E-learning: teoria a praktyka. Nauczycielka opowiada o nauczaniu zdalnym

Nie jesteśmy w stanie sensownie uczyć zdalnie. Specustawą nie da się zmienić systemu – twierdzi nauczycielka z Wrześni.

oświata 14:24 03-04-202016 39

Od 12 marca uczniowie w całej Polsce nie wchodzą do szkół. 25 marca wprowadzono obowiązek realizowania nauczania na odległość, czyli w praktyce – przez internet. Czy polskie szkoły są na to gotowe? Jak nauczanie wygląda w praktyce? Obraz, który wyłania się z rozmowy z jedną z wrzesińskich nauczycielek, jest nieciekawy.

„WW”: Czy polska szkoła jest gotowa na pracę zdalną?

– Na pewno nie w wystarczającym stopniu. W „Gazecie Wyborczej” czytałam świetne podsumowanie obecnej sytuacji. „W ciągu dwóch dni każą mi zbudować wehikuł czasu, którym mam przenieść uczniów z XIX-wiecznej szkoły z «Jankiem Muzykantem» i «Katarynką», z nacjonalistycznym patriotyzmem, w XXI wiek. Ja cudotwórcą nie jestem”, powiedział jeden z dyrektorów, a nauczyciel dodał: „Nie potrafią zorganizować bezpiecznej telekonferencji rządu, a ja mam prowadzić transmisję z lotu na Marsa”. Zanotowałam sobie te cytaty i powtarzam je każdemu, kto pyta, jak idzie nam nauczanie zdalne.

Ankieta

Czy nauczyciele powinni wystawiać oceny w czasie nauczania zdalnego?

Ministerstwo Edukacji Naukowej twierdzi, że ponad 90 proc. szkół jest w stanie skutecznie prowadzić nauczanie zdalne.

– To jest żart i to z gatunku tych nieśmiesznych. Nie mam pojęcia, na czym polega według ministra przygotowanie do nauczania zdalnego – na dostępie do internetu? Nawet jeśli ma go szkoła, nie ma go każdy uczeń i nie każdy nauczyciel. Z perspektywy miasta może się wydawać, że każdy ma laptopa, smartfona i światłowód, ale są też domy na wsiach, których nie obsługuje żaden z dostawców, a telefony mają fatalne zasięgi. W tych domach mieszkają i nauczyciele, i uczniowie. I teraz ci ludzie powinni zasiąść przed kamerkami i nauczać lub przed monitorami i uczyć się. Domy, w których nie ma komputerów, to mniejszość, ale są rodziny, w których komputer jest jeden. Ten jeden komputer musi teraz wystarczyć rodzicom do pracy zdalnej i całemu rodzeństwu do nauki. W przypadku transmisji na żywo to niewykonalne, bo nawet jeśli rodzice pracowaliby wieczorami i w nocy, to wciąż dzieci musiałyby jednocześnie śledzić lekcje z języka polskiego, historii i matematyki.

Czy przed wybuchem pandemii w ogóle miała pani do czynienia z e-learningiem?

– Nie. Nikt nas nie przygotował, nikt nas nie przeszkolił. Przecież bywały chwile, gdzie nauczanie zdalne bardzo by nam pomogło, np. kiedy uczeń z powodu ciężkiej choroby nie mógł pojawiać się na lekcjach. Jeśli trwało to dość krótko, był zdany na kserówki od kolegów. Jeśli dłużej i miał tzw. nauczanie indywidualne, nauczyciele dojeżdżali do niego. Sensowny system do e-learningu pozwoliłby tym uczniom na udział w lekcji razem z klasą albo chociażby nadawanie ze szkoły czy domu nauczyciela, bez konieczności dojazdów, które pochłaniają czas, ale przede wszystkim są bardzo niekomfortowe, zarówno dla uczniów, jak i nauczycieli. Ale wdrożenie systemu kosztuje, szkolenia kosztują, więc stwierdzało się: „jakoś to będzie”, „nie ma tych uczniów aż tak wiele – jakoś się obejdziemy bez tych ułatwień”. A nagle się okazało, że już nie możemy dłużej się bez nich obchodzić.

We wrzesińskich szkołach funkcjonują przecież e-dzienniki.

– Owszem. Jest to nawet na co dzień ułatwienie dla uczniów i rodziców, a w tej sytuacji także dla nauczycieli. Można błyskawicznie przekazać informację całej klasie. Niestety systemy nie wytrzymują tego obciążenia, co było szczególnie widoczne pierwszego dnia. Poza tym nie wszystko da się przesłać e-dziennikiem.

A jak dokładnie wygląda nauczanie dzisiaj?

– Każdy działa po omacku. Są jednostki, które prowadzą lekcje w ramach telekonferencji – podziwiamy to w telewizji i mamy wrażenie, że przenieśliśmy się w przyszłość. Inni nagrywają filmiki dla uczniów i przy okazji stresują się, co oni w przyszłości z tymi filmikami zrobią – czy wykorzystają, że ktoś wyszedł głupio, zrobił paskudną minę albo fałszował, śpiewając piosenkę z języka obcego, którą uczniowie mają opanować. Można przygotowywać gotowe notatki i wysyłać je uczniom. Można szukać gotowych materiałów edukacyjnych w internecie – co oczywiście trwa dłużej niż przeprowadzenie lekcji. Trzeba obejrzeć kilka filmików, by nie polecić w ciemno czegoś, co tylko wprowadzi uczniów w błąd… a i tak na końcu może się okazać, że żaden z nich do niczego się nie przyda.

Można też oczywiście pójść po linii najmniejszego oporu – wysyłać uczniom strony z podręcznika z poleceniem nauczenia się albo zadawać wszystko do samodzielnego opracowania. W mediach społecznościowych część uczniów żali się, że dostaje dużo prac domowych, których następnie nikt nie sprawdza, więc nie mają pojęcia, czy to, co zrobili, jest poprawne i czy powinni utrwalać tę wiedzę. Dla mnie jest oczywiste, że jeśli zadaję zadanie domowe, to je sprawdzam, co zajmuje mi mnóstwo czasu. Oczywiście normalnie też sprawdzałabym zadania domowe, ale problemem nie jest samo zapoznanie się z pracami uczniów, a forma, w jakiej je otrzymuję. Część prac spływa do mnie na e-dzienniku, część na Facebooku, część mejlowo. Są uczniowie, którzy piszą w edytorach tekstów – różnych, więc miewam problemy z otwieraniem plików, są tacy, którzy wysyłają skany, ale najwięcej dostaję zdjęć notatek wykonywanych odręcznie. Nie zawsze te zdjęcia są ostre.

O ponownie przesłanie proszę dopiero wtedy, kiedy absolutnie nie jestem w stanie odczytać treści zadania, ponieważ nie chcę dodatkowo stresować uczniów. Mogłabym wymagać oddawania wszystkiego napisanego komputerowo i w jednym formacie – ale to byłoby niesprawiedliwe dla części uczniów. Co jeśli nie mają dostępu do komputera, więc zdjęcie wykonane smartofnem to ich jedyna szansa na przesłanie zadania? Co jeśli nie stać ich na ten edytor tekstu, którego ja używam?

Coś mi mówi, że to nadal nie wszystkie problemy.

– Oczywiście. To dopiero wierzchołek góry lodowej. W rozmowach o edukacji mówi się często o licznych materiałach, jakie zapewnia MEN. Są to przede wszystkim materiały do przedmiotów ogólnokształcących. Ich nauczyciele rzeczywiście mogą przebierać w podręcznikach, filmach, prezentacjach czy gotowych testach. Zapominamy jednak o szkolnictwie zawodowym. We Wrześni mamy sporo klas technicznych oraz branżowej szkoły zawodowej pierwszego stopnia. Zajrzyjmy na stronę MEN! (epodreczniki.pl/ksztalcenie-ogolne/ksztalcenie-zawodowe) Branża budowlana – jest nieźle, bo „aż” 12 materiałów. A w innych branżach? Po dwa materiały dla nauczycieli branży handlowej, branży fryzjersko-kosmetycznej i branży spożywczej, po jednym dla nauczycieli branży leśnej, branży motoryzacyjnej i branży teleinformatycznej.

A każda taka branża to kilkanaście różnych przedmiotów, z których każdy to dziesiątki tematów. Jeden materiał pozwoli przeprowadzić jedną czy dwie lekcje – a jeśli nauczyciel będzie miał pecha, to trafi na dział, który już zdążył omówić. Co oznacza, że jest zdany tylko na siebie. Do niektórych z tych przedmiotów nie ma nawet podręczników, a źródłem wiedzy dla uczniów są wykłady lub te materiały, które nauczyciel sam przygotuje i rozda uczniom. Ale wykłady to oczywiście pół biedy, to da się jakoś zrobić. Pozostają zajęcia praktyczne. Z tym jest już dużo trudniej. Część ćwiczeń z wuefu można wykonać przed kamerką, bo do nich potrzeba tylko miejsca, ale eksperymenty chemiczne i fizyczne? Który z uczniów będzie miał w domu potrzebny sprzęt? W ilu polskich domach jest mikroskop, nie mówiąc już o bardziej skomplikowanych i droższych maszynach. W najlepszym wypadku uczniowie zobaczą te eksperymenty na filmiku, ale nie będą mieli szans wykonać ich samodzielnie. Nie nabędą praktycznych umiejętności.

Ankieta

Co powinno się wydarzyć w szkołach?

A jak sprawują się sami uczniowie?

– Widać, że im zależy. Wykonują zadania, proszą o materiały. Cieszą się, kiedy je dostają. Oczywiście są osoby, które chcą tylko zaliczyć materiał, ale przecież w klasycznej szkole jest tak samo. Nauczyciele czas po zamknięciu szkół spędzili, dowiadując się, czy uczniowie w ogóle mają dostęp do komputerów i komunikatorów, upewniając się, czy ktoś nie zmienił mejla lub numeru telefonu, dowiadując się, czy młodzież woli kontaktować się przez e-dziennik czy inną drogą.

Niestety nadążenie za nimi sprawia mi problem – są o wiele bardziej biegli w nowych technologiach niż ja i podejrzewam, że nie tylko dla mnie jest to kłopotliwe. Możliwe, że nauczyciele młodzi i biegli w obsłudze komputerów nie mają z tym takich problemów, ale przypominam, że średni wiek nauczyciela w Polsce to 45 lat. Nauczycieli stażystów i nauczycieli kontraktowych, czyli najmłodszych, jest wśród nas zaledwie 20 procent! W szkołach pracują też osoby w wieku przedemerytalnym albo zgoła emerytalnym. To mogą być specjaliści w swoich przedmiotach, z darem do nauczania, ale niekoniecznie radzące sobie w świecie cyfrowym. A chętnych, by ich zastąpić, brak.

Jeśli obecna sytuacja potrwa dłużej, nie wiem, w jaki sposób będę mogła zweryfikować wiedzę uczniów, żeby sprawiedliwie ich ocenić. Zadania domowe to nie wszystko, a nie wiadomo, jak przeprowadzić sprawdzian zdalnie.

Ale pomijając to wszystko, bardziej niż o nauczycieli, martwię się o uczniów. Zostali oderwani od koleżanek i kolegów oraz od warunków, które znają. Mogą się zwrócić o pomoc do pedagoga lub do wychowawcy, ale tylko telefonicznie lub mejlowo. Nie każdemu zastąpi to rozmowę twarzą w twarz. Uczniowie stresują się pandemią tak samo jak my wszyscy, a jednocześnie muszą w tym wszystkim znaleźć siłę na naukę. Część z nich – z kłócącymi się rodzicami za plecami… lub gorzej. Przecież w części polskich domów panuje przemoc. Wtedy szkoła jest dla dzieci i młodzieży wytchnieniem. Ci młodzi ludzie dziś są zamknięci w domach, z których chcieliby się wyrwać. Oczywiście to nie tak, że każde dziecko w domu jest bite. To jakiś odsetek, ale o tym odsetku nie wolno nam zapominać.

Bardzo zła jest pod względem psychicznym sytuacja uczniów ostatnich klas, których czekają egzaminy końcowe. Najgorsza jest niepewność, czy w ogóle się odbędą, ale jeśli tak, to kiedy i w jakiej formie.

A jak rodzice podchodzą do nowej sytuacji? W sieci można znaleźć liczne skargi.

– W realu nie spotkałam się z hejtem. Jestem w kontakcie z rodzicami, część miała pytania lub wątpliwości, ale nie pretensje. Rozumieją sytuację i próbują się w niej odnaleźć oraz przeprowadzić przez nią swoje dzieci. W sieci natomiast powrócił ten hejt, który obserwowaliśmy przy okazji strajku nauczycieli. Wynika z niego, że jesteśmy winni wszystkiemu. Tego, że robimy za dużo. Tego, że robimy za mało. Tego, że rodzice sobie nie radzą. Jesteśmy obarczani winą za obecną sytuację bez refleksji, że przecież to nie my podejmujemy decyzje. Te zapadają w MEN-ie. Minister przekazuje wytyczne, dyrektorzy i nauczyciele muszą się do nich dostosować. Wszyscy jesteśmy w tej sytuacji po raz pierwszy. Wszyscy są nią zestresowani. Nikt nie pyta, czy chcemy i czy jesteśmy w stanie pracować w takich warunkach. Po prostu musimy. Na szczęście ze strony naszych uczniów i ich opiekunów pojawiają się głosy wsparcia.

Ankieta

Czy szkoły powinny zostać zamknięte do końca roku szkolnego?

Załóżmy, że zapada decyzja, by wszystkie lekcje odbywały się w postaci telekonferencji. Co wtedy?

– Jestem w dobrej sytuacji – mam kamerkę w laptopie. Nie wszyscy nauczyciele i nie wszyscy uczniowie mają kamerki. Problem polega na tym, że nigdy z niej nie korzystałam. Nawet nie wiem, czy działa. Czy wymaga osobnego oprogramowania? Czy można ją włączyć i wyłączyć? Jak się połączyć z uczniami? Kto i jak przeszkoli mnie z tego wszystkiego? Nie jestem dość biegła w elektronice, by sobie poradzić. W telewizji codziennie obserwujemy obecnie, jak wyglądają transmisje na żywo. Ginie sygnał, ginie dźwięk – a mówimy o przekazach obsługiwanych przez profesjonalistów z dużym budżetem. A teraz wyobraźmy sobie, że setki tysięcy uczniów łączą się jednocześnie. Przecież to nie ma prawa zadziałać. Internet już działa wolniej niż działał – słyszę, że powodem jest większe obciążenie. Nie wierzę, że w takim wypadku sieć wytrzyma.

Czy nauczyciele wiedzą, jak będzie wyglądała najbliższa przyszłość?

– Nie mamy pojęcia. Nowe informacje pojawiają się praktycznie z dnia na dzień. Nie wiemy, jak długo to potrwa. Nie wiemy, czy w ogóle będziemy mieć wakacje w tym roku, czy jednak MEN uzna, że eksperymenty z e-learningiem się nie udały i trzeba będzie realizować program w lipcu i sierpniu – o ile oczywiście pandemia do tego czasu wygaśnie. Nie wiemy, co będzie z egzaminami. Póki co słyszymy, że nie zostaną przełożone, podobnie jak wybory, a to przecież oznacza zgromadzenie wielu osób w jednym miejscu. Jeśli pandemia będzie trwała, egzaminy będą oznaczały narażenie zdrowia i życia zarówno uczniów, jak i członków komisji. Jest tylko jeden pozytywny aspekt tej sytuacji, chociaż oczywiście wszyscy chcielibyśmy, żeby nigdy się nie wydarzyła. Może część uczniów, rodziców i reszty społeczeństwa zrozumie, że jednak szkoła i nauczyciele są potrzebni. Że nawet najbardziej zaawansowane technologie nie zastąpią przekazu na żywo, zwłaszcza pomocy w zrozumieniu pewnych zagadnień z przedmiotów ścisłych oraz przy nabywaniu umiejętności praktycznych. Szczególnie w zestawieniu z tym, co miało miejsce rok temu, podczas strajku, gdy rządzący tak deprecjonowali naszą pracę, a egzamin w szkole mógł przeprowadzić na przykład strażak, a klasyfikację uczniów – wójt czy burmistrz.

W polskiej edukacji jest zapaść podobna do tej w polskiej ochronie zdrowia. Ta druga jest bardziej widoczna – nie da się nie zauważyć braku sprzętu i braku maseczek. Kiedy nie ma lekarzy, ludzie umierają. W szkole nie jest tak spektakularnie, dlatego nie myślimy o tym na co dzień, ale sytuacja jest podobnie tragiczna. I tak jak w ochronie zdrowia – wszystko trzyma się jako tako tylko dlatego, że ludzie harują mimo przeciwności. Tylko że wszystkie prowizoryczne konstrukcje w końcu się rozsypią. Ta sypie się dziś, na naszych oczach, ale minister tego nie widzi.

Rozmawiała Anna Tess Gołębiowska

***

OGŁOSZENIA DROBNE do GAZETY (ukażą się w piątek) lub na PORTAL (ukażą się natychmiast) nadasz tutaj.

***

Czytaj „Wiadomości Wrzesińskie” bez wychodzenia z domu! Przypominamy, że nasz tygodnik istnieje też w postaci cyfrowej, więc możecie zapoznać się z najnowszymi informacjami z powiatu wrzesińskiego nawet przebywając w kwarantannie. Cyfrowe wydanie numeru „Wiadomości Wrzesińskich” z 3 kwietnia kupicie tutaj. Znajdziecie w nim m.in. rozmowy o nauczaniu zdalnym z dyrektorami wrzesińskich szkół oraz z szefową wrzesińskiego Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Thumb anna tess go%c5%82embiowska fot idzikowski 1

Anna Tess Gołębiowska

14:24 03-04-2020