Bryk jest wporzo! Rozmawiamy z emerytowanym dyrektorem wrzesińskiej „dwójki”

Wieloletni dyrektor „dwójki” Mirosław Bryk przechodzi niebawem na emeryturę. Cieszy się z tego, bo jak przyznaje ma już dość dzwoniącego bezlitośnie budzika.

wywiad 18:03 31-07-2018 0

„WW”: 24 lata i 8 miesięcy na dyrektorskim fotelu „dwójki”. Jak jednym słowem określiłby pan ten czas?

MIROSŁAW BRYK: Pracowicie. Nawet nie wiem, kiedy ten czas zleciał. Nigdy nie było nudno, zawsze coś się działo.

Drugi raz wszedłby pan do tej samej rzeki?

Czasami sam zadaję sobie to pytanie (śmiech). Po namyśle stwierdzam, że wszedłbym w nią. Może to zabrzmi dziwnie, ale lubię trudności, problemy. Jeszcze bardziej lubię, gdy znajdę sposób aby je rozwiązać. Prawda jest też taka, że uwielbiam swoją pracę i ludzi, wśród których pracuję.

Jak to się stało, że w 1993 roku trafił pan do „dwójki”?

Od 1989 roku byłem dyrektorem szkoły w Bierzglinie. Wówczas ta szkoła znajdowała się na terenie dzisiejszego Gutowa Wielkiego. Wracając do pytania. W „dwójce” ogłoszono konkurs i postanowiłem spróbować. Odbył się on 28 października. Miałem tremę i nie wierzyłem, że wygram. Miałem dwóch kontrkandydatów, z czego jedna osoba pracowała w „dwójce”.

Szefowanie wiejską szkołą przestało się panu podobać?

Szczerze? Nie lubiłem dojeżdżać do pracy. Jestem śpiochem i nie było mi łatwo wstawać o 6.00 na autobus, który odjeżdżał o 7.03. Nieraz się na niego spóźniałem. Jeszcze częściej musiałem biec ulicami, aby zdążyć na przystanek. Wstawanie było dla mnie koszmarem. Pierwszą rzeczą którą zrobię po przejściu na emeryturę będzie wyrzucenie budzika z sypialni. Nomen omen dzwoni o 7.03.

A jak już się pan wyśpi i wstanie z łóżka to co dalej?

Czeka mnie dużo prac remontowych w domu. Oj, nie będę się nudzić. Jest życie poza oświatą. Moją pasją od czterech lat jest modelarstwo. Zarówno zapałczane jak i z tworzyw sztucznych. Jestem dopiero raczkującym modelarzem. Najbliżsi uważają jednak, że to co tworzę zasługuje na pokazanie innym. Kto wie, może w przyszłości to nastąpi i pokażę szerszej publiczności swoją kolekcję.

Nie ciągnie pana do polityki? Zbliżają się wybory samorządowe.

Dla mnie polityka jest brudna i odpychająca. Nie ciągnie mnie do władzy. Propozycji startu nie otrzymałem, a gdy się pojawi grzecznie, stanowczo podziękuję.

Może na emeryturze uda się panu w końcu rzucić papierosy.

Dobrze by było. Mam takie postanowienie. Wstyd się przyznać ale palę od 16. roku życia. Każdy ma wady. Moją są papierosy.

Wspomniał pan, że lubi problemy.

Zaraz pewnie cofniemy się w czasie do 1998 roku.

Zgadza się. Wówczas to Zarząd Gminy we Wrześni podjął decyzję, że nowym dyrektorem szkoły będzie Anna Nalborska. Konkurs, w którym okazał się pan lepszy unieważniono. „Może padłem ofiarą jakieś gry, zmowy albo niekorzystnego zbiegu okoliczności” – komentował pan na łamach „WW” całą sytuację. Po latach dowiedział się pan czym podpadł ówczesnemu burmistrzowi Wrześni Celestynowi Bachorzowi?

Do dziś tego nie wiem, a nie będę powtarzać czegoś czego nie wiem na sto procent. Było minęło. To były trudne chwile dla mnie. Mimo wszystko dobrze wspominam tamten czas, bo w mojej obronie stanęli rodzice. Zostałem obrzucony błotem, a w mojej obronie stanęli ludzie, choć nie prosiłem o to nikogo. Pisali ludzie z Australii, USA, że „Bryk jest wporzo”. Kiedy zobaczyłem, że rodzice walczą o mnie, w moich oczach pojawiły się łzy. A nie łatwo się wzruszam.

W pana obronie powstał komitet protestacyjny. Grożono blokadą szkoły i marszem protestacyjnym. Sytuacja była napięta, bo jeszcze pół godziny przed rozpoczęciem roku szkolnego 1998/1999 nie było wiadomo kto ma w „dwójce” dokonać oficjalnego otwarcia.

W efekcie bezkrólewia szkoła nie miała opracowanego arkusza organizacyjnego. Pamiętam jakby to było wczoraj, że wyszedłem 4 września na plac i poinformowałem zebranych, że zarząd podjął uchwałę o zamiarze powierzenia mi funkcji dyrektora szkoły. Dzieci zaczęły klaskać. To była nagroda za wszystko. Trudno mi wyrazić słowami to, co wtedy poczułem.

„Te oklaski należą się całej społeczności szkolnej”. Tak pan na nie przed laty zareagował.

To była jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Uczniowie sami zaczęli bić brawa. Nie ma lepszej nagrody dla dyrektora szkoły.

Rozmawiał pan kiedyś na temat tego całego zamieszania z Celestynem Bachorzem?

Po kilku tygodniach spotkaliśmy się na jakiejś uroczystości. Chciał coś powiedzieć ale usłyszał ode mnie, że temat jest skończony i nie chcę do niego wracać. Po iluś latach spotkaliśmy się na stacji benzynowej. Podał mi rękę. Zapytał czy nadal jestem dyrektorem. Gdy odparłem twierdząco usłyszałem, że „niezłe to były wtedy szachy”. Powiedziałem mu, że to było moje życie. Nic więcej nie powiedział. Zapłaciliśmy za paliwo i każdy pojechał w swoją stronę.

Z obecną władzą zawsze dobrze się układała panu współpraca?

Na burmistrza Tomasza Kałużnego nie mogę powiedzieć złego słowa. Rzeczowy, konkretny. Cieszę się, że inwestuje w oświatę. Chińczycy mówią, że jak chcesz mieć szybko owoce to sadź ryż. Jak chcesz trochę poczekać na owoce to zasadź jabłoń, a jak masz dużo czasu, to ucz młodych. Środki przeznaczane na oświatę zaowocują. Z zastępcami bywało różnie, ale nie ma co rozpamiętywać.

Skąd decyzja o odejściu na emeryturę? Ma pan dopiero 61 lat.

W sierpniu będą już miał 62! W Kodeksie Karnym najwyższą karą jest dożywocie. Karą o jeden stopień niżej jest 25 lat. Doszedłem do wniosku, że lepiej jest skończyć na 25 latach. Za dobre sprawowanie i tak mi skrócono karę o dwa miesiące (śmiech).

A tak serio serio?

Wszystko ma swój koniec. Pora nacieszyć się życiem. Decyzja nie była łatwa. Myślę, że do sierpnia zwolnię gabinet swojej następczyni. Oficjalnie dyrektorem jestem do końca wakacji.

Czwartego września wielka uroczystość. Otwarcie nowej sali gimnastycznej.

Na pewno się na niej pojawię. Cieszę się, uczniowie będą mogli ćwiczyć i rozwijać się w wymarzonych warunkach na miarę XXI wieku. Podoba mi się też wizja rozbudowy placówki. Skończy się dwuzmianowość. Będzie mi brakować szkoły, a przede wszystkim ludzi, współpracowników.

Widzę, że jest pan osobą sentymentalną, bo na biurku ma pan zdjęcie szkoły w Bierzglinie.

Tam zaczynałem swoją pierwszą pracę w 1980 roku. Uczyłem m.in. fizyki, techniki i przysposobienia obronnego. Aby było śmieszniej na Politechnikę Poznańską nie dostałem się, bo zawaliłem fizykę. Wie pan, że budynek szkoły w Bierzglinie powstał w 1903 roku? Król pruski dał 1000 marek na jego budowę. Miał w nim też być kręcony film o strajku Dzieci Wrzesińskich. Ostatecznie wybraną jakąś szkołę z Pyzdr. Bardzo miło wspominam pracę w Bierzglinie. Generalnie trochę szkół w życiu poznałem. Mój tata był wojskowym i często się przeprowadzaliśmy. Mieszkałem w Legnicy, Złotoryi, Wrocławiu, Gubinie i Kostrzynie nad Odrą. Studia skończyłem w Zielonej Górze. Tam poznałem żonę i zamieszkałem we Wrześni. Pokochałem to miasto i mieszkańców.

Co uważa pan za swój największy sukces zawodowy i porażkę?

Sukcesem jest to, że wytrwałem (śmiech). A poważnie to są nim uczniowie, którzy po wyjściu ze szkoły nadal mi się kłaniają. Od nikogo nie usłyszałem złego słowa. Nauczyciele i rodzice chyba też nie mogą na mnie narzekać. Szczerze muszę powiedzieć, że swój sukces zawdzięczam swoim współpracownikom z którymi pracowałem przez wiele lat. Moja kadra była bardzo stabilna. Mogę stanąć przed lustrem i spojrzeć sobie w twarz. Porażka? Były takie ale ich nie rozpamiętuje. Dodam też, że każda porażka martwi, ale trzeba wyciągnąć z niej wnioski.

Czy jest różnica pomiędzy uczniami z lat 80., 90., a obecnymi?

Starsze pokolenie jest wychowane na podwórku. Gra w piłkę nożną z kolegami była codziennością. Teraz jak dziecko ma iść na podwórko to traktuje to jak karę. Obecnie uczniowie mają coraz większe problemy z kontaktowaniem się w cztery oczy z rówieśnikami. Komputery i internet nimi zawładnęły. Na moje pokolenie mówiono: „Co z nich wyrośnie?”. Diabłami się nie okazaliśmy (śmiech). Chcę wierzyć, że obecne również się nimi nie okażą.

Rozmawiał Łukasz Różański

Wywiad ukazał się w „WW” 22 czerwca 2018 roku

Thumb tem podsumowanie dai

Damian Idzikowski

18:03 31-07-2018 0