skąd
dokąd
 

Nauczyli się żyć, ze straszną chorobą

W jednym momencie świat zawalił mu się pod nogami. Nie zwątpił, bo miał żonę.Poznali się na andrzejkach w Sobiesierniach. On podjechał pod klub swoją SHL-ką. Pracował w Czerniejewie, w masarni. Wszedł do środka, a tu cztery dziewczyny. Wśród nich była Basia. Wypili kawę, potem ją odprowadził. Po roku znajomości powiedzieli sobie sakramentalne „tak”. Z myślą o dzieciach – Agnieszce i Małgorzacie – kupili samochód. „Maluszka”, a jakżeby inaczej. Mieli wszystko, czego oczekiwali od życia – przynajmniej tak im się wdawało.

Zbigniew Szczygielski nigdy nie narzekał na zdrowie. Tym bardziej zaskoczyły go problemy ze wzrokiem. Początkowo, nie mogąc przeczytać gazety, narzekał na słabą żarówkę w pokoju. Ale słabły też nogi. Myślał, że płytki są nierówno położone. Odwrócił się więc i przetarł ręką podłogę. Była równa. Uznał więc, że drewniaki, w których chodzi, są spaczone. Ale wytłumaczenia dla zachwiania równowagi już nie znalazł. Trafił do szpitala. Przeszedł punkcję. W 1983 r. usłyszał diagnozę: stwardnienie rozsiane.
– Ja zupełnie nie wiedziałem, co to jest. Wydawało mi się, że to choroba jak każda inna. Mówię: „Miesiąc, dwa i będę zdrowy” – wspomina. Miał wtedy 31 lat. Rozpoczął kurację sterydami. Obrazuje, że czuł się jak przygasająca żarówka. Był coraz słabszy, miał coraz mniej ochoty do życia.
– Pamiętam jak po drugiej punkcji przyjechałem autobusem z Poznania. To było pod koniec sierpnia 1984. Niby się dobrze czułem, ale w Gulczewie zasłabłem. Nie mogłem iść. Siadłem w zbożu, żeby mnie nikt nie widział, bo jeszcze by pomyślał, że pijany czy co. Odpocząłem chwilę. W końcu wstałem. Jak Basia zobaczyła mnie takiego słabego, to obłapała mnie wpół w drzwiach – wspomina wyraźnie wzruszony. Chcąc nie chcąc, musiał korzystać z kul. Ale z czasem je porzucił. Słabły też ręce. W domu jeszcze jakoś dawał sobie radę – chodził na kolanach, wspierał się o ściany, meble. O wyjściu gdziekolwiek nie było już mowy.
– Jeszcze w 1989 r., jak pierwsza córka miała komunię, chodziłem o kulach, ale już na komunii drugiej siedziałem w wózku. Dzieci praktycznie nie pamiętają, jak chodziłem – stwierdza.
Barbara Szczygielska była w szoku, gdy usłyszała o chorobie męża. Niewiele o niej wiedziała. Właściwie nic – tyle tylko, że jest nieuleczalna. Nie przypuszczała, jak wiele obowiązków na nią spadnie. Bo czas, zamiast dzieciom, poświęcała Zbyszkowi.
– Wszystkiego musiałam sobie odmawiać – czy wycieczki, czy zabawy. Nigdzie nie mogłam wyjść. Czułam ból, bo człowiek był jeszcze młody. Ale wiem, że podobny ból czuły nasze dzieci – nie ma wątpliwości.
Młodsza córka Agnieszka ma dziś 28 lat. Małgorzata jest o dwa lata starsza.
– Inne dzieci ze szkoły odbierali rodzice, chodzili z nimi na plac zabaw i na lody. Ale my wiedziałyśmy, że nasz tata nie może chodzić, że cierpi. Wynagradzał nam to miłością i dobrocią. Dzięki temu nie czułyśmy, że mamy gorsze dzieciństwo niż nasi rówieśnicy – mówi Agnieszka.
Pan Zbigniew nigdy nie dawał córkom do zrozumienia, że jest z nim źle i że już nigdy nie będzie dobrze. Rozumieli się, szanowali, kochali. Stanowili rodzinę.
– Ja się uczyłem żyć z tą chorobą. Musiałem – podkreśla. Nie byłoby to możliwe bez wsparcia żony.
– Wszystko zawdzięczam mojej Basi. Dosłownie wszystko. To kobieta-anioł. Jak trzeba było wymalować mieszkanie, to wymalowała, jak wymienić żyrandol, to wymieniła, jak naprawić żelazko, to naprawiła. Jak to się mówi – druga Kwiatkowska. Chodzi nade mną w dzień i w nocy. Dzięki niej i dzięki dzieciom wiem, że żyję, że jestem potrzebny – podkreśla wyraźnie zadowolony.
Życie pani Barbary zmieniło się po tym, jak mąż przestał chodzić. Wiedziała, że przez resztę życia będzie przykuty do łóżka. Wiedziała też, że nikt i nic tego nie zmieni. Medycyna w takich przypadkach jest bezradna. Mimo wszystko, obowiązki domowe próbowała łączyć z pracą zawodową.
– Robiłam w zlewni mleka w Grzybowie. To była praca na 3, 4 godziny. Zostawiałam męża i jechałam. Podawałam mu kaczora. A ile z tym było męczarni – opowiada.
– Żona kładła mi tego kaczora z boku, ale często się zsuwał. Czułem, że popuszczam mocz, ale mogłem nic zrobić. Długo by opowiadać. A żeby to tylko mocz. To jest wyższa szkoła jazdy – dodaje pan Zbigniew.
Sprawność fizyczną próbuje odzyskać na zajęciach rehabilitacyjnych we wrzesińskim szpitalu. W 6-tygodniowych turnusach uczestniczy od 2004 r. Szczególnie chwali sobie personel medyczny.
– Tam można siedzieć cały rok i krzywdy by nie było. Pielęgniarki służą pomocą w dzień i w nocy. Przyjdą, porozmawiają, nakarmią, a jak potrzeba, to podrapią po nosie. Zawsze są wesołe, uśmiechnięte. Nigdy nie odmówią – komplementuje obsługę. – A ile razy przyjdzie prezes Przybylski. Zagada: „Jak się panowie czujecie, czy czegoś potrzebujecie?”. Człowiekowi aż robi się miło.
Turnus można odbyć tylko raz w roku. To czas odpoczynku dla pani Barbary.
– Nie muszę się spieszyć, patrzeć na zegarek. I mam czas dla siebie – wyjaśnia.
Przeszło rok temu Szczygielscy przeprowadzili się z Sobiesierni do Wrześni. Za pieniądze ze sprzedaży domu kupili mieszkanie w bloku. Resztę dali dzieciom. Zgodnie twierdzą, że to była jedna z lepszych inwestycji ich życia.
– Córy wyszły za mąż i poszły na swoje. Dom na wsi jest fajny, ale dla młodych i sprawnych. W bloku nie musimy palić w piecu, nie musimy się o nic martwić – twierdzi pan Zbigniew. Nie wyobraża sobie życia bez radia i jego ulubionej „Jedynki”. Mógłby jej słuchać 24 godziny na dobę.
Nadchodzące święta rodzina spędzi razem. Tak jest co roku. Przyjadą dzieci i wnuczka. Druga przyjdzie na świat w styczniu.
– Może to zabrzmi dziwnie, ale jestem szczęśliwy. Nie mam do nikogo pretensji, że choruję. Tylko prosić Boga, żeby nie było gorzej. Cieszę się, że mam taką żonę. Ile razy próbuję ją pocieszyć: „Wiesz, Basiu, mam 58 lat. Do setki zostało już tylko 42. Zobaczymy, co będzie dalej” – mówi rozweselony.
– Któregoś razu byłam na komisji. Pani orzecznik mówi, że mnie podziwia, że ona by chyba nie wytrzymała. Rozpłakałam się. Powiedziałam, że nauczyłam się żyć z tą chorobą. Gdyby to spadło na mnie nagle, to pewnie by bolało, a że stopniowo, to tak tego nie odczułam. Cieszyć się z tego, co jest. I byle nie było gorzej – kwituje pani Barbara.
TOS
t.szternel@wrzesnia.info.pl

 


     

 
Opublikował: Filip Biernat , 2009.12.23   |  Oceny  

 


Nie możesz komentować!