Wrześnianie za granicą w czasie zarazy (5) – A teraz cisza, niepokojąca... Tylko syreny karetek nie milkną

O życiu w czasie pandemii koronawirusa opowiada Anna Betcher, wrześnianka, która od lat mieszka we włoskiej Genui. Pracuje jako customer service w biurze niemieckiej firmy przemysłowej. Z Polski wyjechała w 2003 r.

wywiad 08:44 15-05-20204 6
Ania w pracy w obowiązkowej maseczce

„WW”: Jak się czujesz i jak sobie radzisz?

ANNA BETCHER – To, co wczoraj było nie do pomyślenia, scenariuszem z filmu sci-fi, dzisiaj jest normalnością. 10 marca wszyscy obudziliśmy się w czerwonej strefie. To już nie była tylko Lombardia, ale całe Włochy. Opustoszały ulice. Ludzie na chodniku chodzą zygzakiem, żeby ominąć się nawzajem. Patrzą z podejrzliwością na każdego kaszlącego. Chyba najbardziej uderza mnie cisza w nocy. Genua nie jest miastem nocnego życia, w porównaniu z Mediolanem to miasto prawie prowincjonalne. O północy jednak zawsze było słychać przejeżdżające skutery czy samochody. Nieustanny przyciszony szmer niedalekiego centrum miasta, rozmowy, muzykę z lokali. A teraz cisza, niepokojąca. Tylko syreny karetek nie milkną. A sznur czerwonych świateł samochodów, który widziałam w oddali z mojego balkonu, zamienił się w ciemność.

Pierwszym szokiem był widok w telewizji kolumny ciężkich pojazdów wojskowych transportujących dziesiątki trumien w Bergamo. Następnie wywiad z lekarzem ze szpitala w Bergamo opowiadającym o codziennej konieczności wyboru, komu ratować życie, jeżeli wolny respirator jest tylko jeden, a pacjentów, którzy go potrzebują, dwóch lub więcej. W takiej sytuacji wybór pada na młodszych pacjentów, bo 80-90-latkowie i tak by mieli niewielkie szanse na przeżycie. Potem, z biegiem czasu, liczby zaczęły robić mniejsze wrażenie. To straszne, ale i do śmierci można się przyzwyczaić. Ludzie umierają w samotności, prosząc personel szpitala o przekazanie najbliższym słów pożegnania. Ludzie umierają też w domach, bowiem dopóki nie pojawi się niewydolność oddechowa, nie ma mowy o interwencji. Umierają też z powodu innych nagłych przypadków, niemających z wirusem nic wspólnego – ponieważ zabrakło szybkiej interwencji karetki, która nie przyjechała na czas, zajęta zarażonymi COVID-em pacjentami.

Mam znajomych, którzy zachorowali i wyzdrowieli. Znajomych, którzy zachorowali, ale zdrowienie ciągnie się od ponad miesiąca. Niektórzy w domu, a niektórzy w szpitalu. Do szpitala idą tylko osoby z ostrą niewydolnością oddechową. I znajomego, którego już nie ma z nami. W mojej rodzinie na szczęście wszyscy są zdrowi.

Paczkomat przed apteką, zamówienia można składać przez WhatsApp (do odbioru 15 minut później), fot. Anna Betcher

Firma, w której pracuję, jako jedna z niewielu pozostała otwarta. Dostarczamy komponenty do produkcji maszyn, więc znaleźliśmy się na rządowej liście firm z nadanym statusem: „niezbędna”. Otrzymaliśmy maseczki z rekomendacją używania ich. Godziny pracy zostały zredukowane. Na siedem osób w biurze często były tylko dwie, pozostali na przymusowym urlopie. Nie mam możliwości pracy z domu, nazywanej tutaj „smart workingiem”. Często dopiero o 17.00 wiedziałam, czy na drugi dzień mam się stawić w pracy, czy nie. Ale z drugiej strony, co ja takiego chciałabym teraz planować z wyprzedzeniem? Jaki placek upiec czy jaki film na Netfliksie obejrzeć?

Moje życie nie zmieniło się bardzo. Nie mam wręcz czasu na zamartwianie się. Może dlatego odbieram całą sytuację z pewnym dystansem. Nie boję się, ale też nie lekceważę zagrożenia. Izolacja nie doskwiera mi aż tak bardzo, bo codzienna 40-kilometrowa podróż skuterem do i z pracy rekompensuje brak możliwości spaceru. Chociaż marna to rekompensata, ale i tak dużo w porównaniu z tym, co mogą robić osoby, które od dwóch miesięcy widzą tylko cztery ściany własnego mieszkania. W sumie nawet nie mam prawa narzekać. Jestem szczęściarą – mam pracę na etacie i pełną wypłatę na koniec miesiąca. Firma, w której pracuję, nie skorzystała w ramach oszczędności z tzw. cassa integrazione, która oznaczałaby wypłatę na poziomie zasiłku dla bezrobotnych, nawet dla pracowników na wysokich stanowiskach. Z dnia na dzień, niestety, wiele osób znalazło się kompletnie bez środków do życia.

Z kolei moja 12-letnia córka, która na początku podchodziła z wielkim entuzjazmem do kolejnych wiadomości o przedłużaniu zamknięcia szkół, teraz, po dwóch miesiącach, gdy zamknięcie szkoły oznacza również brak możliwości spotykania się z przyjaciółmi, jej entuzjazm zamienił się w nostalgię za „starymi, normalnymi” czasami.

Centralna ulica Genui – Via XX Settembre, fot. Anna Betcher 

Co Cię zaskoczyło w tej sytuacji – pozytywnego i negatywnego?

– Pozytywnie: współpraca i wzajemna pomoc pomiędzy ludźmi, którzy czasem w ogóle się nie znają. Chęć niesienia pomocy. Wolontariat. Na portalach społecznościowych osoby zarażone lub ich krewni często dzielą się swoimi przeżyciami. Otrzymują w zamian słowa otuchy, życzenia zdrowia. Konkretną pomoc otrzymują ludzie starsi, którzy nie mogą wyjść po zakupy. Poza tym, sytuacja zmusiła tutaj wiele instytucji i firm do rozwiązań technologicznych, o których wcześniej nie myślano lub uważano za niepotrzebne. Np. niektóre apteki wprowadziły możliwość złożenia zamówienia przez WhatsApp. Zamówione artykuły po 15 minutach są gotowe do odbioru w paczkomacie ustawionym przed budynkiem apteki. Zdalne lekcje – na początku zamknięcia szkół oczywiście zapanował chaos. Nie wiadomo było, jak długo szkoły pozostaną zamknięte. Nauczyciele wysyłali zadania przez dziennik elektroniczny. Później zaczęto próbować lekcji online, przeskakując z jednej platformy do wideokonferencji na drugą. Dopiero po miesiącu wypracowano system, który działa na mniej lub więcej zadowalającym poziomie. Jednak nie wszystkie rodziny mają dostęp do szybkiego internetu, do komputera czy tabletu. Szczególnie trudna pod tym względem sytuacja jest na południu Włoch. W moim regionie – Ligurii – ustanowiono zapomogę dla biedniejszych rodzin z dziećmi, na zakup sprzętu elektronicznego. Komputer trzeba jednak najpierw zakupić, przedstawić fakturę. I czekać. Dodatkową formą pomocy dla rodzin był bonus na opiekę nad dziećmi do 12. roku życia, przeznaczony dla tych rodziców, którzy musieli kontynuować pracę poza domem. Nie wiadomo, kiedy te zapomogi zostaną wypłacone. Czasami entuzjazm instytucji przekracza ich możliwości. Nie mówiąc o wszechobecnej biurokracji. Spadła znacznie cena benzyny.

Negatywnie: wszechobecna chęć zysku, oportunizm. Np. aptekarze sprzedający maseczki za 20 euro, które wcześniej sprzedawali za 1 euro. Poza tym wielkim zaskoczeniem były przykre wiadomości z Polski. Nagonka na osoby na kwarantannie, chore czy choćby tylko podejrzane o bycie zarażonymi. Niespotykana stygmatyzacja tych osób. Aż trudno w to uwierzyć. „To chyba jakiś fake news, to niemożliwe”, myślę sobie. Choć i tutaj nie brakowało elementów psychozy. Szczególnie na początku: były ataki na Chińczyków lub Filipińczyków, bo ci przypominali Chińczyków. Obłęd. Ludzkie charaktery poddawane są teraz ciężkiej próbie. Jakie to smutne, gdy okazuje się, jak bardzo człowiek potrafi być podły dla drugiego człowieka.

Piekarnia, na kartce napis: inicjatywa dla rodzin w trudnej sytuacji. Zawieszone zakupy: kto ma niech włoży. Kto nie ma niech weźmie. Sklep Fornetto po wieczornym zamknięciu pozostawi, to co zostało niesprzedane, fot. Anna Betcher

Jakie są te zakazy i nakazy?

– Zakaz wychodzenia z domu bez ważnego powodu. Każde wyjście musi mieć konkretne wytłumaczenie. Należy mieć przy sobie autocertyfikaty, w których opisuje się powód bycia poza domem. Uzasadnione powody to: zaopatrzenie w żywność (tylko w najbliższym sklepie spożywczym) lub leki, wizyta lekarska, praca lub inna bardzo ważna sprawa. Policja lub karabinierzy mogą sprawdzić, czy takie jednorazowe certyfikaty są prawdziwe, a w razie świadczenia nieprawdy grożą słone kary. Prawie 80-letni teść mojego kolegi z pracy otrzymał mandat, 203 euro, ponieważ wyrzucając śmieci o 10 wieczorem, wpadł na pomysł niewielkiego spaceru „dla rozprostowania nóg”. Po 200 metrach został zatrzymany przez patrol karabinierów. Zamknięte jest prawie wszystko, do odwołania. Przed sklepami spożywczymi ustawiają się pokornie kolejki zamaseczkowanych osób. Przed wejściem rozdawane są jednorazowe rękawiczki. Należy zachować przynajmniej metr odległości. Czasem dochodzi do absurdalnych sytuacji, kiedy to wyznaczeni do kierowania ruchem klientów pracownicy firm monitoringowych, przejęci swoją rolą, nakazują dystans miedzy np. żoną i mężem, którzy razem przyszli na zakupy. Włosi z natury są niezdyscyplinowani, tym razem jednak – po początkowym okresie „dekrety dekretami, a ja i tak robię, co mi się podoba” – zrozumieli powagę sytuacji. W supermarkecie lub w sklepiku można kupić jedynie żywność i środki czystości. Jeżeli są też działy lub same półki np. z odzieżą, artykułami papierniczymi itp., są one oklejane taśmami z informacją o wyłączeniu ze sprzedaży.

10 maja Ania dodała:

– Od 4 maja obostrzenia złagodniały. Można już wyjść i odwiedzić bliską rodzinę, ale przyjaciół jeszcze nie. Można też na zewnątrz uprawiać sport, ale nie można spacerować – czyli można biegać, a chodzić nie. Nadal nie wolno wyjeżdżać z regionu, chyba że do pracy, lekarza albo z powodu innych ważniejszych spraw. Maseczki tym razem obowiązkowe w publicznych miejscach zamkniętych, a na ulicy rekomendowane. Ludzie wysypali się z domów już w ubiegłą niedzielę, 3 maja. Prawie wszyscy w maseczkach. Ale z tymi odstępami to już różnie bywa. Wirus przestaje siać panikę. Jest tylko wielka chęć powrotu do normalnego życia.

Do apteki mogą wejść tylko dwie osoby, fot. Anna Betcher

Jak zmieni się Twoje życie zawodowe, rodzinne, osobiste, gdy pandemia minie?

– Zaczęłam poważnie zastanawiać się nad przeprowadzką na wieś, lub przynajmniej mieć w przyszłości taką możliwość. Okazało się, że czarne scenariusze wcale nie są takie science-fiction, a życie w wielkim mieście może okazać się bardzo trudne, wręcz niemożliwe. A poza tym, to chcę gdzieś wyjść, nieważne gdzie. Bez nakazów i zakazów. Spotkać się ze znajomymi gdzieś na mieście. Lub się nawet nie spotkać, ale mieć przynajmniej możliwość wyboru. Za dwa tygodnie miałam ruszyć w podroż. W marcu odwołano mój lot, dając w zamian voucher z datą ważności „lipiec 2021”. Mam nadzieję, że do tej pory sytuacja unormuje się i wrócimy do normalności.

Czy w związku z zaistniałą sytuacją planujesz powrót do kraju?

– Nie planowałam powrotu do Polski, a zaistniała sytuacja nie wpłynęła na zmianę decyzji.

Rozmawiała Ola Śliwczyńska-Kupidura 

Wrześnianie żyjący poza granicami Polski zainteresowani wzięciem udziału w tym projekcie, zapraszam do kontaktu: sliwczynskaola@gmail.com.

Wcześniejsze artykuły z cyklu „Wrześnianie za granicą w czasie zarazy”: 

Weronika Kwiatkowska – Nowy Jork, USA 

Marcus Beym – Margate, Wielka Brytania 

Michał Erne-Wawrzyniak – Hamburg, Niemcy 

Joanna Olichwer - Oslo, Norwegia

Thumb img035

Waldemar Śliwczyński

08:44 15-05-2020