Psie piekło. Udało się uratować jedno z dwóch zwierząt

Dwa psy żyły w nieludzkich warunkach. O ich sytuacji zaalarmowały wrześnianki. Aktywistki ruszyły zwierzętom na pomoc, ale dla jednego z nich było już za późno.

aktualności 08:01 27-08-202012 3

Zaczęło się od posta na Facebooku. 11 sierpnia Ela Zagórska z Wrześni opublikowała zdjęcie psa i dramatyczny apel:

– Ten piesek potrzebuje pilnej pomocy, proszę mi napisać, gdzie mogę to zgłosić. Piesek jest 24 godziny na dobę uwiązany na łańcuchu, właściciele go nie dokarmiają, nie dostaje wody. Dbają o niego sąsiedzi, ale tak nie może być. [...] Nie wiem, gdzie mogę to zgłosić, ponieważ policja w tym miejscu była już kilka razy i nic z tym nie zrobili. Może jakaś fundacja?

Siostra Eli, Wiktoria Zagórska, poprosiła o pomoc „Wiadomości Wrzesińskie”. Pomogliśmy dziewczynom dotrzeć do aktywistów, którzy zorganizowali interwencję.

Warunki w ciarnym kojcu. To cud, że zwierzę przetrwało

15 sierpnia do wioski oddalonej kilkanaście kilometrów od Wrześni (w gminie Strzałkowo) przyjechały: Arleta Kretkowska, wrześnianka reprezentująca Gnieźnieński Oddział Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami (na co dzień pracująca w biurze ogłoszeń „WW”) oraz Anna Stężewska z fundacji Ochotniczy Patrol Zwierzęcy. Aby w razie potrzeby udzielić pomocy aktywistkom przyjechały też osoby prywatne – małżeństwo z Wrześni, a na miejscu wspierały interweniujących Ela i Wiktoria Zagórskie. Siódmą osobą była reporterka „WW”.

– Na miejscu zastaliśmy naprawdę zatrważające warunki. Piesek w odchodach niesprzątanych nie wiadomo ile czasu, karmiony resztkami, głównie chlebem. Jedzenie było skisłe, wszędzie bardzo brzydkie zapachy. Zwierzę nie miało żadnego zacienienia, potrzebna była natychmiastowa pomoc – wylicza Anna Stężewska. To ona zapewniła psu dom tymczasowy, aby doszedł do siebie po tym, co przeszedł. – Mieszkam około 100 km stąd, ale wiedziałam, że jest potrzebna pomoc, a miałam w domu miejsce dla tego pieska. Dlatego tu jestem. Z chęci pomocy – wyjaśniała.

Rudy psiak, Lolek, przebywał w maleńkim kojcu, skleconym z kawałków siatki, blach i dykty. Była tam też licha buda. Mimo zamknięcia Lolek był uwiązany na krótkim, ciężkim łańcuchu. Polskie prawo zakłada, że minimalna długość łańcucha to trzy metry – ten na pewno tyle nie miał. Połowę „kojca” wypełniały odchody psa, drugą połowę – gnijący, namoczony chleb, z łażącymi po nim owadami.

Lolek nie miał dostępu ani do czystej wody, ani do psiej karmy
– Nie uczestniczyłam w wielu interwencjach, ale ta była dla mnie prawdziwym chrztem bojowym – wyznaje Arleta Kretkowska. – Była bardzo ciężka, ponieważ ci ludzie nie widzieli nic złego w takim traktowaniu zwierząt. To byli ludzie z problemami, z relacji sąsiadów wynika też, że z uzależnieniami. Często interwencje odbywają się bez obecności policji. Nie spodziewałam się tego, co się wydarzy. Po interwencji czułam się fatalnie. Z jednej strony miałam świadomość, że kolejne psie życie zostało uratowane, z drugiej czułam ogromną niemoc wobec takich ludzi i sytuacji. Nie rozumiem, dlaczego mimo wielu interwencji ze strony sąsiadów nikt nie zauważył dramatu zwierząt, nie zainteresował się ich losem. W efekcie dla jednego psiaka było już za późno. My, ludzie, musimy się jeszcze wiele nauczyć.

Dotychczasowi właściciele Lolka wyraźnie nie rozumieli sytuacji. Przekonywali, że pies ma się dobrze, dbają o niego, dostaje jedzenie – czyli resztki z obiadu. Nie przyjmowali do wiadomości, że warunki są tak złe, że pies cudem jeszcze żyje.

– Lolek został odebrany interwencyjnie właścicielom, którzy mieli dwa psy. Niestety nie zdążyliśmy uratować obu. Spóźniliśmy się o jeden dzień – relacjonuje Arleta Kretkowska.
Dla tej suni było zbyt późno. Odeszła w piątek, dzień przed interwencją. Przed śmiercią cierpiała
– Psiak odszedł w bólu i w cierpieniu, przypalikowany na krótkim łańcuchu, wśród brudu, śmieci, resztek ludzkiego jedzenia i potłuczonego szkła. Nienaturalna pozycja martwego psiaka wskazywała na ból przed śmiercią – opowiada Danuta Kwiatkowska, członkini zarządu Gnieźnieńskiego Oddziału TOZ-u. – Zgłoszenie otrzymaliśmy w środę, powiadomiliśmy urząd gminy, przygotowaliśmy miejsce dla psiaczków i w sobotę mieliśmy je odebrać, a w piątek otrzymaliśmy wiadomość, że jeden z nich jest martwy. Wezwaliśmy policję i lekarza weterynarii, aby dokonał sekcji zwłok. Postępowanie jest w toku. Zgłosimy do prokuratury podejrzenie popełnienia przestępstwa.
W kojcu Lolek był przygnębiony, a chwilami też agresywny. Bał się

Właściciele zwierząt nie wierzyli, że zrobili coś złego. Upierali się, że drugi psiak odszedł, ponieważ ktoś musiał złośliwie go otruć. Deklarowali, że nie oddadzą Lolka, choćby przyjechała policja, sąd i prokurator. Odmówili podpisania dokumentów dotyczących interwencyjnego zatrzymania zwierzęcia przez TOZ. Aktywistki musiały wezwać policję. Na miejscu zjawił się dwuosobowy patrol z Komendy Powiatowej Policji w Słupcy.

– Sprawą zajęli się policjanci z Posterunku Policji w Strzałkowie. Prowadzone przez nich czynności mają wyjaśnić, czy doszło do złamania prawa w tym przypadku. Decydująca w tej kwestii będzie opinia lekarza weterynarii, na którą obecnie funkcjonariusze czekają – informuje asp. sztab. Marlena Kukawka, rzeczniczka prasowa KPP w Słupcy.

Choć z początku wydawało się, że z właścicielami po prostu trudno jest się porozumieć, w momencie gdy aktywistki prowadziły już uwolnionego z łańcucha psa, mężczyzna po prostu się na nie rzucił.

– Mimo wieku właściciel był bardzo agresywny. Nie chciał oddać psa, groził, że nas zabije – opowiada Arleta Kretkowska.
Konieczna była interwencja policji

Mężczyzna złapał za smycz i szarpnął nią, dusząc psa. Policjanci złapali go za ręce, próbując odciągnąć od aktywistek i zwierzęcia, wywiązała się szarpanina. Nie było wiadomo, czy zwierzę przeżyje, ale kobietom udało się go podtrzymać i zapewnić choć częściowe oparcie dla zwisających w powietrzu łapek. Gdy mężczyzna zwolnił uścisk, odbiegły z psem, a funkcjonariusze obezwładnili mężczyznę.

– Zabiję, zabiję! – wykrzykiwał, choć nie było do końca wiadomo, o kogo mu chodzi: psa czy ludzi. 

Próbował znów ruszyć za aktywistkami, ale Anna Stężewska zdążyła obłaskawić psa i odjechać z nim, a policjantom udało się uspokoić właściciela.

Anna Stężewska z transporterkiem

Choć w kojcu Lolek wydawał się bardzo agresywny, szczerzył kły i głośno ujadał, to zmienił się nie do poznania, gdy tylko został uwolniony z łańcucha. Był łagodny, łasił się do aktywistek, lizał je po rękach. Pierwotny plan zakładał przewiezienie Lolka do domu tymczasowego w transporterze, ale okazało się, że nie ma potrzeby go zamykać. Zamiast tego podróżował na siedzeniu – oczywiście zabezpieczony psimi pasami.

– Lolek jest już bezpieczny i zrobimy wszystko, by uchronić go przed losem jego towarzysza niedoli. Jesteśmy załamani, że nie udało się uratować drugiego życia, ale nie poddamy się. Nie zostawimy tej śmierci bez wyjaśnienia i ukarania właścicieli – zapewnia Danuta Kwiatkowska.– Potrzebujemy pomocy finansowej w działaniach zarówno o ukaranie właścicieli, jak i w walce o uzyskanie zakazu posiadania przez nich zwierząt – dodaje. – Pomóżcie nam w walce o wymierzenie sprawiedliwości dla oprawców.

Anna Tess Gołębiowska

Anna Stężewska z Lolkiem. Psiak okazał się niezwykle przyjazny

***

Od autorki: 

Wiedziałam, że uczestniczenie w interwencyjnym odbiorze zwierzęcia nie będzie czymś przyjemnym, ale nie spodziewałam się, jak bardzo traumatyczne będzie to wydarzenie. Serce mi pękało na widok warunków, w jakich przebywał Lolek i na samą myśl o tym, co musiał przeżyć drugi z psów, który interwencji nie doczekał. Straszny był też moment agresji ze strony właściciela. Choć miałam po prostu rejestrować całą sytuację, zbierając materiał dowodowy na potrzeby ewentualnego procesu, przerwałam filmowanie i włączyłam się w szarpaninę. Potrzebni byli wszyscy, ponieważ istniało ryzyko, że nim policjanci obezwładnią napastnika, Lolek się udusi... a jednocześnie nie mogli wykonać żadnych gwałtownych ruchów, bo mężczyzna cały czas ściskał smycz, na której wisiał, dławiąc się, pies.

Ale przerażające było coś jeszcze. Było widać, że właściciele Lolka szczerze wierzą, że zapewnili mu najlepsze możliwe warunki. Ba, oni sami żyli w niewiele lepszych. Biedne maleńkie mieszkanie tonęło w śmieciach i brudzie. I choć mężczyzna podchodził do zwierzęcia dość obojętnie, to kobieta wydawała się przywiązana emocjonalnie i do Lolka, i do zmarłego psa, i do kotów – trudno określić: też należących do tych ludzi czy po prostu wolno żyjących, biegających po okolicach. Najprawdopodobniej oboje mieli zaburzone funkcje poznawcze. Ci ludzie wyrządzili swoim zwierzętom ogromną krzywdę, ale jednocześnie było widać, że sami potrzebują pomocy.

Kobieta wyraźnie cierpiała z powodu odebrania jej psa. Wzywała męża na pomoc, by nie pozwolił go zabrać. Zapewne z ich perspektywy to oni są ofiarami. Dzień po tym, jak pożegnali jednego z psów – według ich wyobrażeń otrutego – przyjechali obcy ludzie, odebrali im drugiego psa, a policja, zamiast powstrzymać „złodziei”, uniemożliwiła im reakcję. Muszą czuć się głęboko skrzywdzeni. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że interwencja była słuszna i uratowała Lolkowi życie, ale jestem przekonana, że potrzebna byłaby jeszcze jedna interwencja. Pomocy tym ludziom. Może przy wsparciu asystenta środowiskowego i terapeuty udałoby się zmienić ich życie?

W tę sobotę widziałam porażkę całego społeczeństwa – rodzinę funkcjonującą w warunkach, w których nikt nie powinien żyć, a poprzez swoją skrajną niewydolność krzywdzącą inne istoty. I ten obraz był jeszcze straszniejszy niż sam udział w bójce, by ratować życie psa.

***

Z Gnieźnieńskim Oddziałem Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami można skontaktować się mejlowo (tozgniezno.kontakt@gmail.com) oraz telefonicznie (781 456 185). Zachęcamy do kontaktu wszystkie osoby, które mogłyby choć na kilka dni zostać domem tymczasowym dla psiaków takich jak Lolek, które aktywiści wyrywają z piekła na ziemi. Organizację można wesprzeć także finansowo, numer konta to: 61 9065 0006 0000 0000 6116 0001.

TOZ prowadzi obecnie zbiórkę, by zapewnić Lolkowi pełną diagnostykę weterynaryjną, leczenie i specjalistyczne wyżywienie. Można ją wesprzeć tutaj.

Kontakt z fundacją Ochotniczy Patrol Zwierzęcy, która zapewniła Lolkowi dom tymczasowy, również możliwy jest mejlowo (ochotniczypatrolzwierzecy@gmail.com) oraz telefonicznie (795 901 309). Można ją wesprzeć wpłatami na konto: 51 1240 1981 1111 0010 8858 4653.

Thumb anna tess go%c5%82embiowska fot idzikowski 1

Anna Tess Gołębiowska

08:01 27-08-2020