Eryk Hampel leci do Liverpoolu i zapowiada zmianę profesji

Brązowy medalista Lekkoatletycznych Mistrzostw Polski Seniorów w biegu na 100 m i srebrny w sztafecie 4x100 m nazajutrz po zakończeniu czempionatu w Radomiu pojawił się w naszej redakcji. Odwiedziny to już swego rodzaju rytuał po wielkich imprezach.

lekkoatletyka 13:25 27-08-20190 1

Eryk tym razem zawitał ze swoim menedżerem Janem Przybylskim, przyjacielem, swego czasu kolegą z ławy szkolnej i z jednej sztafety, a obecnie nekielskim radnym. Tematem długiej rozmowy była lekkoatletyka, ale nie tylko.

„WW”: - Sprawdziliśmy. Na naszych łamach twoje nazwisko pojawiło się pierwszy raz w 2011 i od tego czasu zawsze wiązane było z lekką atletyką. Nie było innej pokusy? Nie przyciągał inny sport?

Eryk Hampel: - Pewnie, że tak. Jako dzieciak pływałem, grałem w piłkę. Do lekkiej trafiłem za sprawą Krzysztofa Regulskiego. Zaczynałem od czwartków lekkoatletycznych. Potem przejął mnie Adam Kaczor. To im zawdzięczam, że połknąłem bakcyla. Nie bez znaczenia była też wewnątrzrodzinna rywalizacja. Bracia (Ernest i Hubert – przyp. red.) też z powodzeniem startowali na bieżni. Nie było odwrotu.

- W Radomiu Remigiusz Olszewski został zdyskwalifikowana za falstart w biegu finałowym. Nie chciał pogodzić się z tą decyzją. Stał na torze obok i nie zamierzał go opuścić. Takie manifestacje mogą mieć wpływ na innych zawodników?

- Zdecydowanie tak. Ja jednak tuż przed startem staram się całkowicie wyłączyć. Siedziałem sobie na słupku i myślałem tylko o wyjściu z bloku, które muszę poprawić. W pierwszy, odstrzelonym starcie miałem słabą reakcję. W drugim wszystko wyszło tak jak trzeba, a czas reakcji na poziomie 0,106 s to wręcz ideał, ledwie 0,006 s nad granicą dyskwalifikacji.

- W 2016 na Lekkoatletycznych Mistrzostwach Świata Juniorów w Bydgoszczy przebiegłeś 100 m w czasie nowego rekordu Wrześni. Czas 10,39 s był tylko o 0,02 s sekundy gorszy od juniorskiego rekordu kraju. Wieszczono ci świetlaną przyszłość. Sam zapowiadałeś na naszych łamach, że w kolejnym sezonie złamiesz 10,10 s – wynik od czasów Mariana Woronina nie osiągalny dla polskich sprinterów. Co stanęło na przeszkodzie?

- Kontuzje. Tylko i wyłącznie. Już w pierwszym starcie sezonu 2017 przebiegłem setkę w 10,33, choć z nieznacznie za silnym wiatrem w plecy. Po tygodniu pobiłem życiówkę na 200 m i... naderwałem dwugłowy uda. Ta kontuzje ciągnęła się za mną długo. Także w tym sezonie dopadł mnie pech. W marcu w czasie zajęć na uczelni (Eryk jest studentem poznańskiej AWF – przyp. red.) „strzeliło” mi kolano. Teraz jest już wszystko dobrze z więzadłem pobocznym, ale straciłem wiele jednostek treningowych. Mogło być znacznie lepiej niż te 10,43 s z Radomia.

- Tegoroczne mistrzostwa Polski były dla ciebie imprezą docelową. Coś jeszcze masz w planie?

- Niestety, na październikowe mistrzostwa świata do Doha nie pojedziemy. Naszej sztafecie 4x100 m nie udało się osiągnąć minimum. W tym roku mam jeszcze pewnie jeden, komercyjny start i zaczynam roztrenowanie. We wrześniu wybieram się do Liverpoolu. Mam już bilet. Jestem fanem The Reds, dlatego muszę zobaczyć chociaż ich jeden mecz na Anfield.

- A przyszły rok? Jak ambitne są plany?

- Na początek hala. Minimum na mistrzostwa globu to 6,66 s. Myślę, że ten wynik jest w moim zasięgu. Są pewne szanse na przyzwoitą lokatę, bo 2020 to rok olimpijski i nie wszyscy najlepsi zdecydują się na starty pod dachem. A potem igrzyska w Tokio. Minimum dla sztafety to 38,60 s. Myślę, że stać nas na taki wynik. Każdy musiałby biegać w okolicach 10,30 s i dobrze zmieniać. Przyznam się jednak, że powoli myślę o zmianie specjalizacji. Marzy mi się bieg na 400 metrów. Moja sylwetka bardzie predysponuje mnie do pokonywania jednego okrążenia. Nie jestem typem siłowego zawodnika. Z trenerem Tadeuszem Osiekiem nie podjęliśmy jeszcze decyzji kiedy nastąpi ta transformacja.

- Zostańmy przy trenerach. Jak rozpoczynałeś treningi pod okiem Adama Kaczora, to wiedziałeś ilu mistrzów wychował?

- Z początku byłem zielony na tym polu. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, kto to jest Mateusz Michalski czy Marzena Kościelniak. Młodemu chłopakowi było cholernie przyjemnie jak przed treningiem witały się ze mną takie tuzy. Jeszcze później usłyszałem o Jacku Bocianie i Andrzeju Popie, rekordziście szkoły przy Kaliskiej.

Jan Przybylski: - Z Popą wiąże się ciekawa dykteryjka. W pierwszej klasie liceum przechodziliśmy na korytarzu przy sali sportowej obok tablicy z rekordami szkoły. Eryk spojrzał na wynik Andrzeja (10,44 s – przyp. red.) i zdecydowanym głosem oznajmił: „Tego gościa pobiję”. Udało się rzutem na taśmę trzy lata temu.

- Września od wielu dekad to miasto sprinterów. Potrafisz przytoczyć jeszcze jakieś nazwiska?

- Oczywiście olimpijczycy Adam Kaczor i Jerzy Juśkowiak. Słyszałem, że związek z Orkanem Września miał też Marian Dudziak. Może i ja kiedyś dołączą do tego zacnego grona.

- Dziękuję za rozmowę.

Thumb ww nowacki

Leszek Nowacki

13:25 27-08-2019