Po rozegraniu 13 ligowych meczów siatkarze Krishome Września lokują się dokładnie w środku tabeli. Na początku rozgrywek Wrześnianie borykali się z olbrzymimi problemami, które udało im się przezwyciężyć.Po rozegraniu 13 ligowych meczów siatkarze Krishome Września lokują się dokładnie w środku tabeli. Na początku rozgrywek Wrześnianie borykali się z olbrzymimi problemami, które udało im się przezwyciężyć.
O aktualnej sytuacji, postępach drużyny i poszczególnych zawodników, a także o pracy z zespołem postanowiliśmy porozmawiać z trenerem Marianem Kardasem.
„WW": Minął półmetek rozgrywek, rozpoczęliście już mecze rundy rewanżowej – jak można podsumować ten miniony czas?
MARIAN KARDAS: – Rozegraliśmy już dwa mecze nowej rundy, jesteśmy na szóstym miejscu w tabeli. Miejsce mogłoby być lepsze, ale mogłoby być też gorsze. Początek mieliśmy słaby. Związane to było z tym, że mieliśmy do dyspozycji zespół młody i niezgrany. W lidze tylko Trefl Gdańsk ma młodszych zawodników niż my. Rozpoczęliśmy budowę drużyny z graczy, którzy wcześniej występowali w III lidze, a ci, którzy grali w II lidze, nie byli zawodnikami podstawowymi. Potrzebowaliśmy dużo czasu, żeby wszystko zaczęło dobrze funkcjonować. Ostatnie spotkania pokazały, że nasza gra zaczęła się podobać – mnie, zawodnikom oraz kibicom, którzy przychodzą na nasze mecze.
Co było największą bolączką drużyny w początkowym okresie rozgrywek?
– Graliśmy bardzo słabo w ataku. Po przegranych meczach mieliśmy w statystykach w tym elemencie gry skuteczność na poziomie 35–37 proc. na zespół, co jest wynikiem bardzo złym. Czasami mając 50-proc. skuteczność w ataku, można też mecz przegrać, ale osiąganie w statystykach skuteczności powyżej tego poziomu to już jest coś. To jest taki najłatwiejszy element gry, bo najwięcej punktów zdobywa się atakiem i jak go masz na dobrym poziomie, to możesz wygrywać. W ostatnich meczach, które wygrywaliśmy, mieliśmy wysoką skuteczność ataku, a niektórzy zawodnicy osiągali nawet 70–80 proc. w tym elemencie. Mieliśmy jeszcze sporo innych problemów.
No właśnie. Po niedługim czasie Krishome zaczął mieć też spore kłopoty kadrowe.
– W międzyczasie odeszło od nas dwóch środkowych. To nie było tak, że ja ich nie chciałem. Franciszek Uszok stwierdził, że chce wrócić do domu i nie było sensu mu tego utrudniać. Natomiast Maciej Jakubowski dostał propozycję gry w I lidze od Czarnych Radom. Jego marzeniem było zagrać w tej lidze. Tutaj również nie było sensu mu niczego utrudniać i zgodziliśmy się na to przejście. W zamian udało nam się zakontraktować doświadczonego środkowego Adama Józefczaka, ale już w pierwszym meczu odniósł on poważną kontuzję stopy i wykluczyło go to z gry. Powoli już wraca, ale na jego powrót na boisko w meczach musimy jeszcze chwilę poczekać. W pewnym momencie z gry zrezygnował także Igor Więcek. Był trochę wypalony i niezadowolony z sytuacji, w której jest już trzeci sezon. Mało gra i przebywa na boisku, co jest na pewno bardzo deprymujące. Przeprowadziliśmy kilka rozmów i Igor wrócił do drużyny, robi dobre zmiany na zagrywce i jest z nami. Na to wszystko nałożyła się jeszcze czasowa nieobecność Marcina Iglewskiego, który miał swoje problemy zdrowotne. Przetrwaliśmy to wszystko i jakoś nam się wszystko fajnie poukładało.
W mojej ocenie drużynie brakowało też ducha walki i takiego zacięcia w grze. Czy to udało się też poukładać?
– Zawsze jest tak, że jak zespół przegrywa, to patrząc z boku wydaje się, że zawodnicy nie walczą, że poddają się. W sporcie nie ma lepszego leku niż zwycięstwa. Zwycięstwa zawsze łączą i dają tę radość zewnętrzną, wtedy udziela się to wszystkim. Ja to widzę i kibice teraz też to widzą. Zwycięstwa pozwoliły nam odzyskać pewność i wiarę we własne siły. Mamy taki zespół, że jak wszyscy zagrają na wysokim poziomie, to jesteśmy w stanie wygrywać. Nie mamy jakiegoś jednego lidera. Marcin Iglewski swoją osobą i zdobywanymi punktami często pomaga w tym, ma charakter wojownika, ale też dużo gada i trzeba się do tego przyzwyczaić.
W jakich elementach gry drużyna osiągnęła największy progres?
– Takich elementów jest kilka. Jest to pewne przyjęcie i dobry atak na dużym procencie. Do tego dochodzi jeszcze zagrywka. My może nie robimy dużo punktów bezpośrednio z zagrywki, ale nasza zagrywka powoduje, że inni niedokładnie przyjmują i jest nam łatwiej w grze w bloku, obronie pola i ewentualnych kontrach.
Początkowo drużyna potrafiła zdobywać kilka punktów z rzędu, a po chwili tracić ich tyle samo albo jeszcze więcej. Czy to się zmieniło?
– Na pewno zmieniło się na korzyść. Teraz, jak takie serie już są, to trwają krótko. Tracimy co najwyżej dwa punkty z rzędu i już nie ma takich przestojów. Chociaż mieliśmy nie tak dawno mecz w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie prowadziliśmy w setach 2:0 i mieliśmy wygranie meczu za trzy punkty na wyciągnięcie ręki. Prowadząc jednak w trzecim secie 23:21, nie potrafiliśmy zdobyć dwóch punktów, a potem przegraliśmy mecz 2:3.
Czy oceniając indywidualnie zawodników, możemy powiedzieć o takich, którzy zrobili przez te kilka miesięcy duży postęp?
– Na pewno możemy mówić o rozgrywającym Michale Torzewskim, który obecnie gra dużo pewniej i dokładniej. Możemy też powiedzieć o Michale Malczewskim, który zdecydowanie podniósł swoją jakość we wszystkich elementach gry. Możemy powiedzieć o Ksawierze Gieszczu, który wszedł w pewnym momencie do pierwszej szóstki i wykonuje dobrą robotę. Jest grający na pozycji libero Patryk Ligocki, który bardzo dobrze spisuje się w przyjęciu i obronie. Jest też Wojciech Banaś, który z powodzeniem zastępuje w meczach wyjazdowych Marcina Iglewskiego. Na koniec należy jeszcze zwrócić uwagę na naszego wychowanka Franciszka Banaszaka, który przyszedł do nas jako czwarty środkowy, a teraz ma miejsce w pierwszej szóstce, dobrze wykorzystując swoją szansę. Tutaj powtórzyłbym jeszcze raz: my nie mamy indywidualności. Jak gramy całym zespołem, to wygrywamy.
Jak się mają przedsezonowe zapowiedzi, dotyczące celów stawianych przed zespołem, w stosunku do dzisiejszej rzeczywistości?
– Celem było, żeby znaleźć się w środku tabeli i ewentualnie walczyć o czwórkę. Teraz ta czwórka trochę nam się oddaliła. Mamy w styczniu cztery mecze z silnymi drużynami. Zagramy z Żychlinem, Piłą, Sulęcinem i Słupcą i gdybyśmy w tych meczach zrobili jakiś dobry wynik, to ta pierwsza czwórka z tabeli za bardzo by nam nie uciekła. Jeżeli to się nie uda, będziemy próbowali pewnie i spokojnie utrzymywać się w środku tabeli.
Po pierwszych meczach w ocenie wielu obserwatorów wyglądało na to, że celem Krishome w tym sezonie będzie tylko walka o utrzymanie się w lidze, a może nawet przydarzy się spadek. Jako trener odczuwasz satysfakcję z tego, co udało się zrobić?
– Po pierwszych niepowodzeniach mieliśmy bezpieczne miejsce, ale do pozycji spadkowej było niedaleko. W tej chwili mamy dziewięć punktów przewagi nad Stoczniowcem Gdańsk, pierwszą z drużyn, której zagraża spadek. Gramy pewniej i czujemy się pewniej i to jest fajne. Jestem dziewiąty sezon we Wrześni. Zawsze było tak, że jeżeli startował doświadczony zespół, to graliśmy od samego początku. Jeżeli był zespół młody i kombinowany, to zawsze tę drugą rundę mieliśmy lepszą. Cieszy mnie, że wszyscy zawodnicy, którzy do nas przychodzą, robią postęp w każdym sezonie. Jak się patrzy na transmisje telewizyjne PlusLigi i I ligi, to z przyjemnością ogląda się siatkarzy, którzy przeszli przez Wrześnię, byli moimi zawodnikami i wyróżniają się w tych wyższych ligach. Osobiście bardzo mnie to satysfakcjonuje i cieszy. Zazwyczaj trenera wszyscy widzą tylko wtedy, kiedy systematycznie się wygrywa. Czasami są takie momenty, że trzeba z niczego zrobić coś. Jeżeli ci się to udaje, to nieraz jest większa satysfakcja niż wtedy, kiedy masz do dyspozycji gotowych zawodników i jest zdecydowanie łatwiej.
Rozmawiał Robert Czerniak
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz