Wojna i święty pokój olimpijski. Historia Edmunda Wojtysia z Czeszewa

Wszystko mieści się już w przedziale umiarkowanego pesymizmu i nawet koniec świata trudno wyprorokować, gdyż – jak już kiedyś pisałem – brakuje wolnych terminów. W sumie każdy mijający dobry rok staje się przeszłością, a zły oznacza kontynuację. W Nowy Rok wszyscy cieszą się bez powodu lub smucą na zapas. Dlatego życzę każdemu, żeby było tak samo, ale odwrotnie.

historia 12:37 03-01-20200 0

Każdy ma swój czas – i człowiek, i naród. Bywają złe okresy i koniunktury, zawinione albo będące dziełem losu, ale przecież zawsze wychodzimy jakoś na swoje i już zdystansowani – zdobywamy się na wyrozumiałość, często przybierającą pochwałę głupoty, warunku i gwarancji naszej mądrości. Tylko w życiu zbiorowym niezbyt nam to wychodzi, gdyż zaczynamy oceniać przeszłość przez pryzmat prymitywnej i doraźnej polityki. To zasadniczo co innego, niż historia polityczna, której przedmiotem jest władza. Płacimy za to dezintegracją społeczeństwa, a choroby są ustawicznie źle diagnozowane, więc szkodzą nawet lekarze.

Jeśli kogoś nie stać na odrobinę dystansu i obiektywizmu, to służę specjalnie dobranym przykładem, wcale nie ze sfer niebotycznych. Wspominałem już kiedyś o EDMUNDZIE WOJTYSIU z Czeszewa (na zdjęciu – z prawej – z bratem Tomaszem), który nie zdecydował się na powrót do kraju po pobycie w obozie jenieckim na terenie III Rzeszy.

Urodził się w 1919 i przed wojną nie zdążono powołać go do wojska. Ale ojczyzna znalazła się w potrzebie i wraz z kilkoma kolegami tak długo molestował kolejnych dowódców pododdziałów, że wreszcie wcielono ich w szeregi, chociaż przeszkolenie odbyli zaledwie kilkudniowe. Ale też mieli za sobą jakieś terminatorskie przysposobienie, więc otrzymali broń, co wtedy było dla nich najważniejsze. Pod koniec kampanii znalazł się w Warszawie jako żołnierz ariergardy grupy gen. ABRAHAMA. Później był obóz jeniecki w Schleswigu-Holsteinie i Zandbostel (Płn. Westfalia). Po wyzwoleniu podjął pracę w amerykańskim warsztacie naprawy samochodów i szybko ożenił się z Polką, wywodzącą się z tzw. starej emigracji. W krótkim czasie przyszło na świat troje dzieci i myśl o powrocie nachodziła go coraz rzadziej, gdyż był jako tako ustabilizowany, a perspektywa krajowa nie rysowała się zbyt różowo.

Nie było jednak mowy o żadnym wynarodowieniu, a nawet wręcz przeciwnie – Polska z każdym dniem stawała się coraz bardziej rajem, tym cudowniejszym, że utraconym. Przez cały czas pracował w wytwórni akcesoriów metalowych, ale szybko stał się aktywnym działaczem polonijnym. W 1950 wstąpił w szeregi Związku Polaków Zgoda, organizacji programowo apolitycznej i spełniającej się głównie na polu kulturalnym i edukacyjnym. Struktura ta wyodrębniła się ze Związku Polaków w Niemczech właśnie w 1950, a przyczyną rozłamu był stosunek do PRL – Zgoda akceptowała Poczdam i unikała wszelkiej konfrontacji, natomiast Związek Polaków w Niemczech walczył od początku (1922) o prawa polskiej mniejszości, a siedzibą władz jednej z dzielnic – Pogranicza – był Złotów.

Obydwie centrale mieściły się niedaleko Hagen, czyli w Bochum, a EDMUND stał się animatorem zagranicznych struktur Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Organizował zbiórki pieniędzy, które przywoził do Warszawy w postaci gotówki, gdyż system międzybankowy wtedy jeszcze nie istniał. Honorowany był i przyjmowany przez wysokie osobistości, gdyż była to wówczas jedna z nielicznych płaszczyzn integracyjnych, na dodatek stosunkowo niegroźna dla systemu. Po odwilży w 1956 bywał już więc w Polsce dość często, również w Czeszewie. Miejscowe służby specjalne próbowały udowodnić mu, że jest osobnikiem podejrzanym, ale szybko zdyscyplinowano je przez telefon z Warszawy. Na kraj rodzinny, jaki by nie był, nigdy nie powiedział marnego słowa, gdyż emigracyjny dystans pozwolił mu na wypracowanie rzetelnej skali wartości. Troje dzieci wychował na Polaków, a gdy zmarła pierwsza żona, to ożenił się powtórnie, ale z warszawianką. Obecnie jest mieszkańcem Hagen i w przyszłym roku skończy 90 lat. Wszystkiego najlepszego!

Ochotnik EDMUND to nie jedyny mieszkaniec Czeszewa, który zapisał chlubną kartę wojenną. Z tej niewielkiej przecież miejscowości wywodzi się również dwóch uczestników walk o Monte Cassino: FRANCISZEK ANTKOWIAK (1909-1983) i LUDWIK DRZAŻDŻYŃSKI (1906-1955). Pierwszy wywodził się z rodu stolarskiego i od dziecka robił w drewnie. W 1937 ożenił się z MARIANNĄ WOJTYŚ, a więc był szwagrem EDMUNDA i TOMASZA. Służbę wojskową odbył w 50. pp. w Kowlu, a zmobilizowany został do Równego. Wojskowe losy dzielił z LUDWIKIEM, który służył w tej samej jednostce. Z przydziału byli cekaemistami.

Obydwaj trafili do niewoli sowieckiej, ale uniknęli zagłady, gdyż byli podoficerami. Znaleźli się w jenieckich obozach pracy, z których wybawiły ich postanowienia układu Sikorski – Majski. Trafili do Andersa i przeszli cały szlak bojowy jego Korpusu, ale kampania włoska, gdyż na bałkańską nie zgodził się Stalin, to dopiero rok 1944.

FRANCISZEK był zwiadowcą, a później kierowcą wozu bojowego – carriera. Klasztor trzeba było jednak zdobywać pieszo. Poszedł na I linię jako żołnierz 18 batalionu 3 Dywizji Kresowej. Miał szczęście w nieszczęściu – trafiła go seria z karabinu maszynowego i niechybnie by się wykrwawił, gdyby nie trzej towarzysze broni, którzy odtransportowali go poza pole ostrzału. Jeden z nich podczas ratowania kolegi zginął, a drugi został ciężko ranny. Sam FRANCISZEK również ocalał cudem, gdyż otrzymał postrzał w brzuch i rękę. Dla niego kampania była skończona. Rozpoczęło się długie leczenie oraz rehabilitacja, już na terenie Anglii. Później trzeba już jednak było podjąć decyzję, w czym pomogło to, że polscy kombatanci nie mieli w Anglii większych perspektyw życiowych. Żołnierze niżsi rangą nadal byli skoszarowani i wykonywali najprostsze czynności pomocnicze. Wiosną 1949 wrócił więc drogą morską do kraju, gdzie perspektywa była jeszcze węższa, ale wyznaczał ją przynajmniej znajomy las czeszewski. Z początku podjął pracę jako prasowacz w miłosławskim zakładzie odzieżowym, a później zatrudnił się w orzechowskich Sklejkach. Wreszcie w 1978 udało mu się otworzyć własny zakład stolarski, a więc wrócił do zawodowych korzeni rodzinnych. Zakład odziedziczył syn WITOLD, jedno z pięciorga dzieci FRANCISZKA.

LUDWIK wywodził się z czeszewskiej rodziny kupieckiej i już przed wojną założył rodzinę (2 córki). Również on zmienił specjalność wojskową – w Palestynie ukończył kurs kierowców ciężarówek i we Włoszech woził sprzęt oraz amunicję z portów na linię f rontu. Musiał podjeżdżać jak najbliżej i często znajdował się pod ogniem. Wszystko ładowano na grzbiety mułów, ale te nie wytrzymywały długo i trzeba było targać to na plecach. Aż do przedwczesnej śmierci pracował na stacji kolejowej w Orzechowie w charakterze nastawniczego.

Obydwaj więc zdecydowali się na powrót do kraju, chociaż nie było to działanie natychmiastowe. Jako żołnierzy polskich formacji na Zachodzie obwąchiwano ich trochę, ale raczej nie wykraczało to poza działania rutynowe.

Stańczyk

Artykuł ukazał się w "Wiadomościach Wrzesińskich" 2 stycznia 2009 roku

Thumb tem podsumowanie dai

Damian Idzikowski

12:37 03-01-2020