Rzeźbiarka na swoim. Rozmowa z wrześnianką z pasją

Paulina Koniuk-Fonżychowska ma 24 lata i cały jej dzień pochłania lepienie z plasteliny. Choć precyzyjniej byłoby powiedzieć – rzeźbienie z plasteliny, ponieważ to nie tylko hobby, a jej praca zawodowa.

społeczeństwo 11:13 08-03-20190 1

Od ponad roku pracuje dla gdańskiej firmy Arte-Fakt zajmującej się produkcją unikatowych, ręcznie robionych miniatur – magnesów – wzorowanych na zabytkowej architekturze Polski, Niemiec, Czech i Słowacji. Jest jej główną rzeźbiarką.

Urodziła się we Wrześni i tu ukończyła Liceum Ogólnokształcące im. Henryka Sienkiewicza, a następnie obroniła licencjat z edukacji artystycznej w zakresie sztuk plastycznych na Wydziale Pedagogiczno-Artystycznym UAM w Kaliszu oraz pracę magisterską z grafiki, specjalność film eksperymentalny i animacja, na Akademii Sztuki w Szczecinie. Odkąd skończyła studia, ma więcej czasu na swoją pracę i pasję – czyli plastelinę. Opowiedziała nam, jak masę plastyczną służącą do dziecięcych zabaw przekuła w sztukę oraz biznes.

„WW”: Można powiedzieć, że twoja pasja stała się twoim sposobem na życie.

PAULINA KONIUK-FONŻYCHOWSKA: Zdecydowanie tak! W życiu towarzyszy mi wiele pasji, jednak trzema największymi są zdecydowanie: pisanie powieści fantasy, tworzenie animacji poklatkowych i lepienie z plasteliny – i to te dwie ostatnie stały się moim zawodem wyuczonym. Od ponad roku pracuję dla gdańskiej firmy Arte-Fakt, zajmującej się produkcją ręcznie rzeźbionych i malowanych pamiątek – magnesów. Z uwagi na formę działania właściwie bardziej odpowiednim słowem byłaby tu „manufaktura”. Do ukończenia studiów była to praca dorywcza – wykonywałam 1-2 magnesy w miesiącu. Teraz ta liczba wzrosła do 6, czasem 7 modeli miesięcznie. Każdy magnes muszę zaprojektować, a następnie wyrzeźbić z plasteliny. Zwykle trwa to 2 do 4 dni, w zależności od stopnia skomplikowania modelu. Mój rekord to herb Świdnicy – wykonałam go w 10 godzin. Zajmuję się tylko rzeźbieniem i projektowaniem modeli, gotowe magnesy maluje już kto inny. Poza tym realizuję również inne zlecenia – są to serie ilustracji przestrzennych wykonywane z plasteliny oraz plastelinowe animacje poklatkowe. Właśnie kończę drugi teledysk do piosenki dla dzieci, wykonany na zlecenie zespołu Tulinki Band. Można więc powiedzieć, że plastelina wypełnia moją codzienność od świtu do zmierzchu.

Czy trudno było ci dojść do etapu, na którym jesteś teraz, czyli własnej pracowni?

Prawda jest taka, że im mniej przeszkód dzieliło mnie od celu – skończenia Akademii Sztuki, o czym zawsze marzyłam, i poświęcenia się lepieniu z plasteliny, które mogłam nazwać pracą zawodową – tym bardziej zdawałam sobie sprawę, jak bardzo moje plany mogły dla osób trzecich zdawać się nierealistyczne. Choć lepiłam, od kiedy pamiętam, to dopiero u progu trzeciej klasy liceum zdałam sobie sprawę, że chcę pracować z plasteliną i zrobię wszystko, by to osiągnąć. Uświadomiłam sobie wówczas, że filmy animowane, które kocham oglądać, tworzą ludzie dorośli – i zapragnęłam dołączyć do ich grona. Zaczęłam tworzyć własne animacje poklatkowe, kontynuowałam to przez cały okres studiów. Ostatnie dwa lata spędziłam w Szczecinie, gdzie dowiedziałam się wielu istotnych rzeczy, do których mogłabym nigdy nie dojść, gdybym pozostała samoukiem. Moje zaplecze techniczne z zakresu animacji poklatkowej stopniowo się rozrastało – początkowo był to tylko kilkuletni aparat cyfrowy rodziców, plastelina, blat szafki i książki zamiast statywu. Dziś, oprócz oczywistego sprzętu, mam również dwa biurka do różnych typów animacji i około 50 kg plasteliny. Natomiast materiały potrzebne do wykonywania magnesów – takie jak specjalna plastelina, dłutka czy lupa – zapewniła mi firma, dla której pracuję. Na potrzeby pracy wykorzystuję również stolik-podkładkę pod laptopa ze zmiennym kątem nachylenia blatu.

Widziałam twoje prace w sklepach z pamiątkami w Poznaniu i Toruniu. A czy jest szansa, że kiedyś wykonasz pamiątki z Wrześni?

Nie wszystkie modele widoczne na wystawach są moje, choć na ten moment jest ich już niemal 40 z różnych miast Polski i zagranicy. Spod mojej ręki wyszły natomiast dwa najnowsze magnesy dedykowane tym miastom – Fara Poznańska i toruński Teatr Baj Pomorskich. W najbliższym czasie będę robić również Kopernika oraz Planetarium. Września ma moim zdaniem duży potencjał na realizację serii magnesów – myślę nie tylko o pomniku Dzieci Wrzesińskich czy Ratuszu, ale i kilku kamienicach, choćby z ul. Warszawskiej. Podstawą wykonania serii jest zainteresowanie lokalnych przedsiębiorców – jeżeli choć jeden sklep z pamiątkami lub informacja turystyczna zadeklaruje chęć współpracy, firma, dla której pracuję, z radością podejmuje wyzwanie. Zaszczytem, o który w takim wypadku z pewnością bym zabiegała, byłaby możliwość wykonania całej pierwszej serii samodzielnie – zaczynamy od 6 magnesów. Zwykle bowiem modele z danych miast są dzielone między mnie oraz dwie pozostałe rzeźbiarki, jednak tylko dla mnie jest to praca na pełen etat.

Jak właściwie trafiłaś do Arte-Faktu?

To akurat zasługa mojego męża, który niesamowicie mnie wspiera. W Boże Narodzenie dwa lata temu, podczas spaceru po starym rynku w Poznaniu, na jednym ze straganów z pamiątkami dostrzegł magnes przedstawiający kamieniczkę z apteką. W porównaniu do innych pamiątek z oferty nie była najtańsza, ale podobała nam się ze względu na szczegółowe wykonanie, więc ją kupiliśmy. Już chwilę później mój mąż spostrzegł na stopce nazwę producenta – była to gdańska firma Arte-Fakt. Zaproponował, abym napisała i zaproponowała swoje umiejętności. Jak się okazało – był to strzał w dziesiątkę! Dziś, po tylko nieco ponad roku, stałam ich główną rzeźbiarką.

Masz jeszcze czas na animację?

Tak, jak najbardziej. Sama wyznaczam sobie godziny pracy, choć trzeba dużego samozaparcia i odpowiedzialności, by nie wstawać codziennie po dziesiątej, dlatego mogę sobie pozwolić na działanie na obu tych płaszczyznach.

Czyli jak wygląda twój dzień?

Rytm mojej pracy poniekąd jest uzależniony od pory dnia – póki jest jasno, rzeźbię magnesy tudzież wykonuję scenografię do animacji. Animować mogę dopiero po zapadnięciu zmroku, dlatego jeżeli nie jestem „do tyłu” z lepieniem magnesów, mam mniej lub więcej czasu na pracę z aparatem i figurkami. Jeżeli nie mam innych zleceń, to zdarza się, że praca nad magnesem pochłania mnie do wieczora. Ostatecznie ciągle lepię z plasteliny, a właśnie to wcześniej robiłam w wolnym czasie! W moim przypadku ta granica między pracą a hobby praktycznie się już zatarła. Jest sporo prawdy w przysłowiu, które mówi, żeby wybrać pracę, którą się kocha, a nie przepracuje się ani jednego dnia. Jeszcze w marcu mam zamiar przystąpić do prac nad najnowszą animacją, tym razem autorską, nie zaś zleconą, która ma być najbardziej wymagającym projektem w całej mojej dotychczasowej twórczości.

Uchylisz rąbka tajemnicy?

Zdecydowanie poklatkowa, z użyciem plasteliny – tu niespodzianki nie będzie. Mogę zdradzić tyle, że film będzie dotykał relacji między rodzeństwem a ich matką. Chciałabym stworzyć ciekawą, intrygującą baśń trwającą około 10 minut – a biorąc pod uwagę fakt, że większość czasu poświęcam magnesom, zakładam, że film może być gotowy nie wcześniej niż na pierwszy dzień jesieni.

Zajmowałaś się animacją także z teoretycznego punktu widzenia. Jak sądzisz – czy we współczesnej kinematografii jest jeszcze miejsce na klasyczną animację poklatkową? Czy jest w niej miejsce na plastelinę?

Zdecydowanie – i to widać! Pracownia Animacji na mojej Akademii w Szczecinie była ukierunkowana technicznie przede wszystkim na animację poklatkową z wykorzystaniem plasteliny, piasku, rysunku, lalek itp. Wśród prac studentów różnych polskich i zagranicznych uczelni, które goszczą na festiwalach filmowych, wciąż pojawia się sporo filmów zrealizowanych właśnie w tych tradycyjnych technikach. Programy dziecięce oferują wiele animacji poklatkowych, również polskich – choćby „Parauszek i przyjaciele” czy „Rodzina Treflików”. A jedną animację plastelinową wielu Polaków widzi niemal codziennie – to reklama leku Sudafed.

Masz swoje ulubione animacje?

Jeżeli chodzi o poklatkowe, to najważniejszym dla mnie tytułem niezmiennie pozostaje „Gnijąca Panna Młoda” Tima Burtona. To właśnie ta animacja sprawiła, że zaczęłam zarówno pisać, jak i animować. Wykraczając zaś poza strefę animacji poklatkowej – uwielbiam serial „Awatar – Legenda Aanga” oraz disneyowską „Małą syrenkę”.

Jakiej plasteliny używasz? Zwykłej, takiej jak dzieci w szkole?

Jeżeli chodzi o animacje – od lat korzystam z plastelin firmy Astra i jestem bardzo zadowolona, choć może za jakiś czas spróbuję jakiejś innej, droższej. Kusi mnie, by zamówić materiał, z którego swoje figurki wykonują animatorzy ze studia Aardman Animations, o których pisałam pracę licencjacką. Zamawiam ją w formie kilogramowych cegieł, każda cegła to jeden kolor. Gdybym kupowała ją na paczki, chyba bym zbankrutowała! Na ulepienie kilkunastu drzew do scenografii schodzi czasem kilka kilogramów różnych odcieni zieleni i brązu – nie chcę nawet myśleć, ile dostępnych w supermarketach paczuszek musiałabym kupić, aby tyle zebrać. Co do plasteliny, z której lepię magnesy – to niestety tajemnica zawodowa.

Czy przy takiej pracy zdarza ci się jeszcze lepić wyłącznie dla przyjemności, bez związku z pracą?

Nie pamiętam już, kiedy ostatnio ulepiłam jakąś figurkę tylko i wyłącznie dla przyjemności. Choć prawda jest też taka, że praktycznie zawsze to, co lepię, sprawia mi przyjemność. Wyjątki są wtedy, gdy np. jakiś magnes jest naprawdę bardzo skomplikowany, ale to raczej strach o to, czy sprostam wyzwaniu niż brak przyjemności z realizacji. Jest jednak spora różnica między lepieniem magnesów i scenografii do animacji – te pierwsze muszą być wierne oryginalnym budynkom lub pomnikom, muszę trzymać się skali, uważać na kąty ujemne. Przy realizacji scenografii mogę bardziej „poszaleć”. Ode mnie zależy, jak wysokie będą drzewa, jaki będzie ubiór figurek. Ostatnio ogromną ilość frajdy dało mi lepienie zabawek do teledysku dla dzieci – mogłam puścić wodze fantazji, na co czasem przy tworzeniu magnesów brak miejsca.

Chwilowo porzuciłaś Wrześnię, pracujesz w Gdańsku.

Tak, ale właściwie to nie przeprowadziłam się do Gdańska. Pracuję zdalnie, jako jedyna osoba z firmy. Natomiast od listopada przebywam w Radomiu, gdzie przeprowadziliśmy się za pracą męża. Z uwagi na charakter mojej pracy mogliśmy sobie pozwolić na taki krok, a ja aktualnie jestem dumną żoną historyka-muzealnika; Artur odpowiada za dział promocji w Muzeum Ludowych Instrumentów Muzycznych w Szydłowcu. Możemy śmiało powiedzieć, że nawet dla par z tak nieszablonowymi zawodami – i to zaraz po studiach – znajdzie się praca w zawodzie. We Wrześni natomiast bywam raz na kilka miesięcy, z pewnością ciągle czuję się wrześnianką. Rodzice Artura mieszkają w Środzie Wielkopolskiej, więc dla nas obojga są to rodzinne strony.

Zauważyłaś jakieś zmiany w mieście?

Jestem pod nieustającym wrażeniem tego, jak szybko Września się rozrasta. Fragmenty miasta, które – gdy byłam dzieckiem – jak okiem sięgnąć stanowiły pola, dziś są wielkimi osiedlami. Bardzo podoba mi się odnowiony fragment nad Wrześnicą – światełka odbijające się w tafli, chodniki, kwietniki, tężnie! Karuzela natomiast spełniła moje marzenie o Empiku w rodzinnym mieście. I bardzo podobają mi się dekoracje, które widać w różnych punktach miasta, np. ogromne jajka wielkanocne, które widziałam rok albo dwa lata temu. Właściwie długo bym mogła wymieniać, jak wiele mi się w moim mieście podoba.

Rozmawiała Anna Tess Gołębiowska

Najświeższe informacje o Paulinie Koniuk-Fonżychowskiej można znaleźć na jej stronie na Facebooku, a jej produkcje można obejrzeć na profilu Paulina Plastelina

Thumb anna tess go%c5%82embiowska fot idzikowski 1

Anna Tess Gołębiowska

11:13 08-03-2019