Krajowcy i Tubylcy (1)Każdy okres historyczny, zwłaszcza przełomowy, powoduje prawdziwy wysyp relacji i wspomnień. Są to często teksty wiarygodne i wartościowe, ale zawsze wycinkowe i na dodatek skażone pewnym rodzajem intencjonalności, wynikającej z egocentryzmu lub wyznawanej ideologii. Taką samą wadę mają pamiętniki, bardziej intymne, ale zawsze pisane z myślą o osobiście wykreowanym, wirtualnym odbiorcy.Prawdziwą rzadkością są natomiast przekazy spontaniczne, kierunkowane dyskretnie i niepostrzeżenie z myślą o wyizolowaniu, a nie odtwarzaniu stanów faktycznych. Z tego typu dokumentem mamy do czynienia obecnie. Jest to wywiad-rzeka przeprowadzony z człowiekiem już niemłodym przez jego wnuka. Słowa zostały nagrane na archaiczną już dzisiaj taśmę magnetofonową, która szczęśliwie się zachowała. Jest to więc niezafałszowany autentyk w języku miejscowym, a nie w żadnym dialekcie wielkopolskim, który jest sztucznym narzeczem stworzonym na potrzeby sceniczno-medialne. Specyfika tej mowy tkwi głównie w składni i fonetyce, a nie w słownictwie, którego zagęszczeniem próbują epatować różni bajarze.
To się da słuchać, ale tak przecież nikt nie mówił. W najwyższej cenie są germanizmy, językowa odmiana pieprznych rodzynek. Zapis nie jest zwartą konstrukcją i zawiera wiele luk, ale spoiwem jest jego specyficzna aura. Jego autorem jest LUDWIK GRZEŚKOWIAK (1898-1985), syn STANISŁAWA i TEKLI. Ten pierwszy (1857-1932) ożenił się z TEKLĄ STAWOWĄ, z którą prowadził 8-hektarowe gospodarstwo w Łuszczanowie k. Jarocina. W 1897 kupił 18-hektarowe gospodarstwo w Chociczce, którą później włączono administracyjnie do Chociczki Małej. STANISŁAW i TEKLA dochowali się trzynaściorga dzieci, z których bliżej zajmiemy się właśnie LUDWIKIEM i jego bratem FRANCISZKIEM. LUDWIK to uczestnik wielkiej wojny 1914-1918, powstaniec wielkopolski, żołnierz wojny polsko-bolszewickiej 1920, osadnik wojskowy na Kresach wschodnich oraz obrońca ojczyzny w kampanii wrześniowej 1939, a także kombatant realnego socjalizmu. W chwili przeprowadzania wywiadu, co miało miejsce w 1985, miał już blisko 90 lat i był człowiekiem mocno schorowanym. Poza tym zapis jest tzw. ciekiem, gdyż tekst mówiony różni się zasadniczo od pisanego. Batalistyki i związanych z nią efektów nie zabraknie, ale najpierw trzeba się zająć kwestią zasadniczą, tzn. stanem świadomości narodowej mieszkańców wsi wielkopolskiej. Obecnie w powszechnym użyciu jest trójkątny jak oko Opatrzności szablon wyznaczany przez Boga, Honor i Ojczyznę, ale nawet sztandary nie są w stanie zakryć nagiej prawdy. Nie można powiedzieć, że wieś pozostawiona była samej sobie, gdyż oddolnie poddawana była oddziaływaniu wielkopolskich organiczników, a z góry napominano ją z ambon. To jednak nie wystarczało. Status Polaków był mocno zawikłany i najbardziej funkcjonalnym terminem wydaje się tutaj być określenie tubylcy. Warstwa ta była nisko wykształcona, słabo podatna na wszelką indoktrynację, nawet religijno-narodową, i zaabsorbowana niemal bez reszty codziennymi sprawami bytowymi. Ten medal miał swoją drugą stronę, równie chropowatą. Jeśli bowiem przeciętny mieszkaniec wsi wcale nie traktował progu swego domu jak twierdzy, to jeszcze bardziej obca była mu wszelka prusaczyzna. Przypisany był do ziemi i mało obchodziły go rejestry albo klasyfikacje. Tego typu grupy społeczne w przełomowych momentach jednoczą się, ale działają intuicyjnie, co zawsze jest bezbłędnie odczytywane przez samozwańczych przywódców. No ale my jesteśmy dopiero na początku XX wieku i wśród ludzi, którymi wrzesiński strajk szkolny aż tak bardzo nie wstrząsnął. Jak budziła się świadomość polska? Na pewno nie była fluidem, który przenikał tubylców patriotycznym dreszczem, ale odpowiedzialny i myślący człowiek miał niejedną sposobność do samookreślenia się. LUDWIK ujmuje to tak: wszystko zależało od rodziców, a wpływy zewnętrzne były zaledwie dodatkowymi impulsami. W rodzinie STANISŁAWA i TEKLI posługiwano się na co dzień wyłącznie językiem polskim, a szkoła niemiecka była instytucją obcojęzyczną. Ale w obłaczkowskiej uczelni uczyli czytać i pisać, które to umiejętności trzeba ocenić jako przydatne życiowo. Są nawet tak często praktykowane, że z czasem stają się naturalne aż do odruchowości. STANISŁAW doskonale zdawał sobie z tego sprawę, gdyż był wychowywany w świadomej rodzinie chłopskiej. W domu żaden dzieciak nie odezwałby się do niego po niemiecku, nawet gdyby chciał, ale pójdzie taki do szkoły i nieszczęście gotowe. Z takim bachorem nigdy nic nie wiadomo. A niech będzie zdolny albo przynajmniej kujon – takie wynaturzenie też jest możliwe. Przesiąknie niemczyzną na dobre i będzie w domu szpanować na poliglotę. No i przepowiedzieć wszystkiego się nie da, gdyż pisanie też jest ważne. Dlatego STANISŁAW poddawał swoje dzieci profilaktyce. W domu w eksponowanym miejscu wisiała tablica, taka prawdziwa, żeby później smarkateria nie gęgała, że w szkole to mają lepszą. Uczył na niej swoją progeniturę polskiego abecadła, a litery układał w wyrazy. To nawet było łatwiejsze niż szkolny gotyk. W Obłaczkowie nauczycielem był niejaki Ochocki, Polak, który na polu germanizacyjnym zasłużył się słabo, ale taką miał już posadę. Edukacja domowa była w sumie skuteczniejsza od szkolnej, gdyż STANISŁAW mógł się wspomagać autorytetem, na którego straży mógł stanąć również pasek lub rózga. Zadanie było niełatwe, gdyż nie wszyscy mają głowę do nauki. Jednak każdy młody GRZEŚKOWIAK przechodził ofiarnie pełny cykl szczepień ochronnych, a kondycję narodową wzmacniała jeszcze otoczka – w tym języku mówiło się przecież o polskich królach i bohaterach, a nie pruskich, gdyż kołki przydatne są w płocie, a nie w gębie. Nie było to jednak wcale regułą. Oddajmy głos LUDWIKOWI: ...a na przykład sąsiadów chłopak – w domu w ogóle nie dbali o to, tam się nie interesowali wcale, jak poszedł do wojska, to ani po polsku, ani po niemiecku. Bardzo kiepsko uczył się, bo tam żadnego poparcia znikąd nie miał – nie umiał listu do domu napisać nawet. To ona przyszła do nas i płakała, mówi, że nie umie listu napisać. Nie dbali... Tak. Ci czystej wody tubylcy wcale nie musieli być renegatami, ale można ich chyba nazwać ciemną masą, podatną na wpływy i zupełnie wobec nich bezbronną. Ale liczył się każdy świadomy Polak, gdyż przywódcy to nie tylko generałowie czy ministrowie – wielką rolę odgrywają również autorytety środowiskowe i bez mała sąsiedzkie. To ci ludzie podnieśli sztandar narodowy w okresie wielkiej zarazy, jaka wybuchła w sierpniu 1914, gdyż byli już uodpornieni na wszystkie infekcje. Byli nie tylko tubylcami, ale awansowali na krajowców, dla których następnym progiem jest własna państwowość. Ojciec czytał im przecież proroctwa Saby: ...pierwsza wojna była przepowiedzona, powstanie Polski było przepowiedzone. To takie przeczucie jakieś [...]. I ta pierwsza wojna to tak, według proroctwa, to upomnienie narodów. Druga wojna to kara Boża, bo ludzie się nie poprawią, a trzecia wojna – przyjdzie zagłada. To to tak pamiętam, jak ojciec nam to czytał. I NAJBARZEJ ŻEM SIĘ ZAINTERESOWAŁ TYM, ŻE POLSKA BĘDZIE. STAŃCZYK
|
|
|||
|
Nie możesz komentować!




