Klucze królestwa (2)Każdy ma swoją genetykę, kojarzoną głównie ze stanem organizmu, czyli sferą somatyczną, ale bez wątpienia występuje również pewien rodzaj powinowactwa osobowościowego, a więc psychicznego. Rzadko to dostrzegamy, gdyż obszar ten zdominowany jest przez choroby genetyczne, realne lub potencjalne, albo też wygląd, który poddaje się łatwej identyfikacji porównawczej.Na pewno istnieje jednak też pewien środowiskowy wariant genetyczny, gdyż jego najszerszym obszarem jest narodowość, a siły jej oddziaływania nikt przecież nie kwestionuje. Dla mnie takim genem wrzesińskim obciążony był EUGENIUSZ MROWIŃSKI i postaram się to uzasadnić. Na razie jednak trzeba było zdać egzamin kwalifikacyjny do gimnazjum, gdyż szkoła powszechna była już perspektywą zamkniętą. Ten egzamin to była rozmowa sondażowa, w której stan wiedzy wcale nie był najważniejszy.
Trafiali się tam przerośnięci półanalfabeci, którym edukację uniemożliwiła wojna, ale głównym zadaniem egzaminatorów było zdiagnozowanie możliwości umysłowych. Jeśli ocena była pozytywna, to nie przeszkadzały nawet haniebne wpadki w obrębie tabliczki mnożenia lub próby rewizji polskiego systemu ortograficznego. EUGENIUSZ przeszedł przez to sito i już w marcu rozpoczął naukę, która odbywała się w willi MYCIELSKICH na Kościuszki. Po kilku tygodniach Rosjanie opuścili gmach liceum i można było wrócić na swoje. Mała matura miała miejsce w 1948, ale ukończenie gimnazjum nie zaspokajało ambicji, gdyż nie dawało przepustki na studia. Uczył się więc jeszcze dwa lata i w 1950 zdał egzamin dojrzałości. Można było realizować marzenia, czyli studia artystyczne. Już przedtem wysłał do Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie dwie prace olejne, obydwie bardzo zasadnicze. Pierwsza przedstawiała kpt. Markosa Wafiadisa, przywódcę komunistycznej partyzantki greckiej, który koniec końców musiał wyemigrować i przebywał wtedy w Polsce. Była to wówczas postać kultowa. Drugi obraz przedstawiał zmartwychwstałą Polskę, czyli podnoszącą się z grobu i zrywającą kajdany kobietę, przed którą uciekają w popłochu skarlałe hitlerowskie potworki. Pełny patos, ale uzasadniony wiekiem artysty i czasem powstania tych dzieł. Studentem jednak nie został. Trafił do jakiejś obskurnej sali, zagraconej i zaśmieconej, pełnej hałaśliwej zbieraniny, mówiącej niezrozumiałym dla niego językiem. Znalazł się zapewne w samym pandemonium cyganerii artystycznej, świata zupełnie mu obcego. Tak na dobrą sprawę był dobrze ułożonym i uporządkowanym prowincjuszem z wielkopolskiej Wrześni, a studia kojarzyły mu się z powagą i nabożną celebrą. To zderzenie było tak bolesne, że zdruzgotało go i w ogóle nie przystąpił do egzaminu. Najbliższym pociągiem wrócił do Wrześni – swojego miejsca na ziemi. Moim zdaniem nie nastąpiła tutaj żadna straszna kolizja i było to raczej szukanie pretekstu do spełnienia nakazu genetycznego. Taki przypisaniec lokalny musiał jednak coś robić, żeby nie był darmozjadem i perspektywy nie były takie najgorsze, gdyż matura wtedy jeszcze coś znaczyła. Zatrudniony został jako pomoc biurowa w Urzędzie Wodno-Melioracyjnym, w którym przepracował kilka miesięcy. Był akurat rok 1950, pamiętny wymianą pieniędzy. Pierwsza wypłata była zupełnie niezła, gdyż wyniosła 10 tys. zł, a następna to było tylko 300 zł. Do diabła z taką robotą, chociaż było to akurat apogeum stalinizmu i wszystko taniało lub drożało, gdyż nastąpił czas systemowej chwiejności wartości wszelkiej. EUGENIUSZ rozglądał się za czymś lepszym i w ten sposób 1 grudnia 1950 rozpoczął pracę w Budowlanym Przedsiębiorstwie Powiatowym, kierowanym wówczas przez FLORIANA KUBICKIEGO, którego zastępcą był MACIEJ FRYDRYCHOWICZ. Do 1954 EUGENIUSZ był pisarzem budowy i piórem pomagał we wznoszeniu ośrodka maszynowego w Kołaczkowie, szkoły w Pyzdrach i magazynów zbożowych we Wrześni, Strzałkowie i Borzykowie. Później był już referentem i zajmował się szkoleniem, bhp, wynalazczością oraz normowaniem pracy. W 1954 zakład stracił jednak samodzielność i został wchłonięty przez większy podmiot gnieźnieński, który pozostawił we Wrześni jedynie kierownictwo grupy robót. Stało się ono bazą do utworzenia Wydzielonego Zakładu Produkcji Pomocniczej, na którego czele stanął MICHAŁ ZYGAJ. Profil był dość szeroki – od stolarki do budowy kompletnych obiektów, co oddaje skrótowiec sylabowy, czyli STOKBET. EUGENIUSZ związał się z nim na całe swoje życie zawodowe, a więc gen miał również mutację pracowniczą. Tak zachowuje się połowa populacji – powiedzenie o przesadzaniu starych drzew dotyczy tylko tych, których nie wyrwano za młodu. Zgodnie z tym prawem nie zerwał również kontaktów ze szkołą. Właśnie kolega MARIAN SMOCZYŃSKI powiedział mu, że przygotowują uroczystość pierwszomajową i przydałby się ktoś, kto ma trochę czucia plastycznego, a EUGENIUSZ wcale nie porzucił malarstwa i nawet trochę się na nim mścił. Z ramienia szkoły za przygotowanie obchodów odpowiedzialna była młoda nauczycielka, rodowita poznanianka – ZOFIA BUCHHOLZ. Uczyła we wrzesińskim liceum geografii i wychowania plastycznego, zwanego wtedy swojsko rysunkami. EUGENIUSZ stwierdza wprost, że od pierwszego spojrzenia wpadł po uszy, a więc było to zauroczenie, szczęściem nie fatalne, tylko fatalistyczne. Jej też chyba spodobał się młody człowiek. Co prawda miała uczniów, którzy byli starsi od niego, ale EUGENIUSZ dysponował tym atutem, że był już na poważnej posadzie państwowej i uprawiał szlachetny wolontariat. Panienkę wypadało odprowadzić do domu i tutaj też było po drodze, jak przez całe późniejsze życie, gdyż mieszkała na stancji w rynkowej kamienicy BULCZYŃSKICH. Właścicielką pokoju z kuchnią była HELENA BORYSIAK, która zaprzyjaźniła się z młodą nauczycielką, co w sferach sublokatorskich wcale nie było takie częste i regułą były raczej wojny domowe. EUGENIUSZ o okresie narzeczeńskim opowiada raczej powściągliwie. Ot, został zaproszony do mieszkania, gdzie czytali sobie na głos jakieś powieści, które on próbował ilustrować, jak to artysta, a nawet wykonywał plansze stanowiące pomoce naukowe. Taka purytańska poprawność też była wymogiem środowiskowym. Dla kogo są nawzajem przeznaczeni, wiedzieli od razu, ale problem tkwił w tytule ich ulubionej powieści Cronina – Klucze Królestwa. Dla młodych ludzi królestwem było wtedy własne mieszkanie. Decyzja o ślubie zapadła więc dość szybko, ale wykonawstwo było o wiele trudniejsze, niż w STOKBECIE. Znakiem Wrześni tamtych czasów był ogromny głód mieszkaniowy, a z wnioskiem o przydział najmarniejszego choćby kąta mogły występować tylko małżeństwa. Tworzyło to układ zwany potocznie błędnym kołem, które miało jeszcze swoją kwadraturę. ZOFIA mieszkała z właścicielką w pokoju z kuchnią i nie było nawet ubikacji, która znajdowała się na schodach. Nie było jednak innego wyjścia. Wystąpiły tylko typowe wtedy trudności z koordynacją i najpierw odbył się ślub cywilny, dający formalne uprawnienia. Miał on miejsce 27 czerwca 1953, a HELENA BORYSIAKOWA była jednym ze świadków. Ślub kościelny odbył się 4 października i wtedy było to już pełnoprawne małżeństwo, tyle że mieszkające w kuchni. Była więc to prawdziwa próba uczuć, gdyż występowały też kłopoty z opałem i w takiej kuchni wszystko może wystygnąć. Dok. nastąpi. Stańczyk
|
|
|||
|
Nie możesz komentować!




