Fotografowanie to emocje. Ryszard Szczepaniak i jego niezwykły album o Wrześni

„Fotografia jest wizualną pamięcią świata” – napisał kiedyś Ryszard Kapuściński. Wizualną pamięć Wrześni, tej powojennej, zachowamy dzięki albumowi „Września mojej młodości”.

fotoreportaże 14:19 11-11-20180 1

– Na tych moich zdjęciach jest taka sielanka. Ludzie się przechadzają, jakiś pojazd jedzie. Jest spokój – mówi wrześnianin Ryszard Szczepaniak, autor zdjęć i albumu „Września mojej młodości 1946-1973”.

Nawet zdjęcie zatytułowane „Zbiegowisko”, przedstawiające gawiedź przyglądającą się stłuczce dwóch samochodów na skrzyżowaniu ulic Rzecznej i Obrońców Stalingradu (dzisiejsza Jana Pawła II), jest nad wyraz spokojne. Jakby bez emocji. Jednak tym zdjęciom towarzyszą emocje. Między innymi dlatego, że są to zdjęcia z dalekiej przeszłości.

– Współczesna fotografia mnie nie interesuje. Teraz wystarczy opanować funkcje aparatu i można pstrykać. Bez emocji. Wtedy były emocje. Przy wywoływaniu człowiek się zastanawiał: ile zdjęć mi wyszło, jakie one będą? Co się udało, co nie? A teraz wystarczy spojrzeć w ekran aparatu i wszystko wiadomo – mówi autor zdjęć.

Jego przygoda z fotografowaniem rozpoczęła się w 1956 roku. W komunistycznej Polsce nadchodziła odwilż październikowa. Najpierw premier Cyrankiewicz po wydarzeniach poznańskich krzyczał o odrąbaniu ręki wrogom ojczyzny ludowej i socjalizmu, potem krajem zaczął rządzić Gomułka. A Szczepaniak, uczeń X klasy wrzesińskiego ogólniaka, kupił od kolegi aparat weltax-junior formatu 6 x 6. Jeszcze wtedy nie wiedział, że właśnie rozpoczyna pracę nad albumem, który wyda za 49 lat.

– To była zabawka w tamtych czasach. Miałem kolegę w liceum, Marka Krajniaka, brata Jacka. To on mnie namawiał, żebym zajął się fotografią. Nie wiedziałem, dlaczego, ale podejrzewam, że to przez to, że miałem zdolności rysunkowe, takie spojrzenie artystyczne. Na początku mnie to nie interesowało, ale kiedy zaczął pokazywać swój sprzęt, to coraz bardziej dojrzewałem do tego – wspomina pan Ryszard.

Aparat kosztował 800 złotych. Nastoletni Szczepaniak najpierw zapłacił tylko część tej kwoty. Kolega zgodził się, żeby dopłacił później. – Miałem trochę pieniędzy, bo z kolegą z Dębiny Bogdanem Ciesielskim, synem ówczesnego leśnika, zbieraliśmy dzikie owoce i nasiona modrzewi. On jako syn leśniczego miał pierwszeństwo w skupie, więc trochę żeśmy zarobili – opowiada o początkach.

Pierwszych wskazówek zaczął mu udzielać Marek Krajniak, on także podsunął książki. – Do dzisiaj je mam. Najważniejsza to „Fotografia. Technika i technologia” Tadeusza Cypriana. Autor to najlepszy prawnik wśród fotografów i najlepszy fotograf wśród prawników – mówi Szczepaniak.

Najpierw zaczął fotografować kolegów. Jak wychodził na ulicę, to słyszał: „Rysiu, zrób nam zdjęcie”. No to Rysiu pstrykał.

– Dzisiaj żałuję, że zrobiłem im tak dużo zdjęć, a za mało krajobrazów – bije się w pierś. – Mało jest tych miejsc, a szkoda. Było wiele starych budowli, ale wtedy mi się nie podobały, więc ich nie fotografowałem. Nie ma dobrego zdjęcia willi cukrownika, kaplicy-kostnicy z Zawodzia przeniesionej do Słomowa i czworaków z Zawodzia.

Ryszard Szczepaniak mieszkał na rogu ul. Rzecznej, ale główne wyjście z kamienicy było od strony ul. Obrońców Stalingradu, skąd od razu miał widok na ratusz. – Dlatego tyle jest zdjęć ratusza – tłumaczy fotograf amator.

Kiedy towarzysz Cichowlas zaczął budować i upiększać „nową Wrześnię”, Szczepaniak znów chwycił za aparat i wieczorami fotografował neonowe oświetlone miasto. Nasz bohater uwieczniał Wrześnię do 1973 roku. Po ślubie skupił się na dokumentacji fotograficznej rodziny i dzieci.

Najważniejszego zdjęcia Szczepaniaka nie ma w albumie. – Była śnieżyca, wyskoczyłem i zacząłem po prostu pstrykać. Sfotografowałem wtedy idącą zakonnicę skrytą przed śniegiem pod parasolem. Na zdjęciu nie ma jej twarzy, ale to właśnie było interesujące – twierdzi. Ta fotografia przyniosła mu mały sukces. Wygrał konkurs zorganizowany przez tygodnik „Panorama Śląska”.

– Co daje fotografowanie? Trudno określić. Nie zastanawiałem się nad tym. Fotografia była emocjonująca, a człowiek lubi emocje. Te emocje były niedrogie, nieszkodliwe i... miałem przyjemność. Szczególnie gdy wyszło fajne zdjęcie – kończy wrześnianin.

Tomasz Małecki

Artykuł archiwalny – ukazał się w „WW” 2 października 2015 roku. 

Thumb tem podsumowanie dai

Damian Idzikowski

14:19 11-11-2018