Na czym polega praca strażników miejskich? Sprawdziliśmy to na własnej skórze

Oto codzienność Straży Miejskiej we Wrześni widziana oczyma dziennikarza towarzyszącego funkcjonariuszom przez cały dzień.

reportaż 16:43 23-10-20180 8

Na komendzie przy ul. Ratuszowej pojawiamy się kilka minut przed siódmą rano. Nie wzbudzamy specjalnej sensacji i zainteresowania. Raz, że uprzedzono wszystkich o naszej wizycie, dwa – każdy jest zabiegany i nie ma czasu, aby zamienić choć kilka słów. Zbliża się przecież godzina rozpoczęcia służby, a tu wszyscy jeszcze w strojach cywilnych.

– Paskudna pogoda nam się trafiła. Mam nadzieję, że nie będzie padać cały dzień – słyszymy zza zamkniętych drzwi szatni.

Każdy strażnik rozpoczyna dzień pracy od przebrania się w strój służbowy – mundur. Zaraz potem pobiera całe wyposażenie, w tym pałkę wielofunkcyjną typu tonfa, kajdanki i zasobniki z substancjami obezwładniającymi. Na wyposażenie mundurowych składają się również: krótkofalówka, odznaka i znienawidzone przez kierowców kajety, czyli notatniki zawierające m.in. bloczki mandatowe.

Pierwsze zadanie strażników to rozdysponowanie prac pomiędzy osoby, które przyszły odpracować karę ograniczenia wolności w postaci prac społecznych. Zadania przydzielane są pięciu osobom.

– Ty pójdziesz uporządkować teren wokół stawu Glinki. Wiesz, jak tam trafić? – pyta Zygmunt Zalepa, upewniając się, czy skazany dotrze we wskazane miejsce. W odpowiedzi słyszy niechętne potwierdzenie. Mężczyźnie niespecjalnie podoba się fakt, że ma iść zbierać śmieci w momencie, kiedy pada deszcz.

– Kurczę, nie znalazłoby się coś innego? Nie chcę zmoknąć – próbuje się wywinąć.

– Piotrek, ty już się lepiej nie odzywaj, bo już widzę, że coś ci nie pasuje. Obejdziesz dwa stawy i zrobisz porządek. Ma być czysto i ładnie – ucina dyskusję Zalepa.

Pozostała czwórka bez ociągania przyjmuje przydzielone zadania. Dwóch zostaje skierowanych do oczyszczania Wrześnicy – niski poziom wody ukazał nie najlepszy obraz czystości rzeki. Pozostali trafiają na ulicę Gnieźnieńską. Ich zadaniem jest remont piwnicy z przeznaczeniem na harcówkę.

– Generalnie najwięcej osób skazanych przychodzi do nas pod koniec miesiąca. Nie ma z nimi większych kłopotów – mówi Mirosław Morawski, komendant straży miejskiej. Prace społeczne polegają głównie na odchwaszczaniu i zamiataniu chodników czy zbieraniu śmieci z ogólnodostępnych miejsc.

PATROL AUTEM I PIESZO

Na pierwszy patrol udajemy się Zygmuntem Zalepą i Kazimierzem Kosmalą. Panowie spieszą się, bo zbliża się czas, w którym uczniowie są dowożeni przez rodziców do szkół. Niejednokrotnie bywa, że kierowcy zostawiają swoje samochody, gdzie i jak chcą, nie zważając na to, że stwarzają tym samym utrudnienia w ruchu. Radiowozem udajemy się do „dwójki”. Zaraz po wejściu do 14-letniego volkswagena T4 słyszymy, że źle zamknęliśmy boczne drzwi.

– To nie nowy mercedes, drzwiami trzeba trochę mocniej trzasnąć, żeby się zamknęły. No, śmiało! – podśmiechuje się Zygmunt.

Na miejscu pojawiamy się około 7.45. Strażnikom od razu rzuca się w oczy opel corsa zaparkowany na przejściu dla pieszych. 32-letnia kobieta, która wraca do pojazdu po kilku minutach, nie ma nic na swoje usprawiedliwienie. Mówi tylko, że nie widziała „zebry”. Jeden ze strażników wypisuje jej stuzłotowy mandat.

Na komendę przyjeżdżamy około 8.30. Krótko po nas pojawiają się tam kolejni strażnicy, Sławomir Chamot i Szymon Abramowicz. Obaj wrócili z pieszego patrolu w rejonie „jedynki” i dawnej „trójki”. Deszcz nie przestał padać, więc zmokli jak kury. Ale nikt się nie skarży, przynajmniej w obecności dziennikarza.

– Trochę się osuszymy, przebierzemy i będzie dobrze – stwierdzają.

Przed dziewiątą udajemy się z nimi na patrol po parku im. Józefa Piłsudskiego. Mamy szczęście, bo przestało padać, a zza chmur przedziera się słońce. Mimo to w parku nie ma żywej duszy. Po jakimś czasie uwagę mundurowych przykuwa brak czterech szczebelków w drabince na placu zabaw. Z parku udajemy się w stronę placu zabaw przy ul. Kosynierów. Municypalni interesują się oplem zaparkowanym przy stacji benzynowej Orle. Pojazd na słupeckich numerach rejestracyjnych ma otwartą szybę. W środku m.in. radio, narzędzia – tymczasem właściciela ani widu, ani słychu.

Na miejsce zostaje wezwana policja. Funkcjonariusze ustalają dane właściciela. Okazuje się, że jest on mieszkańcem gminy Słupca. Ponadto dowiadujemy się, że auto nie figuruje w bazie danych pojazdów skradzionych. Policjanci rozkładają ręce, twierdząc, że nie mogą nic więcej zrobić. Wsiadają do radiowozu i odjeżdżają. Strażnicy przeciwnie – postanawiają przejść się po okolicznych blokach z nadzieją, że w jednym z mieszkań znajdą właściciela lub członka jego rodziny, znajomego. Pukanie od drzwi do drzwi nic jednak nie daje.

Bez sukcesu kończą się również działania dyżurnego Józefa Czerniaka, który próbuje ustalić numer telefonu komórkowego do poszukiwanego mężczyzny. Dyżurny łudzi się, że może go mieć sołtys wsi, w której zameldowany jest właściciel opla.

ŚMIECIARZY NIE BRAKUJE

Około dziesiątej ponownie jedziemy na patrol radiowozem. Strażnicy „po drodze” wykręcają do harcówki nieopodal basenu. Chcą sprawdzić, jak radzą sobie osoby skierowane do prac remontowych w piwnicy. Krótko potem patrol musi wracać na komendę – polecenia przekazywane przez dyżurnego mają pierwszeństwo. Tam dołącza do nas Marcin Łyskawa, pracownik Biura Strefy Płatnego Parkowania. Jego zadaniem jest opróżnienie z gotówki parkomatu przy ul. Moniuszki. 

Rola strażników polega na zabezpieczeniu tej czynności. Wyjmowanie pieniędzy bezpośrednio z urządzenia trwa dosłownie chwilę. Dowiadujemy się, że w kasetce, która waży jakieś 20 kilogramów, znajduje się blisko trzy i pół tysiąca monet. Po pięciu minutach pieniądze trafiają do wydziału księgowości. Monety umieszczane są na tacce liczarki, maszyna sortuje je i liczy. Pod koniec służby strażnicy przewiozą pieniądze do Banku Spółdzielczego.

Wracamy w teren. Kierowca Zygmunt Zalepa obiera kierunek na Psary Polskie, dalej na Słomowo. W pewnym momencie zatrzymujemy się. Strażnicy dostrzegają leżące w rowie dwie siatki wypełnione śmieciami. Zakładają rękawiczki i przystępują do przeglądania odpadów. Chcą znaleźć wskazówkę, która doprowadzi ich do właściciela.

Nie ukrywają, że akurat ta praca jest mało przyjemna. – Zapach czasami powala. Niweluję go często papierosem – słyszymy od Zalepy.

Nic nie wskazuje na to, że w śmieciach znajdzie się jakiś „dowód przestępstwa”. Zygmunt chce przerwać prace, ale spotyka się ze stanowczym protestem swojego kolegi. – Kiedy ty mówisz, że nic z tego nie będzie, to się coś znajduje – stwierdza Kazimierz Kosmala.

Jego słowa okazują się prorocze. W ręce Kosmali trafia dowód, który pozwala zidentyfikować właściciela śmieci. – Widzisz, widzisz. Coś mamy, a ty już krakałeś – mówi wyraźnie zadowolony Kazimierz.

Strażnicy proszą, aby nie pisać, co to jest. Obawiają się, że osoby łamiące przepisy będą przez to ostrożniejsze. Niechętnie, ale przystajemy na ich prośbę. Kilkanaście minut później okazuje się, że śmieci wyrzucił 52-letni wrześnianin. Mężczyzna dwa dni później zostaje ukarany mandatem w wysokości stu złotych.

– Grzebanie w śmieciach nie jest przyjemne, ale mamy ogromną satysfakcję, gdy udaje się ustalić ich właściciela. Jego mina na nasz widok jest bezcenna – mówią strażnicy.

Mundurowi są w świetnych humorach. Uśmiech nie schodzi im z twarzy, mimo że po kilku kilometrach – a konkretnie przy drodze na dawną stację radarową w Sokołowie – znajdujemy niemałą stertę śmieci. Tym razem także udaje się namierzyć ich właściciela. Okazje się, że jest nim biznesmen, na co dzień zarządzający jedną z gnieźnieńskich hurtowni. 

Mężczyzna po 13.30 pojawia się w komendzie. Pod ratusz podjeżdża jednym z nowszych mercedesów. 46-letni mieszkaniec gminy Witkowo jest bardzo zaskoczony – a przynajmniej takie sprawia wrażenie – że śmieci z jego firmy znalazły się w krzakach. Mężczyzna przyjmuje 500-złotowy mandat, zobowiązuje się też do uprzątnięcia śmieci.

Kilkaset metrów dalej strażnicy natrafiają na kolejne odpady. Mundurowym udaje się znaleźć trop do ich właściciela. Ukaranie mężczyzny na razie jest jednak niemożliwe, bo podejrzany przebywa poza granicami kraju.

CHLEB POWSZEDNI

Na komendę zjeżdżamy o 12.20. Strażnicy robią sobie pierwszą 15-minutową przerwę. My z kolei zaglądamy do biura, w którym przebywają dwie strażniczki, Anna Hedrych-Stanisławska i Katarzyna Chromińska. Pierwsza opracowuje odpowiedzi na pytania przesłane z lokalnych mediów. Jej koleżanka przygotowuje comiesięczne pisma. To dokumenty dotyczące osób skazanych wykonujących prace społeczne.

Zamierzamy właśnie wypić kawę, kiedy dyżurny przyjmuje interwencję dotyczącą dwóch pojazdów zaparkowanych na pasie zieleni przy „dwójce”. Po ośmiu minutach razem ze strażnikami jesteśmy na miejscu. Zgłoszenie się potwierdza. Ponieważ kierowców nie ma, funkcjonariusze wkładają za wycieraczkę wezwania na komendę.

– Widzę, że dostałam od pana list miłosny? – pyta po jakimś czasie jedna z kobiet, właściciela opla corsy.

– Zaparkowała pani na zieleni. Poza tym w tym miejscu nie można parkować, o czym informuje odpowiedni znak. Po zsumowaniu wykroczeń mandat mógłby być w wysokości do 600 zł – mówi Zygmunt Zalepa.

– Żartuje pan? Jezus Maria! – słyszy w odpowiedzi.

Mimo wszystko interwencja przebiega w przemiłej atmosferze. Kobieta się nie kłóci. Przyznaje, że nie zaparkowała najlepiej, bo spieszyła się odebrać dziecko ze szkoły. W pewnym momencie 36-letnia wrześnianka jest nawet skłonna do żartów. Koniec końców otrzymuje mandat w wysokości 50 zł. Taka sama kara zostaje nałożona na kierowcę drugiego źle zaparkowanego samochodu, peugeota. Sprawcą wykroczenia jest również kobieta. Od 62-latki słyszymy, że zaparkowała tu na dłużej, bo po odebraniu dziecka ze szkoły poszła na zakupy do pobliskiej Biedronki.

– W naszej pracy nie chodzi o to, aby karać maksymalnymi mandatami. Trzeba być człowiekiem – mówią strażnicy. Wspominają, że niejednokrotnie zdarza się, że po wypisaniu mandatu uścisną sobie na pożegnanie rękę z ukaranym. – Ludzie są różni. Oczywiście zdarzają się „damy”, które potrafią być nieprzyjemne. Wówczas nie mam oporów, żeby wypisać większą kwotę mandatu. Najwyżej nie będą mieć na lepszą szminkę – dodaje Zygmunt Zalepa.

– Czyli opłaca się być miłym? – drążymy.

– Oni grzecznie, my grzecznie. Policjanci tak samo postępują – słyszymy w odpowiedzi.

Sprzed szkoły patrol udaje się do centrum miasta, a następnie na osiedla: Sokołowskie, Tysiąclecia i Sławno. Strażnicy nie odnotowują żadnej interwencji. Nie podoba im się tylko to, że dwie młode osoby przejeżdżają na rowerze przez przejście dla pieszych. Rzecz dzieje się na ul. Jana Pawła II. Po krótkiej wizycie na komendzie zmotoryzowany patrol udaje się do Nowego Folwarku, m.in. w celu kontroli lasu pod względem śmieci. Co cieszy, tym razem nie napotykamy na żadne dzikie wysypisko.

Zbliża się 15.00, koniec służby. Mundurowi wracają na komendę. Są nieco zdziwieni, że nie przytrafił im się dzisiaj „leżak”. Tak mówią na osoby, które po spożyciu alkoholu mają problem z dojściem do domu. Jak twierdzą, niejednokrotnie trzeba takich wprowadzać na czwarte piętro.

Na komendzie strażnicy zdają dyżurnemu sprzęt i udają się do szatni. W drzwiach mijają się z kolegami, którzy przyszli na drugą zmianę. Ta potrwa do 23.00.

Łukasz Różański

Tekst archiwalny. Artykuł ukazał się w „Wiadomościach Wrzesińskich” 16 października 2015 roku. 

Thumb tem podsumowanie dai

Damian Idzikowski

16:43 23-10-2018