Śmiech nie grzech
Ksiądz, który poszedł na randkę za brata; proboszcz, który stał na kościelnej ambonie i „strzelał” z dubeltówki, czy też inny kapłan przyłapany z damską bielizną nad łóżkiem... To nie żarty, ale bohaterowie anegdot spisanych przez ks. Alojzego Święciochowskiego, znanego wrześnianom wikariusza z parafii farnej, a później proboszcza parafii na Lipówce.Zbiory anegdot z życia księży i parafii zatytułowane „Babcię naoliwić”, to właśnie opowieści o ludziach z Wrześni, Gniezna, Żnina, Trzemeszna i pobliskich miejscowości. Są wśród nich klerycy, proboszczowie, wikariusze, a nawet biskupi. Ale też milicjanci i UB-ecy.
Marzena Zbierska: - W obu częściach „Babcię naoliwić” jest 201 anegdot. Jak posiadł ksiądz wiedzę o tylu sytuacjach, zdarzeniach i osobach...?
ks. Alojzy Święciochowski: - Skarbnicą anegdot był ks. kanonik Kazimierz Kinastowski, proboszcz wrzesińskiej fary, u którego byłem wikariuszem. Prosiliśmy by spisał te opowiadania, ale nigdy tego nie zrobił. Wiele sytuacji przyniosło samo życie, lata w seminarium i w parafiach. Życie i historia to nie tylko fakty. Anegdota podaje pozaformalne opisy zachowań, które oddają klimat wydarzeń. I to właśnie chciałem pokazać.
- Kiedy pojawił się pomysł spisania anegdot, czy był jakiś przełomowy moment?
- Zapiski powstawały przez długi czas. Któregoś razu postanowiłem je wydać w formie książki, a rok później powstała część druga.
- Po lekturze można odnieść wrażenie, że księża to osoby z dużym poczuciem humoru...
- Tak, jest takich wielu. Niesamowicie wesołym księdzem był ks. Jerzy Gryczka z Węgierek. Lubił stwarzać sytuacje komiczne. Miał brata bliźniaka, byli bardzo do siebie podobni. Brat ks. Gryczki, jeszcze kiedy oboje byli na studiach, miał narzeczoną. Bratu coś wypadło i nie mógł iść z nią na randkę. Ks. Jerzy poszedł zamiast brata, ubrał jego ubranie, krawat... W pewnym momencie narzeczonej coś podpadło, ale Jurek był bystry i wybrnął z opresji. Do tej mistyfikacji przyznali się dopiero na weselu. Dopiero wtedy świeżo poślubiona żona dowiedziała się, że była na spotkaniu z bratem. Podobno podobieństwo wykorzystywali już w szkole, jeden był lepszy z matematyki, a drugi z polskiego, a nauczyciele nigdy nie poznali zamiany.
- Niektóre anegdoty zawierają imiona i nazwiska bohaterów. Jak oni odebrali te publikacje?
- Jeden z księży zaprotestował. Miał pretensje, że przywołałem jego nazwisko, a nie poprosiłem go o zgodę. Tłumaczyłem, że nie ukazałem go w złym świetle, że potraktowałem to z humorem i jakoś dał się udobruchać. Ale na ogół bohaterowie anegdot nie mieli do mnie żalu. Jednak pewna czytelniczka napisała do mnie, że jest zbulwersowana, że ksiądz jest autorem takich opowiadań. Wyjaśniłem w liście jaki by zamysł tych książek.
- Czy anegdoty przeszły jakąś selekcję?
- Tak, kilka z przygotowanych do druku nie znalazło się w książkach, bo rysownik przygotował zbyt „pikantne” ilustracje. Uznałem, że tego co dość ostre nie trzeba jeszcze dodatkowo „doprawiać” rysunkiem. W niektórych miejscach słowa uznawane za niepoprawne obyczajowo zostały wykropkowane.
- A co nie przeszło przez autocenzurę?
- Na przykład opowieść o pewnej pani z Psar Polskich, która często przychodziła na plebanię. Kiedyś przyszła, wyjęła spod fartucha butelkę i mówi: „To ja sama robiłam, czysty spirytus i sok wiśniowy, jak to mówią: tata z mamą”. Ja jej tłumaczyłem, że nie piję alkoholu, a ona na to: „Ze starą babą to ksiądz nie wypije, ale jak będziecie sami, to sobie wychlota”. Innym razem z powodu tych wizyt u księży, zagadnął ją sąsiad: „A co tak do tych księży lotocie, wyście się w młodości różnie prowadzili...”, a ona mu na to: „A tobie to kurduplu zawodzo? To jak ci zawodzo, to se utnij!”
- A jak to z kolędą bywało? W „Babcię naoliwić” też są anegdoty z kolędy... Która najbardziej utkwiły księdzu w pamięci?
- Jeszcze jako wikariusz w farze, w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia udzielałem ślubu pewnej parze. Później zaszedłem do nich po kolędzie. Na parterze mieszkali rodzice, na piętrze młodzi. Mama cieszyła się z zamążpójścia córki i chciała, abym odwiedził świeżo upieczonych małżonków także w ich mieszkaniu. Poszedłem. Na korytarzu świeciło się światło, ale w pokoju ciemno, świeciły się tylko lampki na choince... Wołam, pukam, uchylam drzwi... a tu młodzi sobie miłość małżeńską świadczą! Widocznie znudziło im się czekać na księdza i postanowili ten czas wykorzystać. Dobrze, że nie poszli ze mną ministranci. Małżonkowie byli wyjątkowo speszeni i żadna rozmowa się już nie kleiła. Innym razem rzecz działa się w czworakach na Zawodziu. Byłem już w sieni, a pani domu zawołała do męża: „Skończ już to jedzenie, przebierz te brudne ciuchy, bo ksiądz zaraz przyjdzie!”, a on na to: „Ady się nie zesr..., jak przydzie, to bydzie.” Ja już stałem w drzwiach. Innym razem kobieta myła podłogę na kolanach i jak to gospodynie miały w zwyczaju, założyła dół spódnicy za pasek, żeby jej nie pobrudzić. Kiedy wszedłem wstała, zdębiała i zapomniała poprawić spódnicę. Opuściła ją dopiero na moją prośbę i była jeszcze bardziej zakłopotana.
- Władza ludowa wyjątkowo skutecznie „umilała” życie księżom. W drugiej części „Babci...” opisana jest na przykład „Rewolucja na Lipówce”, kiedy milicjanci i strażacy rozebrali namiot przy kościele, który stanowił dach nad głową dla parafian podczas nabożeństw. Co z tej kategorii anegdot nie znalazło się w druku?
- Nie uwieczniłem na przykład opowieści o księdzu Bartosiaku z Nekli. On był strasznie nerwowy, ale poczucie humoru miał. Wtedy trzeba było mieć pozwolenie na ustawienie ołtarzy na Boże Ciało. Ksiądz Bartosiak miesiąc wcześniej wystosował pismo z informacją o miejscach, gdzie proponował postawić ołtarze. Władza powiatowa odpowiedziała, że na te miejsca się nie zgodzą, że musi wyznaczyć inne, dokładnie opisać numery nieruchomości odległości między nimi. Ksiądz podał wymagane odległości i numery posesji. Zgodę otrzymał. Ale w swoim sprycie podał numer urzędu gminy, sklepu GS i innych państwowych instytucji. I w ten oto sposób za zgodą władzy z wielkim rozmachem postawił tam ołtarze na procesję Bożego Ciała.
- Będzie kolejne wydanie książek z anegdotami?
- Nakład „Babcię naoliwić” już się wyczerpał. Mam w zanadrzu jeszcze kilka nie opublikowanych w pierwszej i drugiej części anegdot oraz trochę nowych. Sądzę, że raz jeszcze je uporządkuje, uzupełnię i wtedy ukaże się wznowienie w jednym tomie.
Marzena Zbierska
***
Jednego razu, w południe, przyjeżdża starym fiatem parafianin z Orchowa i mówi: - Księże proboszczu, niech ksiądz zaraz ze mną jedzie, aby nam babcie naoliwić. – Jaką babcię i jak naoliwić. To nie samochód. – Naszego proboszcza nie ma, bo gdzieś wyjechał, a on jest taki, że jak nieboszczyk nie naoliwiony, to nie pochowa. Zaczynam się po trochu domyślać, o co chodzi. Pytam go, kto to jest ten nieboszczyk. On mówi: - No przecież mówię, że babcia nam wykitowała...tego...no umarła. Ani żeśmy się spodziali. Jak rano żeśmy wstali, to już była zimna. Dziwił się tylko, że nie chciałem jechać, bo już nie ma po co. – Jak to, po co? – Przecież mówię, że naoliwić trzeba, bo jak bez naoliwienia babcię pochowamy? I łzy mu pociekły z oczu, które czapką otarł.
***
W farze wrzesińskiej z polecenia ks. kanonika głosiłem nauki stanowe dla panien. I na owe nauki zawsze przychodziła Iza Krzyżagórska. Gdyby tylko przychodziła – pół biedy. Ale ona zawsze musiała nauki moje obdarzyć swoim komentarzem. Kiedyś mówiłem o zgadzaniu się z wola Bożą, Iza przerywa mi w pół zdania i mówi, że ona się z wolą Boża nie zgadza, bo nie zawsze pan Bóg ma racje. – Ja nie raz postawiłam na swoje wbrew woli Bożej i ludzkiej i wygrałam! Śmiech dziewcząt i dalej już prowadzić nauki dla nich nie sposób.
Na następny raz mówię do księdza kanonika, aby w ogłoszeniach parafialnych podał, że będzie nauka stanowa dla dziewcząt, a nie dla panien, to może Iza nie przyjdzie. Iza jednak przyszła. I zaraz wszczęła awanturę: „Co sobie ksiądz myśli, jaka nauka dla dziewcząt? Zawsze była dla panien. Ja panną jestem od urodzenia, ale dziewczynką to już nie jestem”
***
W Strzałkowie w tym czasie został proboszczem mój dawny prefekt z lat gimnazjalnych, ks. Klemens Wnuk. Już wtedy jako młody kapłan słynął z tego, że był nerwowy i raptus. Ale wiedzy przekazywał wiele i umiał mądrze wymagać. Największy egzamin zdawałem jednak, gdy mnie jako wikariusza z fary wrzesińskiej poprosił ze sumą i kazaniem na odpust św. Doroty.
Wikariuszem u niego został ks. Jan Nowak, który zawsze miał „niewyparzoną gębę”, co nie raz sam podkreślał i przez co naraził się także swemu o rok starszemu koledze biskupowi Janowi Nowakowi. Zdarzyło się, że gospodyni na plebanii w Strzałkowie urządziła wielkie pranie. Jednak zachmurzyło się i zaczęło padać tak, że o wywieszeniu bielizny w ogrodzie nie mogło być mowy. Uzgodniła z proboszczem, że rozwiesi ją na korytarzu i w kilku pokojach, w czym ks. proboszcz jej pomagał. Nie spostrzegł tylko, że w jego sypialni rozwiesiła jego damskie „dessous”. Gdy na plebanie wszedł po godzinach katechizacji ks. Jan, przeciskał się między rozwieszoną bielizną. A gdy nad tapczanem proboszcza dojrzał części spodniej garderoby damskiej, powiedział do proboszcza: - O, widzę, że sobie ksiądz proboszcz przygotowuje ciekawe sny! Ks. proboszcz Klemens raptus w jednym momencie podskoczył i zerwał sznur od bielizny nad tapczanem i cała damska garderoba legła na podłodze.
Fragmenty książek „Babcie naoliwić”
|
|