Zastraszyli go i zaczął donosić. Spowiedź tajnego współpracownika

Były działacz Solidarności z Tonsilu przyznał się do współpracy z SB. Opowiada o tym o kim i w jaki sposób - jako TW Danek - przekazywał informacje bezpiece.

historia 14:13 28-06-20190 1

ARTYKUŁ ARCHIWALNY (ukazał się w „WW” 11 marca 2016 r.)

„WW”: W jaki sposób zwerbowała pana Służba Bezpieczeństwa?

TW DANEK: To był czerwiec 1985 roku. Coś dziwnego działo się w naszym biurze. Pewnego dnia wiara mówi: „Ktoś nam szperał po szafkach”, no bo mieliśmy przecież bibułę. Zrobił się popłoch. Zaproponowałem, że wywiozę to do rodziny, która mieszka w okolicach Witkowa. Pewnego dnia pojechałem w tamtą okolicę, minąłem swoją rodzinną wieś, ponieważ chciałem odwiedzić groby. W drodze powrotnej zostałem zatrzymany przez radiowóz milicyjny do kontroli. To było trzech milicjantów prawdopodobnie ze Słupcy. Bibułę miałem na tylnym siedzeniu malucha, przykrytą kocem. Musieli ją dostrzec. Wyrzucili wszystkich z samochodu i zabrali mi to. Ale puścili mnie. W pracy powiedziałem, że złapali mnie, mówiłem to w szczególności Romualdowi Bednarkowi. Wszyscy zareagowali machnięciem ręki. W połowie lipca dostałem jednak telefon, że mam stawić się do Służby Bezpieczeństwa. Wpuścili mnie do biura, po jakimś czasie przyszedł pan Chmielewski. Zaczął coś tam grzebać przy biurku, następnie przyszedł drugi – nie znałem go – i wyszli razem. Potem wrócił Chmielewski i powiedział: „Mamy z panem problem. Wie pan, co się stało?”. „Chyba, przypuszczam”, odpowiedziałem. „Chcę, żeby pan zaczął z nami współpracować”. „Jak współpracować, na czym to polega?”. „Zdecyduje się pan czy nie?”. „Nie” – odpowiedziałem. „Spotkamy się za cztery dni” – dodał Chmielewski. Po czterech dniach znowu telefon do pracy, że mam przyjść. Powiedział mi krótko: „Albo podpisujesz, albo wylatujesz z pracy, a może nawet coś więcej”. Wziął mnie do innego pokoju i kazał podpisać zobowiązanie do współpracy. Kryptonim „Danek” to on mi nadał.

Jakich informacji chcieli od pana?

Chmielewski powiedział do mnie tak: „Chcę od ciebie krótkie informacje, 3-4 punkty: co się mówi, kto mówi, o czym się dyskutuje”. Głównie chodziło o Bednarka, ale to był też taki problem, że do naszego biura wszyscy przychodzili: Koralewski, Czesiu Łabędzki, Bogdan Narożny, i żeby nie słyszeć tego, co mówią, to wychodziłem na produkcję, ponieważ mieliśmy tam urządzenia, które dla nich zrobiliśmy. Niby żeby je pooglądać. Przyjąłem zasadę taką: kupowałem gazetę i ją przepisywałem – o mistrzostwach świata w piłce nożnej czy jakimś wypadku lotniczym, że niby się o tym dyskutuje. Jak najmniej, żeby komuś nie zaszkodzić. To pisałem na kartce i zanosiłem Chmielewskiemu. Spotykaliśmy się za amfiteatrem albo na terenie niezabudowanym, na którym znajduje się obecnie osiedle Kościuszki. Pamiętam ciągłe pytania o to, co robi Bednarek. A więc mu odpowiedziałem: „Robi takie rzeczy w zakładzie, które nikt nie potrafi zrobić, konstruuje maszyny i nie ma takiego drugiego”. Pytam się mu: „Czy mam to nadal ciągnąć?”. „Oczywiście, niech pan nie próbuje zrywać współpracy” – ostrzegał mnie.

Jaka była wówczas pana sytuacja rodzinna?

Wiedzieli o mnie wszystko. Moja żona była na urlopie bezpłatnym, ponieważ wychowywała dzieci. Byłem jedynym żywicielem rodziny. To był 1985 rok i już zaczynały się problemy w Tonsilu. Musiałem mieć tę pracę. Ponadto syn przewlekle chorował na astmę. Bywało, że kilka razy w tygodniu musiałem z nim jechać na inhalację do Poznania. Poza tym mieliśmy ciągłe wyjazdy do sanatoriów dziecięcych, m.in. Rabki. To był ciężki okres w moim życiu.

Próbował pan tę współpracę zerwać?

Zaczęło mnie to wszystko strasznie denerwować. Byłem bliski popełnienia samobójstwa. W warsztacie miałem uszykowaną siłę, otwarte kable – i zastanawiałem się nad tym wszystkim, bo nie potrafiłem tego zdzierżyć. Ale jakoś się przemogłem. Później wpadłem na pomysł, aby zachorować. Pobolewała mnie wątroba, więc zgłosiłem się do znajomego lekarza w Witkowie. Położył mnie w szpitalu w Gnieźnie, zrobił mi operację i okazało się, że oczywiście nie było żadnych kamieni. Leżałem dosyć długo, byłem sześć miesięcy na zwolnieniu lekarskim – i tak mi zleciał cały 1986 rok. W 1987 lekarz z Tonsilu zaproponował mi, aby jechać do sanatorium. I pojechałem, żeby z SB nie mieć kontaktu. Niestety nic to nie dało. Chmielewski odezwał się do mnie i kontakty trwały do końca 1988 roku.

Był pan aktywnym członkiem Solidarności?

Oczywiście, byłem w niej od początku. Ale nie pierwszoplanową postacią. Widziałem, jak się rodził ten związek, ale robiłem wszystko, żeby nikomu nie zaszkodzić. Byłem u Romana tuż przed jego śmiercią. Myślałem, że mu to wszystko powiem, ale za dużo było ludzi wokół niego i nie chciałem, aby to słyszeli. Z drugiej strony pomyślałem, że taka informacja mogłaby pogorszyć jego stan zdrowia. Ostatecznie nic mu nie powiedziałem. Dlatego teraz chcę wszystkich za to przeprosić. Wszystkim moim kolegom już powiedziałem, że współpracowałem z SB.

Czy bezpieka chciała od pana informacje również wtedy, gdy formalnie Solidarność zaczęła wracać do Tonsilu?

Minęło już 31 lat i w tej chwili nie pamiętam, co dokładnie pisałem. Na pewno Chmielewski był wybitnie nastawiony na Bednarka. Zawsze stawiałem go w dobrym świetle. Pisałem jakieś głupoty z gazet, naprawdę nie chciałem mu zaszkodzić.

Powiedział pan o tym rodzinie: żonie, dzieciom?

Powiedziałem żonie. Opier...ła mnie. Dzieciom nic nie powiedziałem, chociaż dopytują, co stało się tego feralnego dnia w czerwcu 1985 roku. Pewnie się domyślają.

Czy Bogdan Narożny panu wybaczył?

Tak, rozmawiałem z nim przez godzinę. Wybaczył mi, dobrze się znamy, bo pracowaliśmy w jednym biurze, zanim odszedł do Stokbetu. Nie miałem żadnego doświadczenia, nikt mi przecież nie podpowiedział, jak zachować się podczas zatrzymania czy w czasie przesłuchania. Wówczas takie rzeczy wiedzieli tylko tacy weterani, jak Bogdan Narożny.

Rozmawiał Filip Biernat

O komentarz do rozmowy z TW Dankiem poprosiliśmy byłego funkcjonariusza SB, wówczas mł. chor. Jana Chmielewskiego:

– We Wrześni pracowałem od 1984 i wiele spraw przejąłem po starszych kolegach. Zresztą Tonsil był niewdzięcznym tematem, bo wszyscy wiedzieli, że tutaj skupia się opozycja i trzeba po prostu pracować. Z kolei temat pana Bednarka ciągnął się od 1980 roku. Przełożeni naciskali na mnie, aby rozpracowanie kontynuować, dlatego były zapotrzebowania, aby byli jacyś TW. Dlatego przeprowadzałem te rozmowy, ale miały one charakter koleżeński. Nie pamiętam tego pana, to tak dawno było (TW Danek – przyp. red.). Informacje, które pozyskiwałem od osobowych źródeł informacji, były warte tyle, co nic. Dosłownie zero. To była druga połowa lata 80. i powiem panu, że wtedy już nic się specjalnie nie działo. To było wszystko pro forma, aby utrzymać te źródła informacji, które mieliśmy w Tonsilu. Owszem były ulotki, pojawiał się „Obserwator Wielkopolski”, ale Solidarność była tylko jedną ze spraw, którą prowadziliśmy. Przede wszystkim interesowały nas sprawy gospodarcze: nadużycia, różne afery – jak choćby ta ze złotem – wyjazdy zagraniczne, zakupy maszyn, etc.

– Z postury jestem człowiekiem niewysokim, na pewno nie wyglądam jak Pudzianowski. Jestem sympatyczny i grzeczny. Rozmowa z takim człowiekiem jak ja nie powodowała u nikogo stresu. Nikogo nie zastraszałem. Gwarantowałem dyskrecję i w pewnym sensie starałem się, aby informatorom nic się nie stało. A wypisywali mi takie banialuki, to później Poznań dziwił się, że mam tylu TW, a informacji wiążących naprawdę niewiele. Dlatego zapewniam pana, że na podstawie tych informacji nikomu nie stała się krzywda.

FIB

Thumb tem podsumowanie dai

Damian Idzikowski

14:13 28-06-2019