„808,2 km”, czyli fotograficzna opowieść o naszej Warcie

Zawsze fotografuj tak, jakbyś miał ostatni negatyw i miał przy jego pomocy opowiedzieć całą historię wyprawy, w jakiej brałeś udział.

fotoreportaże 11:30 08-03-20190 0

Po „Topografii ciszy” byłem zmęczony. Nie mogłem fotografować, miałem blokadę, jakieś lenistwo. A może brak przekonania do pomysłów na kolejne cykle? Dumałem i dumałem, ale prawie nie fotografowałem i nie chodziłem do ciemni. Podjąłem próby z kolorem (już wiem, że kolor mnie zupełnie nie pociąga), sportretowałem całą najbliższą rodzinę (to akurat wypaliło, zamierzam powtarzać to co roku), poszedłem nawet na zdjęcia do centrum Wrześni, żeby odnowić fotograficzne związki z rodzinnym miastem. Cały czas czułem jednak, że to nie to, że błąkam się po świecie robiąc coś jakby z przymusu. I wtedy stało się – postanowiłem zdokumentować Wartę!

Waldemar Śliwczyński

Było to dokładnie 9 listopada o godz. 11.00 w recepcji Puro Hotel we Wrocławiu. Wyprowadzaliśmy się z naszego pokoju, Jola zajęła się formalnościami, a ja bagażami. Przed rozstaniem z hotelem postanowiliśmy jeszcze napić się kawy, więc rozsiedliśmy się na wymyślnej kanapie w holu. Obok nas na baczność stało około dwudziestu książek i kolorowe czasopisma. Zainteresowały mnie książki, bo przeważnie były grube, obcojęzyczne i wyglądały bardzo sexy. Jedną z nich był album André Köhlera, „Odra_Rhein_Oder_Ren. Fotoessay”. Jak się okazało, autor fotografował Odrę i Ren podczas literackich rejsów polsko-niemieckich.

Jolanta Śliwczyńska z psem Kropkiem

Wtedy Jola powiedziała: – Ty, sfotografuj Wartę...

– No tak! – wykrzyknąłem i od razu wiedziałem, że to jest temat, na który czekałem dwa lata. Łączył w sobie wszystko, co kocham: podróże, naturę, szczególnie wodę, uwiecznianie tego wszystkiego na fotografii, przygotowywanie książki i ewentualnie wystawy. Przez większość drogi do domu rozmawialiśmy o nowym pomyśle, o naszej Warcie: że trzeba ją pokazać od źródeł do ujścia, że mamy do niej „prawo”, bo płynie przez nasz powiat, że płynie w dużej części przez Wielkopolskę, więc jest kontynuacją wcześniejszych dokonań. Już sama myśl o tworzeniu kolekcji fotografii warciańskich była podniecająca, od razu chciałoby się pojechać do Pyzdr, Czeszewa czy do Nowej Wsi Podgórnej.

Autor w trakcie pracy

No i zaczęło się! Najpierw był Poznań, potem Ląd nad Wartą, Czeszewo, Orzechowo. W tym czasie jeszcze nie do końca wiedziałem, czego chcę, idea dopiero się kształtowała, dlatego fotografowałem Wartę jako coś przyrodniczego, krajobrazowego, pozbawionego ludzkiej ręki. Dziki prastary las, cicha, majestatyczna i posępna woda, piękne dorodne trawy i mocne jak chłopy dęby, a wszystko w szadzi... Wprost nie mogłem się oprzeć!

Ale po kilku pierwszych wyjazdach i spotkaniach z ludźmi nad rzeką podjąłem decyzję, że moje fotografowanie Warty będzie też opowieścią o tym, co ludzie „robią” z rzeką, jak ją wykorzystują, jak ujarzmiają i podporządkowują sobie. Chciałem pokazać najważniejsze i najczęstsze aktywności ludzkie nad wodą, czyli w pewnym sensie zacząłem zachowywać się jak naukowiec, jak badacz, a nie tylko łowca obrazów.

Nad Wartą

Fotografowałem swoim starym wiernym Wisnerem, co jest wartością i przyjemnością samą w sobie. Z uwagi na to, że poprawne ustawienie wszystkiego jest czasochłonne i czasem niestety nie wszystko wyjdzie jak trzeba, każdemu ujęciu towarzyszy duże skupienie. Dlatego diametralnie inna jest strategia fotografów wielkoformatowych, którzy myślą przed, a nie po naświetleniu. Kiedy masz aparat małoobrazkowy, lub nie daj Boże cyfrowy, pstrykasz dużo w nadziei, że coś trafisz. Wpierw robię, a potem wybieram. Wpierw piszę na brudno. Przy dużej kamerze nie da się tak pracować. Tutaj od razu pisze się na czysto.

Nie zawsze było pogodnie

Zawsze powtarzam sobie: rób tak, jakbyś miał ostatni negatyw i miał przy jego pomocy opowiedzieć całą historię wyprawy, w jakiej brałeś udział.

Postanowiłem też spróbować metody opartej na składaniu panoramy z kawałków, przez dostawienie do siebie dwóch, trzech lub więcej analogowych odbitek. Finalnie obraz miał być pozbawiony czarnej ramki i miał wyglądać tak, jakby powstał z jednego ujęcia. Wybrałem też tytuł dla całego projektu: „808,2 km”, czyli długość Warty od źródła do ujścia.

Czeszewo
Działoszyn
Konin

Wciągało mnie to zajęcie coraz silniej. Na zdjęcia bliskie jeździłem sam lub z Kropkiem, na dalsze wyprawy z Jolą. Widok Kropka beztrosko baraszkującego po nadrzecznych szuwarach był bezcenny. Równie bezcenna Jola pełniła wiele ról, z których najważniejsze było fotografowanie mnie przy pracy, co stało się wręcz obowiązkowe, kiedy mój nadworny projektant Tomek Wojciechowski wymyślił, że fajnie będzie książkę o Warcie wzbogacić o zdjęcia „z zaplecza”. Jola skłoniła mnie też do wykonania paru fotografii, których początkowo zrobić nie chciałem. – Zrób je dla mnie – mówiła, a później okazało się, że w paru przypadkach miała rację, to „jej” zdjęcie weszło do zestawu, a moje nie.

Czeszewo

Dokładnie 31 maja dotarłem do ujścia Warty w Kostrzynie nad Odrą. To było przeżycie niemalże mistyczne, nigdy nie zapomnę nastroju, jakiego wówczas doświadczyłem. Trudno go opisać słowami, na pewno była to mieszanka radości z dotarcia do celu i zarazem smutku, że to już koniec wędrówki, w której było mi tak dobrze. Poza tym znalazłem się w miejscu niezwykłym: oto miejsce, w którym geograficznie kończy się Warta (umiera!), a zaczyna już tylko Odra (pożarła naszą rzekę!). Przyglądając się uchodzącej do Odry Warcie, zadawałem sobie pytanie, czy tę samą wodę, choćby jej część, powiedzmy któreś litry, wymieszane z innymi, późniejszymi litrami, widziałem gdzieś wcześniej, w innych miastach?

J. Śliwczyńska

Do sierpnia jeździliśmy na poprawki i dodatkowe zdjęcia. Ostatnie weekendowe wyjazdy upłynęły nam pod znakiem odwiedzania i fotografowania miejsc, w których już byliśmy. Potem zostało już „tylko” wywoływanie, skanowanie i składanie książki, co nie udało by się bez Krzysia Liberkowskiego.

Na sam koniec podsumowaliśmy rok naszej pracy w liczbach. Okazało się, że odwiedziliśmy 33 miejscowości, przejechaliśmy ponad 7,5 tys. km, naświetliliśmy 350 błon fotograficznych, w podróży wypiliśmy 64 termosy z kawą i zjedliśmy 288 kanapek. To był dobry rok.

Poznań
Orzechowo

Artykuł ukazał się w „Wiadomościach Wrzesińskich” 8 stycznia 2016 roku.

tekst: Waldemar Śliwczyński (FRAGMENTY KSIĄŻKI „808,2 km”), skrót: Damian Idzikowski, fotografie: Waldemar Śliwczyński, Jolanta Śliwczyńska (kolor)

Thumb tem podsumowanie dai

Damian Idzikowski

11:30 08-03-2019