Wernisaż tegorocznej odsłony Kolekcji Wrzesińskiej odbędzie się już 12 czerwca o godz. 18.30 na wrzesińskim rynku. O godz. 19.30 w Urzędzie Stanu Cywilnego przy ul. Chopina 9 fotograf opowie o swojej pracy nad projektem zatytułowanym A priori. Warto dodać, że jak co roku wystawie towarzyszy album opracowany przez Honzę Zamojskiego, który będzie można kupić podczas wernisażu i spotkania autorskiego.

Przypomnijmy, że Kolekcja Wrzesińska to wieloletni projekt fotograficzny, którego rezultatem jest niezwykłe archiwum wizualne gminy Września. Co roku miasto zaprasza do współpracy wybranego artystę, którego zadaniem jest stworzenie autorskiego zestawu fotografii przedstawiających gminę i jej mieszkańców. Każdy twórca ma przy tym zapewnioną całkowitą swobodę artystyczną.
„WW”: Czy mógłby pan opowiedzieć kilka słów o sobie i swoich wcześniejszych projektach?
KACPER KOWALSKI: – Zajmuję się fotografowaniem krajobrazu z lotu ptaka. Po raz pierwszy poleciałem na paralotni w 1996 roku, w okolicach Gdyni, i do dziś większość moich lotów odbywa się właśnie w rejonie Trójmiasta. Robię to już od około 30 lat. Początkowo było to latanie dla samego latania. Myślałem wtedy, że zostanę architektem. Skończyłem studia i przez kilka lat pracowałem w zawodzie, ale pasja do latania okazała się silniejsza. Fotografuję od dziecka, więc w pewnym momencie pomyślałem, że skoro potrafię latać i fotografować, mogę za pomocą zdjęć z góry opowiadać o tym, co widzę. Wszystkie moje wcześniejsze projekty były silnie osadzone w czasie, w którym powstawały. Pierwszy z nich, Efekty uboczne, dotyczył tego, jak człowiek zmienia krajobraz i jak wchodzi w dialog z naturą. Kolejny projekt, Over, miał charakter postapokaliptyczny: zastanawiałem się, co pozostanie po ludziach, kiedy znikną, jak będzie to widoczne w krajobrazie, ale też co zostanie po mnie, jeśli kiedyś nie wrócę z lotu. Następny projekt – Arche – był próbą spojrzenia na krajobraz oczami pierwszych ludzi, którzy docierali w okolice dzisiejszej Gdyni. Potem powstał Horyzont zdarzeń, projekt o przekraczaniu granic – próba pokazania, gdzie przebiega granica między mitem a rzeczywistością.
Kacper Kowalski Efekty uboczne
A jak wyglądała praca nad Kolekcją Wrzesińską? Miał pan jakieś założenia?
– Kiedy dostałem propozycję realizacji projektu wrzesińskiego, od razu pomyślałem, że nie chcę mieć żadnych założeń. Głównym założeniem był więc ich brak. Chciałem najpierw „powłóczyć się” nad krajobrazem, poczuć go z góry, zanim poznam go z ziemi – z historii czy narracji. Pomyślałem o ptakach migrujących z południa na północ, prowadzonych przez krajobraz. Zastanawiałem się, czy jestem w stanie wejść w podobny sposób odczuwania i rozumienia przestrzeni – jak ptak, który szuka miejsca do lądowania, jak zwierzę kierujące się instynktem, poszukujące miejsca do zatrzymania się. Tak samo nasi przodkowie żyli w świecie, w którym byli twarzą zwróceni ku przyrodzie i stanowili jej część. Dziś coraz częściej odwracamy się od niej w stronę ekranów i technologii. Dlatego poleciałem z intencją: „pokaż mi się” – Wrześnio, gmino, mieście, krajobrazie. Takim, jakim jesteś. Chciałem zobaczyć, które fragmenty będą mnie przyciągać, bez oceniania, po prostu podążając za nimi. Projekt będzie nosił tytuł A priori. Oznacza to pewnego rodzaju świadectwo, w którym obraz może być różnie odczytywany przez różne osoby. I na tym polega jego urok.
Kacper Kowalski A priori
Co przyciągnęło pana, gdy patrzył pan z góry na naszą gminę?
– Od pewnego czasu mam poczucie, że żyjemy w naprawdę wspaniałych okolicznościach i w niezwykłym czasie. Jeśli pominąć dramatyczny kontekst wojny w Ukrainie, to problemy, które dziś często nas zajmują, byłyby dla naszych pradziadków zupełnie niezrozumiałe. Żyjemy w pięknym, zmiennym krajobrazie, w bujnej przyrodzie, która co tydzień wygląda inaczej – zmienia się światło, temperatura, pory roku. Bogactwo świata, który nas otacza, jest zjawiskowe. A mimo to często tracimy zdolność zachwycania się codziennością. Lecąc nad Wrześnią, zauważyłem ogromną liczbę zadbanych parków, terenów zielonych i placów zabaw. Urodziłem się w 1977 roku i pamiętam moment, gdy w Polsce zaczęły pojawiać się pierwsze nowoczesne place zabaw – wydawało mi się wtedy, że dzieci mają wspaniale. Dziś, patrząc z góry, widzę dzieci, które jeszcze nie mają smartfonów i naprawdę eksplorują przestrzeń: bawią się, są obecne, korzystają z otoczenia. Obok nich siedzą dorośli, często pochłonięci ekranami telefonów, tracący kontakt z wiatrem, drzewami, ścieżkami i zielenią.
Zauważyłem też obszary, w których zaczynał się szlak wichury z 2017 roku, która położyła ogromne połacie lasu. Wiedziałem, że ta katastrofa zakończyła się na Pomorzu, ale tu zobaczyłem jej początek. Szukając takich miejsc, trochę poszukuję świadectwa napięć między człowiekiem a przyrodą, których jeszcze nie widziałem, a trochę śladów niepoznanego porządku. Nie dzieliłem świata na miasto i naturę – interesowało mnie, jak działalność człowieka wpisuje się w przyrodę, w której to nie ona jest tłem, lecz ludzie są jej częścią.

Kacper Kowalski A priori
W jednym z wywiadów wspominał pan, że latanie jest dla pana formą medytacji. Jakie odczucia towarzyszą panu podczas lotu?
– Przez długi czas myślałem o lataniu jako o medytacji, ale dziś powiedziałbym raczej, że jest to forma transu. Medytacja kojarzy mi się z absolutnym spokojem, a lot jest doświadczeniem bardzo dynamicznym. Podczas startu i lotu zaangażowane jest całe ciało: rytuał przygotowania, sprawdzanie sprzętu, paliwa, skrzydła, obserwacja wiatru. Potem przychodzi moment, kiedy zakładam na plecy 40-kilogramowy ekwipunek, biegnę i startuję. Cały lot odbywa się w dynamicznym odczuwaniu przestrzeni. Jeśli wychylam się w lewo czy w prawo, moja paralotnia skręca. Jest hałas, czuję wiatr wpadający za kołnierz albo do rękawa. To doświadczenie przypomina mi raczej długą jazdę na rowerze, bieganie czy taniec – szczególnie taniec ekstatyczny, w którym pozwalam ciału robić to, czego potrzebuje, bez oceniania. Jest w tym dziecięca frywolność i pełne zanurzenie w chwili obecnej.
W powietrzu jestem sam. Przez 30 lat wylatałem ponad 5000 godzin. Mam wrażenie, że tam, wysoko, jestem bliżej swojej naturalnej formy niż na ziemi, w relacjach z innymi ludźmi, gdzie funkcjonuje wyobrażenie o samym sobie.
Czy w tym doświadczeniu jest miejsce na strach?
– Jak najbardziej. Strach jest bardzo ważny. W lotnictwie mówi się, że są piloci starzy i piloci odważni, ale nie ma starych, odważnych pilotów. Strach jest wewnętrzną polisą ubezpieczeniową – uczy szacunku do granic. Czasem nie wiem, gdzie ta granica jest, ale kiedy już ją poznam, nie przekraczam jej ponownie. Może lepiej nazwać to respektem. Bez niego latanie – i życie w ogóle – byłoby znacznie bardziej niebezpieczne.
Ile czasu spędził pan w powietrzu, pracując nad Kolekcją? Czy fotografował pan przez cały rok?
– Fotografowałem przez cały rok. Zacząłem w styczniu lub lutym ubiegłego roku. Potem pojawiły się trudności: silne wiatry oraz ograniczenia związane z wojskowymi strefami powietrznymi. Nad połową gminy rozciąga się strefa kontrolowana związana z Powidzem, gdzie nie można swobodnie latać, a w drugiej, dostępnej części pojawiają się czasowe ograniczenia związane z ćwiczeniami wojskowymi. Do tego dochodzi pogoda – silny wiatr czy deszcz uniemożliwiają bezpieczne latanie, a tym bardziej fotografowanie. Łącznie myślę, że spędziłem w powietrzu kilkadziesiąt godzin.
Kacper Kowalska A priori
Jak ocenia pan sam projekt Kolekcji Wrzesińskiej?
– Ten projekt jest zjawiskowy. Gmina zaprasza fotografa wybranego przez kuratora, daje mu wolną rękę i rok pracy, a efektem jest książka. To rzadkie nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Przypomina mi to dawny mecenat – ktoś, kto ma środki, zaprasza artystę i mówi: „Pokaż mi miejsce, w którym żyję, swoim spojrzeniem”. To zawsze wiąże się z ryzykiem, ale bez niego nie ma świeżości. Każdy artysta przepuszcza Wrześnię przez własną wrażliwość i moment życiowy. Dlatego powstają zupełnie różne publikacje, które razem tworzą świadectwo czasu i świadomości. Dla mnie to wielka rzecz, choć muszę powiedzieć, że praca nad tym projektem była też dużym wyzwaniem. Chciałbym podkreślić, że wspierali mnie Karol Szymkowiak oraz Honza Zamojski, który zaprojektował książkę. To była praca zespołowa.
Wspominał pan, że projekt był dużym wyzwaniem. Dlaczego?
– Bo świat jest już sfotografowany. Mamy mapy, drony, kamery na żywo. Co można dodać do tej ogromnej ilości obrazów? Jak sprawić, by wysiłek i zaufanie miały sens? Jak mówiła moja babcia, dobre działanie to takie, które „popycha myśl do przodu”. Jeśli sztuka wywoła refleksję, otworzy, uwrażliwi, a może nawet wytrąci z komfortu – to znaczy, że było warto.
Rozmawiała: Joanna Lewandowska
Fot. Nagłówkowe: Renata Dąbrowska
2 0
Kolejny *artysta* żyjący na koszt podatnika?
Cała ta *kolekcja wrzesińska* wydaje się zwyczajną utylizacją pieniędzy? Pieniędzy podatników?
Tysiące ludzi robią zdjęcia, ciekawsze, bardziej intrygujące, bardziej zjawiskowe!
Prezentują je czasami na różnych portalach, w mediach społecznościowych i co? Obejrzy je więcej ludzi niż tą wystawę na Rynku! Na tekturkach, zmywane przez deszcz. Cóż *oglądacze* to kilku przechodniów, dżentelmenele rynkowi?
Czy to tylko pompowanie ego *kilku wrześnian*?
Tak, wiem; Śliwczyński zaraz się oburzy jak wielka to sztuka? Ale co to znaczy? NIC!
Sztuka fotografii to ocena setek tysięcy oglądających z wielu krajów!
Moje fotografie często goszczą na łamach N.G. i co? Nie obnoszę się z tym po mieście! I nikogo nie potrzebuję do promocji!
Ale cóż! Jakie miasto takie POdejście do *sztuki* 🤣
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu wrzesnia.info.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz