Zamknij

Najważniejsze, że jest dach nad głową

MOK 07:45, 17.03.2026
3 Najważniejsze, że jest dach nad głową

W salonie schroniska w Zielińcu, prowadzonego przez stowarzyszenie Monar, panuje spokój. Kilka kobiet siedzi przy stole, ktoś parzy herbatę, ktoś inny rozmawia półgłosem. To jedno z miejsc wspólnych. Coś na kształt domowego salonu. Mieszkańcy mogą tu usiąść, obejrzeć film albo po prostu pobyć razem. 

Każda z mieszkających tu kobiet ma swoją historię. Różne drogi doprowadziły je do tego miejsca. Dziś łączy je jedno: szukają spokoju, bezpieczeństwa i szansy na poukładanie życia.

To miejsce uratowało mi życie

Janina ma 70 lat. Do Schroniska dla Osób Bezdomnych w Zielińcu trafiła 25 listopada 2019 roku. Zanim tu przyjechała, jej życie wyglądało zupełnie inaczej. Kiedyś pojechała do Wrześni spotkać się ze znajomymi. Miała przy sobie pieniądze. Została okradziona.
– Zadzwoniłam wtedy do Monaru, jeszcze za czasów poprzedniego dyrektora – wspomina.
Dziś mówi wprost, że to miejsce pozwoliło jej stanąć na nogi.
– Byłam alkoholiczką. Spadłabym na samo dno. Nie wiadomo, czy jeszcze bym żyła – przyznaje.
W schronisku ma zapewnione podstawowe rzeczy, których wcześniej często brakowało. Jedzenie, czyste ubrania, pomoc w dotarciu do lekarza czy po leki.
– Opiekunowie robią, co mogą. Zawsze pomogą, zawiozą do lekarza, poświęcają nam swój czas – mówi.
Udało się jej także odnowić relacje z rodziną. Utrzymuje kontakt z córkami, znów odwiedzają się nawzajem. Jednak nie wyobraża sobie samodzielnego życia.
– Mam najniższą emeryturę. Sama bym się nie utrzymała – tłumaczy.
Janina podkreśla, że choć w schronisku obowiązuje regulamin, to jest on potrzebny.
– Czasem ktoś narzeka na jedzenie czy zasady. Ale jeśli komuś się nie podoba, drzwi są otwarte. Nikt tu nikogo nie trzyma na siłę – mówi.

Codzienność ze wspólnym planem

Każdy dzień w ośrodku zaczyna się podobnie. Rano odbywa się tzw. społeczność. To spotkanie wszystkich mieszkańców i opiekunów.
– To taki dobry początek dnia. Wszyscy się witają, mówimy „dzień dobry”, ustalamy plan dnia, kto ma jakie obowiązki – tłumaczy Ewelina Orzechowska, pracowniczka ośrodka.
Podczas spotkania omawiane są także bieżące sprawy mieszkańców – problemy zdrowotne, wizyty u lekarzy, sprawy organizacyjne. Potem każdy zajmuje się swoimi obowiązkami. Mieszkańcy mają ustalone dyżury sprzątania, dbają o porządek w pokojach i częściach wspólnych.
– Tu musi być jak w domu i tak też staramy się, żeby wszyscy się tu czuli – mówi Ewelina.

Malowanie pomaga mi przetrwać

Ewa ma 34 lata. W Zielińcu mieszka od 18 sierpnia 2018 roku. Przez krótki czas próbowała życia poza ośrodkiem. Wyjechała do Poznania, ale po kilku miesiącach wróciła.
– Nie miałam tam tak dobrze jak tutaj – przyznaje.
Jej droga do schroniska Monaru zaczęła się od konfliktów rodzinnych. Została niesłusznie oskarżona o kradzież pieniędzy.
– Do dziś to się nie wyjaśniło – mówi.
Ewa choruje na schizofrenię i depresję. Ma przyznaną rentę. Z zawodu jest cukiernikiem i przez jakiś czas pracowała w cukierni. Jedną z rzeczy, które pomagają jej radzić sobie z codziennością, jest malowanie.
– Talent odziedziczyłam po mamie – przyznaje.
Uczestniczy także w warsztatach w Środowiskowym Domu Samopomocy w Pietrzykowie, gdzie tworzy mozaiki i obrazy.
– Staram się wykorzystać czas jak najlepiej – mówi.
Czasem wraca też do swojego cukierniczego fachu.
– Przed świętami piekłam placki, kiedyś zrobiłam drożdżówki. Smakowały wszystkim – wspomina z uśmiechem. 

Najważniejsze, że mamy spokój

Ewa mieszka w pokoju ze swoją przyjaciółką Zytą, która jest w ośrodku najdłużej.
– Raz ja sprzątam, raz ona. Dzielimy się obowiązkami – opowiada.
Zyta jest osobą spokojną, cichą i bardzo życzliwą wobec innych mieszkańców.
– Nigdy się z nikim nie pokłóciła – mówi o niej Ewelina.
W schronisku mieszka ponad 10 lat. Wcześniej wychowywała się w domu dziecka. 
– Od piątego do dwudziestego roku życia byłam w placówkach – wspomina Zyta.
Dziś mówi krótko: – Najważniejsze, że mam dach nad głową.
Nie ma rodziny, która mogłaby się nią zaopiekować. Kiedy Ewelina zapytała ją kiedyś o marzenia, odpowiedź była prosta: „Chciałabym mieć swój mały kąt”.
Jak podkreśla pracowniczka ośrodka, to marzenie powtarza się tutaj bardzo często.
– Każda osoba, która tu trafia, marzy o własnym miejscu – mówi Ewelina.

Nowy początek po trudnych doświadczeniach

Agnieszka mieszka tu dopiero od dwóch miesięcy. Jej historia jest pełna trudnych doświadczeń, o których nie chce mówić szczegółowo.
– Miałam bardzo ciężkie dzieciństwo – przyznaje.
Nie ma kontaktu z większością rodziny. Utrzymuje relacje ze starszym synem, który ma 10 lat i odwiedza ją w ośrodku.
– To dla mnie najważniejsze – podkreśla Agnieszka.
Ma też nadzieję, że kiedyś uda się jej odzyskać kontakt z młodszym dzieckiem.
– Tutaj dodają mi siły – mówi o pracownikach i mieszkańcach schroniska.

W końcu mogę spokojnie spać

Najkrócej w ośrodku jest Sylwia. Dopiero od tygodnia. 
Ma 26 lat i troje dzieci. Jej życie przez długi czas było bardzo trudne. Dwa lata była bezdomna. Spała u znajomych, szukała tymczasowych noclegów, próbowała jakoś przetrwać. 
– Zawsze miałam z tyłu głowy pytanie: „gdzie będę spała następnej nocy?” – wspomina. 
Zmaga się z depresją, ADHD, zaburzeniami osobowości typu borderline. Ma za sobą także kilka prób samobójczych. Ostatnią w listopadzie. 
– Byłam reanimowana – mówi cicho.
Dodatkowo zmaga się z uzależnieniem od leków uspokajających.
Do schroniska trafiła razem z partnerem, z którym wcześniej próbowała wynajmować pokój. Kiedy zabrakło pieniędzy, znów zostali bez miejsca do życia.
– Powiedziałam mu wtedy, że ja tu przyjdę, nawet jeśli on nie będzie chciał.
Już po kilku dniach w ośrodku zauważyła jedną rzecz. – W końcu mogę spokojnie spać – mówi. 
Ewelina potwierdza, że to częsta reakcja nowych mieszkańców.
– Najpierw pojawia się ulga. Dopiero później zaczyna się powolne porządkowanie życia – tłumaczy. 

To nie są dla mnie obcy ludzie

Ewelina Orzechowska pracuje w ośrodku i przyznaje, że z czasem relacje z mieszkańcami przestają być tylko zawodowe.
– To nie są dla mnie obcy ludzie – zapewnia.
Choć ma własną rodzinę, często myśli o mieszkańcach także po pracy.
– Jeśli ktoś trafi do szpitala, to cały czas zastanawiam się, co u niego – przyznaje.
W ośrodku starają się także organizować drobne wydarzenia, które przypominają normalne życie. Świąteczne spotkania, wspólne dekorowanie choinki czy warsztaty.
– Była nawet pani, która robiła dziewczynom makijaże – mówi Ewelina. 

Tu człowiek odżywa

Mieszkanki schroniska często powtarzają, że najważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa. 
– Człowiek tutaj odżywa – przyznaje Janina. 
Choć każda z nich ma inne doświadczenia i inne problemy, wiele z nich mówi o tym samym. O potrzebie spokoju i wsparcia. O miejscu, w którym można zacząć od nowa.
Nie wszystkie historie kończą się szybkim powrotem do samodzielności. Czasem to proces, który trwa latami. Ale dla wielu osób ten pierwszy krok jest najważniejszy.
Często zaczyna się właśnie tutaj. W spokojnym salonie schroniska w Zielińcu. 

(MOK)
Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
Nie przegap żadnego newsa, zaobserwuj nas na
GOOGLE NEWS
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (3)

Fikimiki Fikimiki

5 1

Tak żal takich osób ale niestety czasem sami sobie na taki los i życie zapracowali

08:05, 17.03.2026
Wyświetl odpowiedzi:2
Odpowiedz

KrochmalKrochmal

0 2

A jaki jest twój los?

09:26, 17.03.2026

Twój StaryTwój Stary

0 0

Abyś gamoniu jeszcze nie prosił kiedyś o pomoc.

19:18, 17.03.2026


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu wrzesnia.info.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

0%