80 lat od obozu Auschwitz. Poznaj historię wrześnianki, która trafiła do piekła

14 czerwca 2020 roku mija dokładnie 80 lat od chwili gdy do obozu koncentracyjnego Auschwitz przybył pierwszy transport z więźniami. – To było piekło na ziemi – mówili ocaleni. 

społeczeństwo 11:34 14-06-20200 6

Niemcy pierwszych 728 Polaków skierowali do Auschwitz z więzienia w Tarnowie. Wśród nich byli żołnierze kampanii wrześniowej, członkowie podziemnych organizacji niepodległościowych, gimnazjaliści i studenci, a także niewielka grupa polskich Żydów. Otrzymali oni numery od 31 do 758.

Zgodnie z najnowszymi ustaleniami, z 728 deportowanych polskich więźniów, wojnę przeżyło 325 osób, zginęło 292, a w przypadku 111 los jest nieznany. Dodajmy, że numery od 1 do 30 nadano niemieckim kryminalistom, których do Auschwitz z obozu Sachsenhausen 20 maja 1940 r. przywiózł esesman Gerhard Palitzsch. Stworzyli oni zaczątek kadry funkcyjnej.

Piekło niemieckiego obozu koncentracyjnego przeżyła m.in. Felicja Wanke-Lutoborska, z domu Kręglewska. Mieszkance Wrześni otrzymała numer 46135. Wytatuowano go jej na ręce gdy miała 15 lat. Nastąpiło to w połowie czerwca 1943 roku. Poniżej publikujemy jej historię.

Kiedy wybuchła wojna, Felicja miała 15 lat. Wraz z siostrą uczyła się zawodu we wrzesińskim zakładzie fotograficznym Franciszka Włosika, przy ulicy Zamkowej 1 (obecnie Harcerska). Pracowała jako fotolaborantka.

Podczas okupacji wywoływała zdjęcia niemieckich rodzin, ale też te wykonane przez korespondentów wojennych. Widziała na nich zniszczone budynki i miasta, powieszonych i rozstrzelanych ludzi. Zawsze zostawiała sobie kilka odbitek. Chowała je w domu.

PRZEDSMAK W FORCIE VII

Jej życie zmieniło się 6 marca 1943 r., kiedy została aresztowana przez trzech gestapowców. Tajna policja przechwyciła jej listy pisane do brata Feliksa, który przebywał w więzieniu w Szczecinie. Pisała w nich m.in.: „Nasi są blisko” albo „Niemcy poniosą karę”.

– Kiedy po rewizji wyprowadzali mnie z domu, mama krzyknęła: „Pamiętaj, Felutka, tylko po pracy wracaj prosto do domu”. Gdyby znaleźli zdjęcia, nie wiem co by się stało z całą rodziną. Po wojnie dowiedziałam się, że mamie udało się ukryć pudełko ze zdjęciami w popielniku – napisała w swoich wspomnieniach.

Ściana śmierci na terenie obozu

19-letnia Felicja trafiła do więzienia w gmachu wrzesińskiego sądu. 22 kwietnia 1943 r. przewieziono ją z Wrześni do Fortu VII w Poznaniu.

– Sala, do której zostałam przydzielona, nosiła numer 18. Ogromne, żelazne drzwi otworzyły się przede mną. W celi przebywało 50 kobiet. Dostałam miejsce na twardej, drewnianej pryczy. Na przesłuchania wozili nas do centrum Poznania. Po przesłuchaniu dostawałyśmy kawałek cegły i szorowałyśmy posadzkę korytarza, która też była wyłożona cegłami. Chodziłam też do ogrodu wyrywać zielsko i zbierać szpinak, który przyrządzano nam na obiad. Wolność przypominały mi własne ubrania, w których chodziłam. Z czasem sukienka wisiała na mnie jak na miotle – opisywała swój pobyt w Forcie VII.

NUMER ZAMIAST NAZWISKA

Miesiąc później jechała już w transporcie kolejowym do Oświęcimia. Ostatnią noc w Forcie VII spędziła w celi wraz z trzynastoma innymi kobietami. W stojącej tam wodzie pływały szczury, a smród doprowadzał do wymiotów.

– Strażnicy mówili, że Fort VII musimy zapamiętać do końca życia – wspomniała.

Przed wyjazdem z Poznania przez trzy noce z rzędu śniło się jej, że siedzi na obozowym stołku, a ktoś goli jej głowę. Współtowarzyszki śmiały się z jej opowieści. Sen przerodził się w jawę 15 czerwca 1943 r.
Podwójny wysoki płot z drutu kolczastego

– Nasz transport w otoczeniu esesmanów szedł pieszo do Birkenau. Padał deszcz, błoto chlupotało pod nogami, a ja idę i myślę: „Co ja powiem mamie, jak wrócę” – bo moje pantofelki i płaszcz, które kupiłam na kartki, są tak zniszczone. Nad bramą ujrzałam napis „Arbeit macht frei”. Zaprowadzono nas do baraku, w którym zostałyśmy rozebrane i ogolone. Stałyśmy tak, jak nas Bóg stworzył. Na lewym przedramieniu wytatuowano mi numer 46135. Od tego momentu nie miałam już nazwiska. Zostałyśmy wepchnięte do łaźni. Następnie każda z nas dostała koszulę, pasiak, białą chustkę i drewniaki. Nie mogłyśmy się poznać – napisała po latach.

LUDZIE DOŚWIADCZALNI

Kobiety ubrane w obozowe rzeczy trafiły na blok dziewiąty. W baraku były trzypiętrowe koje. Na każdej z nich miało się zmieścić dziesięć więźniarek. Spano „na waleta”, czyli tak, że głowa jednej znajdowała się w nogach drugiej. Apele odbywały się rano i wieczorem każdego dnia.

– Pewnego dnia lager kapo wybierała dziewczyny do domu publicznego dla esesmanów. Tłumaczyła, że te, które same się zgłoszą, będą miały osobne pokoje, piękne stroje. Dziewczyny wahały się. Kobiety, które poszły, wracały po trzech miesiącach. Były zarażone chorobami, niektóre oszalały. Siedziały niczym zwierzątka na koi, a potem szły do gazu – wspominała pani Felicja.

– Widziałam doktora Mengele. Wszedł w środek naszego transportu i wymachiwał pejczem. Każdej z nas się dostało. Wybierał bliźnięta, ludzi nietypowo zbudowanych. Stale słyszałam o jego eksperymentach. Znajomy pracował w obozowej kuchni. Opowiadał, że Mengele upatrzył sobie pewnego garbatego więźnia. Powiedział, że chce mieć jego szkielet. Wstrzyknął mu zastrzyk z trucizną. I kazał go ugotować. Tak musieli zrobić. Kościec oddzielili od ciała i zanieśli do gabinetu przed krematorium – napisała po latach wrześnianka.

Wnętrze krematorium na terenie Auschwitz

HIP, HIP, HURRA!

W trakcie pobytu w Oświęcimiu Felicja kopała rowy melioracyjne, pracowała też przy żniwach czy wykopkach. Prace odbywały się daleko od lagru. Potem wspominała:

– Na naszych oczach aufzejerka (Niemka pilnująca więźniów przy pracy – przyp. red.) puściła wilczura na młodą Żydówkę, która, pchając załadowany kamieniami wózek, przewróciła się. Każdy dzień przynosił coś nowego. Podczas apelu przewróciła się i zemdlała kobieta. Chciałam ją podnieść, ale blokowa powiedziała: „Zostaw ją! Widzisz ten komin? Jak cię kopnę w dupę tym butem, od razu tam się znajdziesz”. Komin pracował dzień i noc. Któregoś dnia z mojego komanda uciekła więźniarka. Kiedy ją złapano, posadzono ją przy bramie, przez którą przechodziły komanda wracające z pracy. Na szyi powieszono jej tabliczkę: „Hip, hip, hurra, jestem z powrotem”. Inna historia. Jedna z więźniarek podczas kopania rowów melioracyjnych zemdlała. Niemiec zabrał jej miskę, nabrał szlamu z rowu i całą zawartość wylał jej na twarz. Zachłysnęła się i już więcej nie wstała. Gdy chodziliśmy na wykopki, chowałyśmy ziemniaki gdzie mogłyśmy, w majtkach albo w nogawkach od pasiaków. Pilnujący nas dobrze wiedzieli, co robimy, ale nic nie mówili. Potem kazali nam biec. Mówili, że będziemy tak długo biec, aż kartofle, które mamy przy sobie, ugotują się. Ze śmiercią oswajałyśmy się każdego dnia. I każdego dnia grała orkiestra. Grała też, kiedy transporty ludzi prosto z rampy kolejowej szły do krematorium. Więźniarki śpiewały: „Proszę, nie martw się o mnie”.

Więźniowie spali na trzypiętrowych pryczach 

PRACA CZYNI WOLNYM

28 października 1943 r. Felicja zemdlała na apelu. Zachorowała na tyfus, trafiła do obozowego „szpitala”. Cudem udało się jej przeżyć. Kiedy odzyskała siły, wynosiła wiadra z odchodami po chorych z bloku gruźliczego. Zapamiętała, że pod blokiem leżało pełno trupów, a po ciałach biegały szczury.

Później rozpoczęła pracę w „trupim komando”.

– Z szopy, gdzie były składowane trupy, ja z grupą więźniarek trupy te ładowałam na platformę, która odjeżdżała do krematorium. Pewnego dnia nie mogłyśmy z tej sterty trupów wyciągnąć bardzo ciężkich zwłok. Esesman przebił brzuch tej kobiety. Wytrysnęła z niego woda jak z fontanny. Zemdlałam.

Pomimo trudności wolała wychodzić do pracy poza obozem, bo nie chciała widzieć tego, co się dzieje w lagrze. Wiedziała, że transporty prosto z rampy idą do krematorium.

– Widziałam Niemca, który wszedł do bloku i zabrał matce nowo narodzone dziecko. Włożył je do torby i odszedł. Krematoria nie nadążały gazować ludzi. Tuż za drutami, koło krematorium, były wykopane doły, do których wpędzono bezbronnych Żydów. Słychać było ich krzyki. W mojej pamięci pozostanie też widok więźniarek, które kończyły swój żywot na drutach wysokiego napięcia. Birkenau to ogromny cmentarz. Chciałam żyć. Kiedy Niemiec stanął przy mnie i popatrzył na moje zgniłe ciało, byłam pewna, że każe blokowej spisać mój numer (wtedy trafiłaby do krematorium – przyp. red.). Zdobyłam się na odwagę i wycisnęłam z siebie „Ich bin Pole”. Esesman kazał mi iść do koi [...].

W takich wagonach przywożono więźniów 

– Apele były naszą zmorą. Modliłyśmy się: „O Boże, któryś jesteś w niebie, wyciągnij sprawiedliwą dłoń” [...].

– Praca w lagrze zawsze była. Bywało, że jedno komando wynosiło z lagru cegły lub deski, drugie, wracając z pracy, przyniosło je z powrotem. Byłyśmy zadowolone, kiedy padał deszcz. Mogłyśmy złapać czystej wody do swoich kubeczków, napić się, umyć. Na co dzień nie miałyśmy wody do picia.

DUCH ZA OKNEM

20-letnia Felicja opuściła obóz zagłady 21 sierpnia 1944 r. Tego dnia wcisnęła się do wybranego transportu. Tak trafiła do południowych Niemiec.

– Myślałam: obojętnie dokąd, gorzej niż tu już nie może być.

W Eberswalde pracowała w fabryce amunicji. Z czasem zaopiekował się nią Szwedzki Czerwony Krzyż.

Do Wrześni wróciła 1 listopada 1945 r.

– Gdy zobaczyłam dom, zaczęłam biec. Zapukałam w okno, ale nikt się nie obudził. Zapukałam jeszcze mocniej i zobaczyłam matulę. „Matuś, otwórz! To ja, Felka!”. Mama się przeżegnała i krzyknęła: „Tata, wstań! Duch Felki za oknem!”. Kiedy wreszcie drzwi się otworzyły, był krzyk radości i płacz – napisała później pani Felicja.

Trudno było jej wrócić do codziennego życia. Niejednokrotnie w nocy stawała do apelu, krzyczała.

W jej wspomnieniach jest też historia z udziałem żołnierzy radzieckich. Było to w jej domu rodzinnym:

– Jeden z tych łobuzów zobaczył numer na mojej ręce. Powiedział, że jestem Germanką. Wyciągnął spluwę i powiedział: „Zastrelu”. Myślałam: „Przeżyłam Auschwitz, a teraz zginę od wybawicieli”. Tego żołnierza zabrał ze sobą starszy oficer, po którego pobiegła siostra mieszkającej obok cioci.

Cztery lata po wojnie pani Felicja wróciła do Oświęcimia. Potem jeździła tam niemal co roku.

– Zawsze kładła kwiaty na koi, na której zmarła jej pierwsza koleżanka z transportu, Marysia Adamek. Opowiadała o Auschwitz, bo uważała, że to jej obowiązek. „Przeżyłam piekło na ziemi”, mówiła. Zawsze pielęgnowała pamięć i strzegła prawdy o tym, co się tam wydarzyło – zapewnia Eugeniusz Józwiak, jej chrześniak.

W 1952 r. pani Felicja przeprowadziła się do Koszalina. Zmarła 31 października 2015 r., w wieku 91 lat.

Thumb 64861016 2494978670553670 5517157221407916032 o

Łukasz Różański

11:34 14-06-2020