Książka nicią porozumienia. Rozmowa z pisarką Joanną Olech

Dlaczego dorośli powinni sięgać po książki dla młodych czytelników? Jak nie zniechęcić dzieci do czytania? O tym rozmawiamy z Joanną Olech, pisarką i graficzką.

wywiad 09:49 17-05-20190 0

7 maja w Bibliotece Publicznej Miasta i Gminy Września rozpoczął się Ogólnopolski Tydzień Bibliotek. Zainaugurowała go seria spotkań z Joanną Olech. Uczestniczyli w nich uczniowie III klas szkół podstawowych.

„WW”: Czy często czyta pani książki dla dzieci?

JOANNA OLECH: – Od lat czytam niemal wyłączenie książki dla dzieci, ponieważ zajmuję się ich recenzowaniem. Na książki dla dorosłych zostaje mi niewiele czasu. Ostatnio to bardzo budujące zajęcie, bo każdego miesiąca przybywa kilkadziesiąt premier dla dzieci. Takiej klęski urodzaju nie mieliśmy od dawna. Wśród nowości jest oczywiście dużo „chłamu”, ale są też rzeczy wybitne, nad którymi płaczę i śmieję się na przemian. Rodzice często uważają, że z chwilą gdy dzieci dorastają i usamodzielniają się, książki dziecięce należy schować do pawlacza. A warto je czytać w każdym wieku.

Czyli rodzice mogą tylko skorzystać, czytając książki swoich dzieci?

Skorzystać to mało powiedziane. Taka lektura to powrót do świata emocji, z którym tracimy kontakt, dorastając. Oddalamy się tak od naszych dzieci. A książki są fantastyczną płaszczyzną porozumienia. Jeżeli dziecko widzi, że mama czy tata czytają jego ukochane lektury, to jest to dla niego jak wyznanie miłości. Sama czytałam książki moim córkom, gdy one miały 16 lat i więcej. To był nasz wieczorny rytuał. Ponieważ ja się łatwo wzruszam, to zdarzało mi się siąkać nosem i one widziały, że jestem tak samo poruszona. Zresztą dla ukształtowania nawyku czytania ważne są nie tylko mamy, ale też ojcowie. Figura ojca jest bardzo ważna, szczególnie dla dorastających chłopców. Jeżeli syn nigdy nie widział czytającego ojca, to być może sam nigdy nie sięgnie po książki. Nawet jeżeli mama czyta.

Chłopców może też zniechęcać fakt, że bohaterkami książek dziecięcych najczęściej są dziewczyny.

Z badań Instytutu Literackiego wynika, że dziewczynki równie chętnie czytają książki, w których bohaterką jest dziewczyna, jak i te, gdzie bohaterem jest chłopiec. Natomiast chłopcy nie chcą czytać książek, gdzie główną rolę odgrywa dziewczynka. Ale jestem przekonana, że na rynku można znaleźć też wiele książek, które będą ciekawe dla chłopców. Wystarczy śledzić rynek i zaufać bibliotekarzom, którzy znają dobrze nowości.

Rodzice czasem czują się rozczarowani, że dzieci nie lubią ukochanych książek ich dzieciństwa. Jak sobie z tym poradzić?

To jest nieuchronne. Ja też nie wystrzegłam się tego błędu i zakładałam, że jeżeli ja lubię jakąś książkę, to moje dzieci ją też pokochają. Ale nie ma takiej reguły. Nie można przymuszać dzieci do czytania. Doradzałabym rodzicom, żeby podążali za zainteresowaniami dziecka. Jeżeli dziecko czyta horror lub kryminał, to sprytny rodzic, pomimo że sam nie lubi tego gatunku, kupi mu kolejny horror ulubionego autora. Upodobania dzieci się zmieniają, a ważne jest samo kształtowanie nawyku czytania, żeby nie kojarzył się on dziecku z jakąś mitręgą.

Są jednak książki ponadczasowe, Gdy dzisiaj czytała pani dzieciom fragmenty „Dynastii Miziołków”, to słychać było śmiech.

Życie książek nie jest wieczne. Nie wiem, czy dzieci zdają sobie sprawę, że w „Dynastii Miziołków” nie ma np. telefonów komórkowych. Pierwszą wersję tej książki pisałam na maszynie do pisania, bo nie było jeszcze laptopów. Z wydania na wydanie liftingujemy tę książkę, usuwając przedmioty, które odeszły już w przeszłość. Tak sobie jednak pochlebiam, że tym, co sprawia, że „Dynastia” jest nadal czytana i popularna, jest fakt, że była ona pisana bez wewnętrznego cenzora. Ta książka powstawała dla tygodnika, a czasopismo żyje krótko. Miałam poczucie, że piszę „na chwilę”. Nie zdawałam sobie sprawy, że „Miziołki” będą czytane za ponad 20 lat. To sprawiło, że nie moralizowałam i całość wypadła nonszalancko.

Ważna jest też chyba szczerość, bo to książka oparta na perypetiach pani rodziny.

Tak. Moje dzieci są już dorosłe i trochę z zażenowaniem czytają, że kiedyś siusiały w majtki (śmiech). Ale Miziołek, czyli mój syn, który jest narratorem, był recenzentem każdego odcinka. Jak pojawił się jakiś smrodek dydaktyczny, to on go natychmiast wycinał.

Wiemy więc, że książek z takim smrodkiem powinniśmy unikać. A co jeszcze możemy zrobić, żeby nie zniechęcić dziecka do czytania?

Bardzo ważna jest rówieśnicza rekomendacja. Jeżeli koleżanka lub kolega poleci książkę, to jest to znacznie ważniejsze niż rekomendacja babci czy nauczycielki. Czasem zżymamy się na mody, np. na „Zmierzch” czy „Harry’ego Pottera”, a te mody są naszymi sprzymierzeńcami, bo kształtują nawyk czytania. Jeszcze zwróciłabym uwagę na to, że czytanie w sieci to też czytanie. Rodzice często stawiają sprawę na ostrzu noża: „Albo czytasz książki, albo wyłączam ci komputer”. A dzieci czytają też w internecie. Polecam także audiobooki. Idealnie sprawdzają się podczas długich podróży samochodem. Najważniejsze jest jednak, żeby w domu były książki.

A czy dziecko z domu, w którym jest tylko książką kucharska, może pokochać czytanie?

Jeżeli nie ma ambasadora, np. czytającego rówieśnika, nauczyciela pasjonata, cioci, wujka, to będzie trudno.

To jeszcze na koniec: jakie książki z ostatnio przeczytanych poleciłaby pani dzieciom i rodzicom?

Pierwsza książka to właściwie duet, czyli dwa tomy: „Wojna, która ocaliła mi życie” i jej kontynuacja „Wojna, którą w końcu wygrałam” autorstwa Kimberly Brubaker Bradley. To powieści o dziewczynce z przedmieść Londynu, która jest inwalidką. Dziś powiedzielibyśmy, że główna bohaterka ma dysfunkcyjną matkę. Matka ją strasznie dręczy z powodu jej kalectwa, nie pozwala jej wychodzić z domu, nie dba o nią. Wybucha wojna i dzieci są ewakuowane na prowincję. Młodszy brat bohaterki jest ewakuowany i ona po raz pierwszy sprzeciwia się matce i bez jej wiedzy ucieka z domu. Wraz z bratem trafia do domu kobiety, która nie chciała zajmować się dziećmi, a jednak potrafi tą dwójką małych dzikusów czule się zająć. Ta książka i jej kontynuacja bardzo mnie wzruszyły. Drugą książką, którą polecam, jest „Rok, w którym nauczyłam się kłamać” Lauren Wolk, która ma sensacyjną fabułę. Akcja rozgrywa się w Stanach w nieodległej przeszłości i mówi o rodzinie farmerów opiekujących się takim samotnikiem, dziwakiem, weteranem wojennym, który po traumie ucieka od ludzi. W miasteczku pojawia się dziewczynka, która jest zła, kłamie i krzywdzi ludzi. Ten samotny autsajder zostaje wplątany w intrygę przez dziecko i obwiniony o rzeczy, których nie popełnił. Główna bohaterka, która jest dobra, próbuje go ocalić. To wzruszająca, ale napisana lekko historia. Ja, dojrzała kobieta, jestem przejęta fabułą tak samo jak moje dzieci i wnuki.

JOANNA OLECH:

Polska graficzka i ilustratorka, autorka książek dla dzieci i młodzieży. Urodziła się w 1955 r. w Warszawie. Jest córką Jerzego Wunderlicha, dziennikarza telewizyjnego, i Janiny z Cembrzyńskich, redaktorki książek popularnonaukowych. Popularność zdobyła dzięki książce pod tytułem „Dynastia Miziołków”, która w 1993 r. była publikowana w odcinkach w „Świecie Młodych”. Powieść o sympatycznej rodzinie została bardzo ciepło przyjęta przez czytelników i doczekała się licznych wznowień. „Dynastia” zawiera dużo wątków autobiograficznych. Pierwowzorami głównych bohaterów powieści – Miziołka, Kaszydła i Małego Potwora – są dzieci pisarki: Marek, Kasia i Ania. Joanna Olech jest autorką także innych popularnych książek dla dzieci: „Czerwony Kapturek”, „Gdzie diabeł mówi... do usług!” czy „Tarantula, klops i Herkules”. Pisze też artykuły o literaturze dziecięcej w „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczpospolitej”, „Nowych Książkach” i „Gazecie Wyborczej”.

Wywiad ukazał się w wydaniu „Wiadomości Wrzesińskich” z 10 maja.

Thumb go dziewicz2

Joanna Goździewicz

09:49 17-05-2019