grobowej w Zielińcu, dzięki czemu noga odzyskała pełną sprawność. 

Historia ta jest ciekawym świadectwem swoich czasów, dlatego należy podchodzić do niej z dystansem, ale bez chichotu, tak jak ujął to DERESIEWICZ: 

Te i inne „cuda" się działy. Nie patrzymy jednak na postać świątobliwego Tomasza z punktu widzenia cudowności i oddziaływania jego osoby na męki czyje, na wrażenia i wyobrażenia. Patrzajmy na nią zawsze z uwzględnieniem tła charakterystycznego epoki i panujących stosunków. 

Stańczyk

Z teki Stańczyka

Na dębowych drzwiach wiodących do krypty grobowej kościoła w Zielińcu zachowało się epitafium w języku polskim, co było ewenementem. Jest ono skróconą laudacją ku czci Zmarłego oraz pochwałą świętości. 

(.)
 

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

komentarz (1)

kustosz kustosz

3 0

Zapomnieli dodać że to było w Powiecie Pyzderskim 20:00, 04.12.2022

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

REKLAMA
0%