Na lądzie, w powietrzu, na wodzie. Tradycja modelarska żyje i ma się dobrze!

Współczesne modelarstwo różni się od tego tradycyjnego, ale nadal każdy może w nim znaleźć coś dla siebie: sklejać, startować w zawodach czy po prostu dobrze się bawić.

fotoreportaże 16:56 28-09-20170 0

Zainteresowanie modelarstwem we Wrześni jest coraz większe, chociaż cały czas to niszowa branża. A szkoda, bo modelarstwo uczy i rozwija. To także świetna zabawa dla całej rodziny.

– Weźmy na przykład rzutki ze styropianu, które można samemu pomalować, latawce, które można samemu zrobić i potem puszczać. Kiedyś było to bardzo popularne, organizowało się nawet dni latawca. To świetny pomysł na to, żeby dzieciaki mogły spędzić trochę czasu z rodzicami. Poza tym każdy model, sterowany czy taki, który można złożyć lub postawić, zawsze będzie ucieczką od telewizji czy komputera – przekonuje Szymon Nowakowski, właściciel sklepu modelarskiego Energy, który od 4 lat działa na wrzesińskim rynku.

Wybór w sklepie Szymona Nowakowskiego jest imponujący

Modelarstwo redukcyjne obejmuje wszystkie modele plastykowe i papierowe sklejane w celu wystawienniczym. To poważna działka w modelarstwie, wymagająca niesamowitej precyzji – ale też przechodząca powoli do lamusa. Przeniosła się do domów. Najczęściej jeszcze starsi zapaleńcy siedzą w zaciszu i kleją modele, aby potem postawić je na półce. Żeby zrobić taki model, trzeba poświęcić rok, dwa lub więcej.

Obecnie rola modelu nie kończy się na tym, żeby go podziwiać. Największą radość sprawia dziś jego użytkowanie. Tym bardziej że modele stały się także zabawkami, a ich użytkownikami są dzieci, często zbyt żywiołowe, żeby siedzieć długimi miesiącami nad jednym modelem. Poza tym nie jest to proste. Nawet na zajęciach u Romana Grzybowskiego, w modelarni we Wrzesińskim Ośrodku Kultury, modele składają starsze dzieci, bo muszą operować nożykiem czy nożyczkami. – Młodsze dzieci, do 10 lat, nie są w stanie wyciąć okręgu z wyobraźni. A żeby zrobić model, trzeba więcej – mówi Grzybowski.

Roman Grzybowski prowadzi zajęcia we wrzesińskiej modelarni od 5 lat. Uczestnicy zawsze mogą liczyć na pomoc np. w wyważeniu modelu 

We Wrześni i w Kołaczkowie od wielu lat działają modelarnie. Odbywają się zajęcia, dzieci biorą udział w zawodach. Mniej zaawansowani modelarze (przedszkole modelarskie) jeżdżą na zawody halowe. Modele z listewek i papieru puszcza się na hali, nie wymaga to sprzętu i pieniędzy. Chodzi o to, żeby jak najdłużej leciały – zawodnik musi taki model wyregulować. Z drugiej strony zajmują się modelarstwem sportowym: szlifują, piłują, sklejają – i potem na zawody.

– Ktoś mi powiedział, że mam skończyć z tym tartakiem, bo dla niektórych budowanie modeli z listewek tak się nazywa. Dzięki Chińczykom niektórych modeli nawet nie trzeba sklejać. Wystarczy iść do sklepu i kupić gotowca. Nie trzeba się nawet nazywać modelarzem. Modelarnie już nie są nikomu potrzebne – żali się Roman Grzybowski.

Uczestnicy zajęć w modelarni w WOK-u. Dzieci szykują się na zawody halowe, które odbywają się w Witkowie

Mimo to modelarnia w WOK-u cały czas prosperuje i przyciąga dzieci. W zajęciach uczestniczy też Armand Surtel, 14-letni mistrz Polski w ślizgach spalinowych zdalnie sterowanych. Stała 6-osobowa ekipa startuje w zawodach, są też młodsze dzieci, które przychodzą majsterkować i jak im się spodoba, zostają. Kilka osób coś dłubie w domu, przychodzą porozmawiać lub coś naprawić, bo nie mają narzędzi.

Modelarstwo w Gimnazjum nr 2 popularyzuje Albert Frąckowiak, który od 10 lat zajmuje się modelami, uczy też techniki. W ramach zajęć technicznych uczniowie wykonują modele samolotów i latawców. To jedyna szkoła w okolicy, w której uczy się modelarstwa.

WSPOMNIENIE MODELARNI BULCZYŃSKIEGO

Roman Grzybowski pasjonuje się modelarstwem szkutniczym, czyli wodnym. We Wrześni wcześniej „panowało” modelarstwo lotnicze. Popularyzował je ojciec Jarosława Bulczyńskiego – Bronisław. – Przyjeżdżał też Jan Bury z Poznania, legenda modelarstwa lotniczego. Nie wiem, za czyją sprawą, ale z czasem popularne stały się też samochody – wspomina Grzybowski.

Kiedyś modelarnie skupiały wokół siebie ludzi, bo sprzęt był drogi i niedostępny. Teraz to się rozproszyło. – Za czasów PRL-u aparatura do zdalnego sterowania kosztowała kilka pensji. I trzeba było sprowadzić ją z Zachodu. Tym sprzętem dysponowały modelarnie i bardzo nieliczni ludzie, których było na to stać – opowiada R. Grzybowski.

Potwierdza to Szymon Nowakowski, który jeździ zdalnie sterowanymi autami i lata samolotami. – Chodziłem do pana Jarka Bulczyńskiego do modelarni i tam budowaliśmy. Wtedy zdalnie sterowany model miał tylko pan Bulczyński i jedna osoba, którą było stać na radio. Dużo można było się nauczyć, mimo że dostępne były tylko jakieś deseczki. Nie było nas stać na takie zabawki, jakie są teraz. Wszyscy, którzy chodzili kiedyś na modelarnie i pamiętają te czasy, teraz chcą nadrobić – mówi.

On też widzi, że większość osób wybiera dziś gotowce. – To chyba przez to, że ludzie nie mają czasu. Nie są one tak dobre jak te, które zrobimy sami, ale wystarczą – twierdzi Nowakowski.

Albert Frąckowiak i Jeremi Urbanowicz ze swoimi modelami

NIE DO KOŃCA ZABAWKI

Modelami zdalnie sterowanymi (RC – Radio Control) mogą być: helikoptery, samoloty, samochody, łodzie lub drony. Znacznie różnią się od zdalnie sterowanych zabawek. Przede wszystkim konstrukcją. Są zrobione z lepszych części i można je wymieniać, bez względu na to, co się zepsuje. W zabawkach to niemożliwe. Modele można rozbudowywać, tuningować. Wybór też jest nieograniczony. Jeżeli chodzi o auta, to są off road – terenowe – i on road, czyli na zwykłą drogę, samochody do driftu, kontrolowanego poślizgu. Są też różne rodzaje samolotów, łodzi. Dla dzieci i dla dorosłych, do nauki i wyczynowe. Można zmieniać aluminiowe felgi, śmigła, obudowy, malować jak się chce.

– W autach wszystko wygląda jak w rzeczywistym samochodzie: zawieszenia, wahacze, półosie, mechanizm różnicowy. Można nauczyć się konstrukcji prawdziwego samochodu – mówi Albert Frąckowiak. – Trzeba dbać o nie, oglądać, sprawdzać wszystko, dokręcać śrubeczki, czyścić, wymieniać oleje, części, smar w dyfrach – dodaje.

Tak samo helikoptery i samoloty – są profesjonalne, półprofesjonalne, zabawki, z silnikiem i bez. Kategorii jest mnóstwo. Modele zdalnie sterowane trzeba zaprogramować. Musisz mieć radio, ustawić je – i dopiero wtedy model jest gotów do startu.

 
Armand Surtel, 14-letni mistrz Polski, już cztery lata startuje w zawodach. Jego opiekun Roman Grzybowski przyznaje, że początki były trudne. Ale od dwóch lat – same sukcesy 

SPALINOWE, ELEKTRYCZNE, NA UWIĘZI?

Są modele wyczynowe, które nie są zdalnie sterowane, tylko swobodnie latające czy na uwięzi. Ostatnią osobą, która zajmowała się tym we Wrześni, był pan Jarek Bulczyński. Jeden z jego modeli wisi w kołaczkowskiej modelarni. – Model trzeba było wprowadzić na odpowiednią wysokość za pomocą holu, następnie operować nim, tak aby „złapał noszenie”, czyli dał się unosić ciepłym masom powietrza, „zerwać” hol. W tym momencie sędzia zaczynał pomiar czasu. Chodziło o to, żeby model jak najdłużej szybował, ale nie za długo, bo mógł uciec. Jak go porwało ciepłe powietrze, tzw. noszenie, było po modelu – opowiada Roman Grzybowski. – Były tam specjalne mechanizmy, żeby temu zapobiegać. W przypadku samochodów, np. na uwięzi, model musiał osiągnąć jak największą prędkość w ciągu 10 sekund – dodaje.

Teraz najbardziej popularne są modele elektryczne. – Jeździmy elektrycznymi samochodami, bo są szybsze, mocniejsze, mniej kłopotliwe w obsłudze. Kiedyś bardziej popularne były spalinówki. Zresztą jeździliśmy chyba wszystkim i we wszystkich klasach na zawodach – mówi Albert Frąckowiak. Według niego na początku lepiej unikać spalinowego samochodu – jest prostszy w obsłudze i tańszy, ale trzeba też non stop go regulować, odpalać, mierzyć temperaturę, do tego paliwo jest drogie. – Nie jest łatwe opanowanie spalinówki – mówi Albert.

– Jeszcze 2-3 lata temu większość osób jeździło modelami spalinowymi, teraz wszyscy stawiają na elektryki. Elektryczny ma niesamowite możliwości. Jest moc. Wyciąga 100 km/h i ładnie przyspiesza – dodaje Jeremi Urbanowicz, który zajmuje bardzo wysokie miejsca na zawodach.

Można kupić złożony model bądź złożyć go samemu. Te pierwsze są o wiele tańsze. – Gdy składamy od podstaw, sami dobieramy komponenty: silnik, regulator, radio. To jest droższa opcja, ale bardziej profesjonalna. Możliwości tuningu są tak naprawdę nieograniczone. Można zmieniać silnik, elementy zawieszenia, amortyzatory, ale ogarnąć standard to i tak już dużo – zapewnia Albert.

Koszt samochodów wyczynowych to 2000-3000 zł, ale żeby pojeździć rekreacyjnie, wystarczy taki za 300-500 zł. Droższy jest mniej awaryjny, wytrzymuje większe obciążenie. Można też kupić samochód używany za 500-1000 zł.

Amatorów lotów szybowcami zdalnie sterowanymi nie brakuje. Wymaga to wielkiej precyzji i skupienia. Wrzesińscy modelarze regularnie spotykają się na lotnisku w Obłaczkowie (zdjęcie z zawodów w 2015 roku) 

MOŻLIWOŚCI NIEOGRANICZONE

Najszybszy samochód zdalnie sterowany wyciąga 170 km/h. Przy uderzeniu psuje się dosłownie wszystko. Modele dla najmłodszych wyciągają bezpieczną prędkość 25-35 km/h, na zawodach do 100 km/h. Na offroadach liczy się przyspieszenie. Ważne, by droga hamowania była jak najkrótsza i przejazd jak najszybszy. Są też zawody modelami typu dragracing, na ćwierć mili. Tu potrzebna jest prędkość. Wszystko wygląda jak w życiu. Model może się zepsuć, wypaść z drogi.

– Najgorsze są upadki. Jak helikopter spada na ziemię, nie zostaje z niego nic. Nawet śmigła się łamią. W samochodach najczęściej łamią się wahacze i zużywają opony, dlatego opony zawsze trzeba mieć w zapasie. Do jazdy amatorskiej można jeździć nawet na łysych – mówi Jeremi Urbanowicz.

Podobnie jest przy motorówkach, wszystko musi być dokładnie przemyślane. – Kadłub ślizga się po wodzie ponad 100 km/h i musi być tak skonstruowany, żeby na fali się nie wywrócił. To niesamowity widok, jak model wylatuje kilka metrów w górę tylko dlatego, że mała fala go podbije – mówi Roman Grzybowski, który ze swoimi podopiecznymi startuje w ślizgach spalinowych zdalnie sterowanych. Najmniejsze motorówki płyną od 65 km/h, najbardziej wyczynowa klasa wyciąga 135 km/h. – To już jest naprawdę bardzo dużo, bo w momencie wywrotki jest po modelu. Wiadomo: im większa prędkość, tym większy opór. Dlatego trzeba umieć sterować. Niektórzy budują model po 10 lat, a lot nim trwa często 10 minut, bo przez nieumiejętność prowadzenia się rozbija – dodaje Grzybowski.

Możliwości sprzętu są uzależnione od portfela. Radia są wyposażane w kolorowe wyświetlacze czy słuchawki, drony mogą mieć GPS-a, dzięki czemu same wracają do właściciela. Możliwości praktycznie się nie kończą.

Katarzyna Stawna

Artykuł ukazał się w „WW” 19 lutego 2016 roku.

Thumb tem podsumowanie dai

Damian Idzikowski

16:56 28-09-2017