Wrześnianie za granicą w czasie zarazy (7) - W Tokio trudno zachować dystans

Natalia Kitamura mieszkała we Wrześni od urodzenia aż do 2013 r. Wyjechała stąd do Japonii, do dziś żyje i pracuje w Tokio, a także prowadzi bloga, który czasowo przeniósł się tu: Michiru Kaiou-san

wywiad 23:14 03-06-20200 0

„WW”: Czym zajmujesz się zawodowo?

NATALIA KITAMURA: – Jestem menadżerem przedszkola – wiem, że takiej funkcji w Polsce nie ma. W Japonii rok szkolny zaczyna się w kwietniu, więc przez pandemię miałam miesiąc wolnego. Skumulowało się to też z innymi świętami. Golden week to taka majówka, która zawiera wiele japońskich świąt. To był najpiękniejszy mój miesiąc tutaj, w Japonii. Mam balkon, więc jestem przeszczęśliwa. W dzisiejszych czasach okazało się, że jest to wręcz luksus. Teraz już pracuję. A dzieci w przedszkolu muszą nosić maseczki. Mieliśmy sytuację, że jakieś dziecko nie chciało jej nosić, ale był też przypadek, że jedna dziewczynka wszystko chciała robić w maseczce – nawet jeść. W Japonii zawsze był nacisk na higienę, więc oni te maseczki już wcześniej nosili. Także przy każdym większym markecie zawsze były płyny do dezynfekcji, teraz po prostu są już wszędzie. I pojawiły się te płachty w sklepach. Noszę maseczkę w miejscach publicznych, w pociągu – nie wiem, jak długo jeszcze to potrwa.

Sensō-ji - najstarsza świątynia buddyjska w Tokio. Zdjęcie z lutego 2019 roku. Powyżej to samo miejsce w tym roku...

Jak się czujesz w tej sytuacji – bezpieczna czy może zagrożona?

– Mam taki charakter, że w ogóle nie panikuję i się nie boję. Mój mąż ma starszą matkę, więc o niej myślimy i jej nie odwiedzam – już od ponad dwóch miesięcy – tym bardziej że ja pracuję z dziećmi, które mogą być nosicielami wirusa. Zaczęłam unikać zatłoczonych pociągów, choć już wcześniej jeździłam nimi w mniej typowych dla Japończyków godzinach, aby unikać tłumów. Teraz jeżdżę jeszcze wcześniej, nie są one wtedy puste, ale przynajmniej nikt mnie nie dotyka. Dziś np. pojechałam 40 minut później i już miałam łokieć w żebrze. Ucieszyłam się, że Japonia w końcu na dupie usiadła, bo oni tu non stop latają. Siedzą w tej robocie nie wiem po co. Nie żeby tam pracowali, efektywność mają zero, tylko w niej siedzą, ale pracować to niekoniecznie. I jeżdżą tymi pociągami, spieszą się, podbiegają do nich, choć one jeżdżą co trzy minuty. Więc ucieszyłam się, że w końcu wszystko usiadło i pomyślałam: no nareszcie! Mój mąż pracował zdalnie. Ja mam rękę do pieczenia, a mój mąż gotuje – i pyk, pięć kilogramów do przodu.

Widać tę pandemię?

– Teraz nie, ale najbardziej ją czułam w kwietniu, bo nie wychodziłam z domu i pojawiło się zachowanie à la panika, bo np. tego papieru toaletowego nie było. Ale choroby jako takiej nie czuję i nie widzę. Czytałam, że ludzie nie mogli zrobić sobie testu. I była taka dziwna sytuacja, że burmistrz Tokio mówiła na konferencji, ile to tysięcy łóżek mają przygotowanych – i że będzie dobrze. Przyrost nowych przypadków w pewnym momencie w Tokio był rzędu 100–130 osób na dobę i nagle słyszę, że jednak nie mają tych łóżek. Więc logika: coś tu jest nie tak, skoro mówią, że są dobrze przygotowani, a nagle nie ma miejsc dla chorych. Nie znam ani jednej osoby chorej, nikt z mojego otoczenia nie zachorował. Jakieś 500 metrów ode mnie jest szpital i wiem, że tam były przypadki zachorowań i ogłoszono, aby trzymać się z daleka od tego miejsca.

Pojawiały się jakieś przypadki hejtu czy napiętnowania w stosunku do osób zakażonych?

– O jednym przypadku czytałam. Dotyczył on pracownicy z prefektury, która była najbardziej zakażona. Pakowała bento – japońskie lunch boxy – a jej szef pozostałym pracownikom powiedział, aby trzymali się od niej z daleko, co ją uraziło i się na to poskarżyła. W Japonii jest jeszcze taka rzecz, że oni nie narzekają, więc nie powiedzą, nie nagrają tak jak polscy lekarze na YouTubie, że czegoś nie mają, że im czegoś brakuje. Więc ten jeden przypadek to było wielkie halo. Gdyby czuli zagrożenie życia, to jak już, zwołaliby konferencję prasową i by to powiedzieli, a nie wyrażali się przez social media. Więc o przypadkach napiętnowania się nie słyszy. Reszta takich zachowań odnosi się do przypadków w pociągach – bo jak kaszlesz, to zostań w domu. Raz mój pociąg miał opóźnienie, więc poszukałam informacji w sieci o tym, dlaczego tak jest i okazało się, że jeden facet wyleciał na drugiego z pięściami, bo ten pierwszy zakaszlał. Raz też widziałam, że jak wszedł do pociągu chłopak bez maseczki, to pozostali się rozeszli.

Jakie są te pozytywne i negatywne strony całej tej pandemicznej sytuacji?

– Pozytywne chyba jest to, że w końcu Japończycy uświadomili sobie, że ten szalony wyścig nie ma sensu, że zaświeciła im się lampka – i mam nadzieję, że gdzieś im to zostanie, bo jest to jedna wielka bolączka Japonii, ta mania bycia w pracy. Może to trochę chamskie, co teraz powiem, ale drugim pozytywem jest to, że w trakcie pandemii nie ma chińskich turystów. Byli uciążliwi dla reszty otoczenia, byli głośni, a teraz czuję ulgę, bo jest cisza. Myślałam, że tylko ja tak mam, ale słyszę potwierdzenia tej mojej refleksji w ustach innych osób żyjących tu. Nie chcę uogólniać, ale Chińczycy zasłużyli sobie na taką naszą opinię, bo oni tu przyjeżdżają na zakupy i ciągną ze sobą wszędzie walizki, nie zważając na nikogo. Krzyczą do siebie. W japońskich pociągach nie rozmawia się, dopuszczalne jest bliska rozmowa pomiędzy sobą, ale przez telefon nie – a Chińczycy potrafią nawet telekonferencje robić, i to bez słuchawek! Więc jest teraz znacząca różnica, bo jest po prostu cicho.

Negatywne jest to, że rząd się ośmieszył. A zaczęło się od dwóch maseczek na dom. Po ogłoszeniu stanu wyjątkowego na 7 kwietnia premier Shinzo Abe w ramach walki z pandemią zapowiedział wysłanie do każdego gospodarstwa domowego dwóch maseczek wielokrotnego użytku – niezależnie od tego, ile osób mieszka w danym gospodarstwie. Od razu oczywiście pojawiły się w sieci memy wyśmiewające tę akcję. My dostaliśmy swoje dopiero tydzień czy dwa tygodnie temu, no więc to już było za późno, a był przecież czas, że ich zabrakło – tak jak zabrakło papieru toaletowego, chusteczek, maseczek i płynów do dezynfekcji. My te nasze maseczki od razu przekazaliśmy organizacji charytatywnej wspierającej bezdomnych. Miałam nadzieję, że rząd z tego wysyłania maseczek się wycofa, ale jednak nie – i się ośmieszył i zmarnował niepotrzebnie pieniądze. Mówi się tu, że Japończycy tacy higieniczni i że pokonali pandemię, ale pożyjemy i zobaczymy.

Maseczki przysłane przez premiera, trochę za późno... Stały się źródłem
wielu memów

Jakie są zakazy i nakazy?

– Zakazów i nakazów nie ma, są tylko rekomendacje, a ludzie się do nich stosują. Na początku tej pandemii były zalecenia, aby nie wychodzić w weekend – jakby wirus działał tylko w weekend. I zastanawiałam się: o co tu chodzi? Potem przełom marca i kwietnia, gdy obchodzone jest Hanami, w parkach było pełno ludzi, to powiedziano, aby restauracje i salony Pachinko były otwarte do 19.00. W Japonii nie ma takiego prawa, które mogłoby nakazać bądź zakazać czegoś, ale różne miejsca się zamykały. Społeczeństwo wykazywało się kooperacją i samodyscypliną. A potem zamknięto granice – choć zakażenia w Japonii już były – bo przecież to przychodzi skądś, turyści to przywożą, tego nie ma u nas. Zawsze winny jest ktoś inny. A 7 kwietnia była deklaracja stanu wyjątkowego i wtedy pozamykało się wszystko, bo były takie zalecenia. W pierwszym miesiącu faktycznie było mało ludzi na zewnątrz, ale pociągi rano były zatłoczone. Mówiło się „pracuj z domu”, ale dla Japończyka w domu nie ma faksu, więc on i tak woli do tej pracy pójść. Przełom kwietnia i maja to standardowo czas wzmożonych podróży, bo odbywa się wtedy japońska majówka. W tym roku odnotowano spadek sprzedaży biletów na Shinkanseny – sieć superszybkich linii kolejowych – aż o 90 proc. W piątek 29 maja ogłosili, że od 1 czerwca znoszą stan wyjątkowy, więc małe kawiarnie otworzyły się już w weekend, a duże galerie handlowe otwierają się dopiero dziś (1 czerwca – przyp. red.). Place zabaw były pozamykane, ale nie wszystkie, chyba zależało to od decyzji danej dzielnicy. Teraz już są otwarte, ale wcześniej to nawet jedna dziewczynka w przedszkolu opowiadała mi, że mama wozi ją gdzieś dalej na otwarty plac zabaw. Jeżeli chodzi o siłownie, to większość była zamknięta, ale to też było zależne od decyzji danej firmy – i niektóre były otwarte.

Te odnotowane zarażenia wirusem jak na Japonię były i są niewielkie. Ale ja nie wierzę rządowi, bo tu się bardzo mało testów robi i bardzo mało ich w ogóle jest. O testy jest jakaś walka. Rekomendowano ludziom nie chodzić do lekarza i gdy jakiś pacjent dzwonił do przychodni, to mu odpowiadano, że jak nie umiera, to nie musi przychodzić do szpitala, a jak skończy gorączkować, to może wrócić do pracy. Więc nie wierzę też w te statystyki, ale przez to, że są takie, a nie inne, stwierdzili, że stan wyjątkowy ma trwać do „po majówce”, potem go przeciągnęli do „któregoś czerwca”, a teraz przed weekendem stwierdzili, że jednak nie jest tak źle, bo jest mało nowych przypadków i możemy wcześniej skończyć ten stan wyjątkowy i szybciej wracać do normalności. Do dziś nie ma przesyłek międzynarodowych – w jedną i w drugą stronę. Nic się też nie mówi o otwarciu granic.

Czytałam dziś, że do Japonii idzie właśnie druga czy trzecia fala.

– Pierwsza fala była styczeń–luty, ale rząd o tym nie wiedział. Było po prostu dużo zachorowań na płuca. Wtedy nie było testów, teraz zresztą też. Premier powiedział, że jak nie będzie 100 zachorowań na dobę w Tokio, to nie ogłoszą stanu wyjątkowego – a wszyscy się śmiali, że jak robi się tylko 99 testów na dobę, to faktycznie nigdy nie będzie trzeba tego stanu wprowadzać. I rząd cały czas pokazywał, że wszystko jest w porządku.

Ale rozumiem, że ludzie dystansują się społecznie?

– To też jest takie śmieszne, bo tutaj w sklepach bardzo późno pojawiły się informacje o zachowaniu bezpiecznej odległości – może maksymalnie z miesiąc temu. Koło mnie jest centrum handlowe, w którym sklepy są zamknięte, ale pozostały otwarte trzy: spożywczy, z artykułami dla dzieci i niemowląt oraz taki typu „wszystko po pięć złotych” – bo można kupić tam też produkty spożywcze. Więc na windach – bo ruchome schody zostały zamknięte – jest informacja, że może w nich przebywać maksymalnie pięć osób, a w sklepach tłumy. To samo w pociągach. Japończycy być może chcieliby się zdystansować, ale nie mają jak, nie mają na to szans. Za to na poczcie, której placówki są bardzo małe, zauważyłam, że ludzie pobierają numerek i wychodzą na dwór stać w kolejce – nie było takiego nakazu, oni sami z siebie zaczęli tak robić. Wszędzie, gdzie mogą, to tak robią, ale przy tym tłoku, który jest w Tokio, trudno o zachowanie dystansu.

Kolejka na pocztę, Tokio

A spotkania towarzyskie są praktykowane? Bo w Polsce ludzie się nie spotykali.

– Trudno to określić. Tu ludzie spotykają się w kawiarniach, pubach, restauracjach, bo w domach nie ma tyle miejsca, aby się w nich odwiedzać. Ja poza zakupami spożywczymi nie wychodziłam nigdzie. Ale np. mam tutaj pod domem park i grupka starszych ludzi regularnie o 7.00 się spotyka z kawusią, kanapkami i grają sobie w Shōgi – to takie japońskie szachy-warcaby. Myślałam, że na czas pandemii zaprzestaną tego, ale gdzie tam – nadal widzę ich każdego dnia. Podejrzewam, że te starsze osoby po prostu mają to gdzieś. I w parkach też jest dużo osób, nie tak jak kiedyś koc przy kocu, ale teraz są one w odległości dwóch metrów.

Czy zostały wprowadzone jakieś wsparcia finansowe przez rząd japoński?

– Wiem tylko tyle, że rząd cały czas planuje coś zrobić i że firmy mogą złożyć podanie na jakieś dofinansowanie, ale ja o takich działaniach nie słyszę. Na rządowych konferencjach prasowych podają pule pieniędzy przeznaczane na pomoc, ale o szczegółach się nie mówi. Na początku był pomysł, aby dać potrzebującym firmom 300 tys. jenów, potem ewaluowało to do 200 tys., a w końcu stanęło na tym, że każda osoba ma dostać 100 tys. W Tokio na przeżycie jest to naprawdę niewielka kwota. Tylko trzeba poczekać na pismo z urzędu, wypełnić aplikację i udowodnić, że tu się mieszka – a to przecież rząd akurat wie, czyli następny absurd. Każdy tę kwotę dostanie, bez wyjątku. To jest fajne i niefajne, bo trochę poniewczasie – a kto miał przeżyć, to już sobie sam poradził. Z drugiej strony są osoby, które cały czas wtedy pracowały. Ja mam alergię na rozdawnictwo i uważam, że system powinien być lepszy. Zobaczymy, jak to będzie, ale recesji tak jak w Polsce nie widzę, chociaż nigdy nic nie wiadomo.

Były jakieś oddolne ruchy społeczne, akcje pomocowe?

– Ja nie zauważyłam, poza organizacjami, które zbierały maseczki. Ktoś gdzieś na dzielnicy wystawił kosz na te maseczki, gdzie można je wrzucać i ta osoba oddawała je potem bezdomnym. Takich dużych akcji jak w Polsce nie było.

Zmienisz coś w swoim życiu z powodu pandemii?

– Plany swoje mam, ale nie mają one nic wspólnego z pandemią. Ona nic w moim życiu nie zmieniła – poza tym, że miałam supermiesiąc, ogarnęłam sobie kwiatki na balkonie i odpoczęłam. Od paru lat widziałam, że świat trochę oszalał i że to wszystko się źle skończy i trzeba przystopować. Plany na zmiany mam i je wdrażam w swoim tempie. Może niektóre z nich jednak mi pandemia pokrzyżowała: zapisałam się wcześniej na kurs stacjonarny na uniwerku, a oni zmienili go na kurs online. A ja tak bardzo w ten sposób nie lubię się uczyć...

Chcesz wrócić do kraju w związku z pandemią?

– Ja tak naprawdę to cały czas żyję na dwa kraje. Wcześniej w Polsce byłam tak trzy razy do roku. I gdybym miała wracać do kraju, to będzie albo Września, albo Szczecin. Nie chcę jednak szczegółowo zdradzać swoich planów.

Rozmawiała Ola Śliwczyńska-Kupidura

O Natalii Kitamurze można znaleźć wzmianki w dwóch artykułach: o Świętach Bożego Narodzenia na czterech kontynentach oraz o publikacji w Magazynie Kawaii

Wcześniejszy artykuł z serii Wrześnianie za granicą w czasie zarazy: Kasia Roszak ten Hove, Holandia

Wrześnianie żyjący poza granicami Polski zainteresowani wzięciem udziału w tym projekcie, zapraszam do kontaktu: sliwczynskaola@gmail.co. 

Thumb zrzut ekranu 2020 05 15 o 09.40.45

Aleksandra Śliwczyńska-Kupidura

23:14 03-06-2020