Wywiad z Arturem Gadowskim oraz więcej materiałów z koncertu IRY we Wrześni

Ponad 500 czytelników Wrzesnia.info.pl – czyli około połowy respondentów – uznało, że to IRA dała najlepszy koncert w czasie Wrzesińskiego Weekendu Muzycznego.

kultura 22:00 10-05-20190 0

Weterani polskiego rocka są obecni na estradzie już ponad 30 lat, a na ich koncertach bawią się ramię w ramię co najmniej trzy pokolenia. Oprócz Artura Gadowskiego, współzałożyciela zespołu, jego frontmana i wokalisty, w obecnym składzie IRY znajdują się: Piotr Sujka (bas), Wojciech Owczarek (perkusja), Sebastian Piekarek (gitara elektryczna) oraz Piotr Konca (gitara elektryczna). Muzycy mogą pochwalić się prężnie działającym fanklubem – ich miłośnicy pojawili się na płycie rynku już na kilka godzin przed rozpoczęciem koncertu.

– Ja przyjechałam z Gniezna, ale jesteśmy z różnych miejscowości: ze Swarzędza, spod Poznania, spod Leszna, z Rawicza. Nawet trudno mi policzyć, który to już mój koncert IRY. Czekam mniej więcej od 15.00. Jak się jest fanem, to warto. Nie liczy się czasu, nie czuje się zmęczenia. Tworzymy fajną grupę, to nas bardzo zbliża. To są sympatyczne momenty. Oprócz tego, że spotykamy się z zespołem, to spotykamy się też ze sobą – opowiadała Danuta, która zajęła miejsce tuż przy barierkach.

Drugą fotorelację z koncertu IRY, autorstwa Tomasza Wiatra, znajdziecie tutaj.

Choć IRA była w trasie i już w nocy ruszała do Wrocławia, udało nam się porozmawiać z liderem zespołu, Arturem Gadowskim.

Artur Gadowski

„WW”: W czasie koncertu odniosłam wrażenie, że naprawdę dobrze się pan bawił.

ARTUR GADOWSKI: – Tak, bardzo dobrze, było miło. Publiczność też była zadowolona, więc to była dobra zabawa.

A coś więcej? Spodobało się panu we Wrześni?

Nie miałem szans zobaczyć miasta, nie miałem czasu na zwiedzanie. To, co widziałem, podobało mi się – ale widziałem tylko hotel i miejsce koncertu. Natomiast koncert był fajny, fajna publiczność, która dobrze odbierała nasz występ. Wspólnie śpiewaliśmy piosenki i to było super.

Zauważyłam też, że w czasie występu IRY pod sceną bawił się Dawid Kwiatkowski.

Tak, też to zauważyłem.

Jakie to było uczucie zobaczyć, że ktoś prezentujący zupełnie inne klimaty muzyczne, także popularny, jest fanem IRY?

To jest zawsze miłe. Dawid Kwiatkowski to bardzo młody człowiek, młodszy nawet od moich dzieci. Znamy się już jakiś czas, bardzo go lubię, doceniam to, co robi. Ten klimat muzyczny nie jest znowu aż tak odległy od tego, co my robimy. Wiem, że Dawid lubi nasze piosenki – nie wszystkie, ale niektóre – i znalazł się pod sceną, bo akurat graliśmy „Ona jest ze snu”. To jego ulubiony spośród naszych utworów. I to było takie naturalne, zwyczajne, normalne. Ale oczywiście jest bardzo miłe dla artysty, kiedy widzi, jak inny artysta docenia jego twórczość.

Dawid Kwiatkowski bawił się pod sceną w czasie występu starszych kolegów po fachu

Dawid Kwiatkowski jest bardzo młody, z kolei panowie są weteranami polskiej sceny. Całkiem niedawno IRZE stuknęła trzydziestka. Czy obchody tej rocznicy przebiły 15-lecie, które często wspominał pan jako bardzo udane?

Nie obchodziliśmy tego 30-lecia hucznie, nie było jakiegoś jednego wydarzenia, żeby to celebrować. Po prostu postanowiliśmy, że zagramy szereg koncertów, na których będzie pojawiać się program złożony z piosenek, które przez tych 30 lat napisaliśmy. I pojawiły się, począwszy od naszej pierwszej, najstarszej piosenki „Zostań tu”, a skończywszy na utworze „Wybacz” z naszej ostatniej płyty. Te koncerty graliśmy w całym kraju, to była dosyć długa trasa. Byliśmy w wielu miejscach, każdy koncert składał się dokładnie z 24 piosenek – to bardzo dużo. Można by zapytać, dlaczego nie z 30, skoro 30-lecie, ale to już by było za dużo. Graliśmy więc taki materiał przekrojowy, wspominając muzycznie swoje 30 lat na estradzie.

Nie wiem, czy pan pamięta, ale Września znalazła się na tej trasie.

Tak, oczywiście.

Tak wyglądał poprzedni koncert IRY we Wrześni.

To był koncert we Wrzesińskim Ośrodku Kultury – w porównaniu z płytą rynku to dość kameralne miejsce. Która formuła jest panu bliższa? Granie dla mniejszej publiki czy dla tej ogromnej, którą trudno objąć wzrokiem?

To są dwie skrajnie różne sytuacje. Publiczność na rynku to jest w 98 procentach publiczność przypadkowa. To są ludzie, którzy po prostu przyszli na występ, bo on jest. Jest za darmo, w ramach fetowania jakiegoś wydarzenia, święta. Gra się zupełnie inaczej – inny materiał. Trzeba zagrać piosenki takie, które mogą rozpoznać nawet przypadkowi słuchacze, bo kojarzą je np. z radia. Jako że gramy już 30 lat, jest nam łatwiej. Wydaliśmy 11 płyt, z każdej można wziąć jednego singla, a 11 utworów to już prawie cały koncert. Jest więc szansa, że ludzie znają te utwory i dużo łatwiej jest rozkręcić imprezę, zainteresować tę publiczność, która w dużym stopniu jest przypadkowa. Natomiast mniejsze koncerty, w salach zamkniętych, są biletowane, czyli przychodzi publika, która chce posłuchać konkretnie zespołu IRA. I niekoniecznie tylko piosenek, które były singlami. Chcą usłyszeć utwory, które nie były prezentowane w radiu, ale które pamiętają z naszych koncertów. I wtedy program wygląda zupełnie inaczej.

Na koncertach zespołowi towarzyszą wierne fanki (oraz fani)

W takim razie na pewno ucieszy pana wiadomość, że kiedy zrobiliśmy na portalu Wrzesnia.info.pl ankietę z pytaniem, który koncert Wrzesińskiego Weekendu Muzycznego był najbardziej udany, to najwięcej głosów dostała IRA.

Tak, to bardzo miłe! 

I kiedy zajrzałam na płytę rynku przed koncertem, to też byli tam fani IRY. Czekali wiele godzin, zajmowali najlepsze miejsca.

Też to widziałem, już w czasie prób.

Niektórzy na koncert idoli czekali wiele godzin

Chciałabym też wrócić do bardziej historycznych koncertów. Kiedyś zagrali panowie przed Aerosmith.

To było dla nas ogromne wydarzenie. To był koncert w Warszawie, na Stadionie Gwardii, w maju 1994 roku. Pierwszy taki duży koncert stadionowy i właściwie pierwszy taki support. Nigdy wcześniej nie supportowaliśmy nikogo, a zaproponowano nam, byśmy supportowali zespół Aerosmith – to było wielkie szczęście. Zapowiedziano nam, że absolutnie ich nie poznamy, nie będziemy mogli nawet zrobić sobie zdjęć, więc mówiliśmy: no tak, trudno, wielka gwiazda, nie ma się co dziwić. A okazało się, że było inaczej. Steven Tyler okazał się bardzo fajnym, przyjaznym, zwyczajnym człowiekiem, mimo że niewątpliwie jest wielką gwiazdą. Zaprosił nas do klubu Ground Zero, gdzie zespół miał wieczorem zrelaksować się przed koncertem. Siedzieliśmy razem w klubie, dużo rozmawialiśmy o muzyce, o różnych rzeczach. Interesowało go wszystko, co wiązało się wtedy z muzyką w Polsce – jak wyglądają studia nagraniowe, trasy. Porównywaliśmy to z tym, co jest na świecie. Fantastyczne spotkanie, ekstraprzeżycie. Następnego dnia koncert, wiadomo, musieliśmy dać z siebie wszystko. Byliśmy bardzo przestraszeni, stremowani, bo publiczność, wiele tysięcy osób, które były na stadionie, nie przyszły wysłuchać zespołu IRA, tylko zespołu Aerosmith. Liczyliśmy się z tym, że nie będziemy zbyt dobrze odebrani, ale okazało się, że było fajnie, publika dobrze nas przyjęła. Potem wysłuchaliśmy koncertu Aerosmith... Duże przeżycie! Supportowaliśmy jeszcze później kilka gwiazd światowego formatu – mamy fantastyczne wspomnienia z zespołem Def Leppard, z którym zagraliśmy nawet dwa koncerty. To bardzo mili ludzie, bardzo fajni, też bardzo normalni. Supportowaliśmy też Briana Maya, zespół Queen, dwukrotnie Joe Cockera, zespół Bon Jovi. Było tego troszkę.

Prawdziwa rockowa śmietanka. A czy jest ktoś, z kim chciałby pan zagrać wspólny koncert w przyszłości?

Szczerze mówiąc, nie myślę o takich rzeczach. Nie zastanawiałem się nad tym, z kim chciałbym zagrać. Jest mi dobrze tak, jak jest. Jeżeli dostaniemy propozycję zagrania koncertu z jakąś gwiazdą, to czemu nie – zagramy. Natomiast ja sam o tym nie myślę.

IRA w komplecie

A może jest jakiś młody zespół, który chętnie by pan widział jako support IRY?

Support to jest niewdzięczne zadanie. Nie można zagrać na pełnej mocy, nie można zagrać przy pełnych światłach. Gra się nie dla swojej publiczności. Oczywiście ludzie promują się w ten sposób, natomiast ja nie zaproponowałbym tego żadnej młodej kapeli. Bo oczywiście jeśli nasza publiczność przyjmie support dobrze, to będzie fajnie, ale zawsze jest ryzyko, że publiczność nie będzie zainteresowana, będzie czekać na główną gwiazdę. Dlatego nikomu tego nie proponuję. Czasami ludzie proszą o to, żeby mogli nas supportować. Jeżeli mamy na to wpływ, to się zgadzamy. Często jest tak, że w miejscach, w których gramy, występują przed nami zespoły, które są związane z agencją, która organizuje ten koncert albo z salą, w której się on odbywa. To się zdarza. Ale te propozycje nie wychodzą od nas.

Pozostając w temacie młodych zespołów. Pod koniec 2018 roku ukazała się książka „IRA. Bo jest paru ludzi”. Opowiadali w niej panowie m.in. o tym, jak wyglądały początki rocka w Polsce, o tym, że z pierwszych koncertów ledwo dało się wyżyć. Czy dużo się zmieniło w tej kwestii?

Zmieniło się. Natomiast to nie tak, że jest to jakaś ogromna zmiana. My gramy bardzo dużo, około stu koncertów w roku, co sprawia, że nie mamy czasu na żadne zajęcia poza zespołem. Ale ta liczba koncertów powoduje też, że możemy zarobić wystarczającą ilość pieniędzy, żeby utrzymać rodzinę, płacić rachunki, spłacać kredyty – normalnie żyć. Nie są to jednak takie pieniądze, jakie zarabiają na świecie artyści, którzy mają taki status jak my w Polsce. Cały czas jest przepaść między zarobkami artystów w Polsce i na świecie. A jeśli chodzi o muzyków początkujących, bo takich również znam doskonale, to pieniądze, które zarabiają w czasie występów, są bardzo małe. Między innymi moja córka, 22-letnia Zuzanna, zaczyna swoją drogę artystyczną. Gra koncerty – czasem z zespołem, czasem sama, czasem w duecie, czasem w trio. I widzę, jakie pieniądze zarabia. Czasem wydaje mi się, że ludzie, którzy organizują koncerty, mogliby młodym ludziom nie proponować nic, zamiast proponować tak żenujące kwoty. Bycie muzykiem to nie jest tylko to półtorej godziny na estradzie. To są lata pracy, przygotowań. To jest czas, który poświęca się na naukę gry na instrumencie, naukę śpiewu. Ciągłe ćwiczenie, doskonalenie swojego warsztatu. Inwestowanie w siebie, w instrumentarium, sprzęt i tak dalej. I jeżeli potem artysta ma za występ proponowaną kwotę 300 złotych, to sorry, to jest po prostu żenujące.

Sebastian Piekarek i Piotr Konca

Czy to znaczy, że odradzał pan córce taką drogę?

Nie, nie odradzałem, ponieważ moi rodzice odradzali mnie, kiedy byłem jeszcze młodszy od niej – i jak pani widzi, nieskutecznie (śmiech). Zuzanna, mając 8 lat, zakomunikowała, że chce pójść do szkoły muzycznej i że będzie grała na skrzypcach. No i tak się stało. To, co robi dzisiaj, jest po prostu konsekwencją wyboru, którego dokonała, mając 8 lat. Oczywiście oprócz tego, że koncertuje i pisze piosenki, studiuje, ale nagrała debiutancką płytę, która być może ukaże się już jesienią tego roku. To jest konsekwencja tego, co kiedyś wymyśliła. W wieku 22 lat debiutuje zawodowo i próbuje zarabiać na życie muzyką – i nie jest jej w naszym kraju łatwo. Show biznes nie wygląda tak, jak go pokazuje telewizja. To nie „Must Be The Music” ani „Voice of Poland”. To granie w klubach, jeżdżenie, borykanie się z różnymi problemami.

To skąd pan bierze siłę na tych sto koncertów rocznie? Przecież to jest bardzo ciężka praca.

To jest ciężka praca, oczywiście. Natomiast to wszystko mi rekompensuje publiczność, która do nas przychodzi, dla której gramy. Pozwala mi się naładować energią fakt, że często widzę fanów, którzy jeżdżą za nami, są na wielu koncertach. Którzy niemalże całą Polskę przejeżdżają wzdłuż i wszerz. Oni dają mi energię, dają takiego kopa, że człowiekowi się chce pomimo tych już ponad 50 lat na karku. Człowiek wychodzi na estradę i ma wrażenie, że wszystko jest jak tych 30 lat temu. To dla nich.

Piotr Sujka

Dużo pan mówi o pozytywnej energii, a przecież nazwa IRA oznacza gniew.

Ten gniew oczywiście jest. On ewoluował, z wiekiem się zmienia, bo człowiek jest na co innego wkurzony, kiedy ma 20 lat i kiedy ma 50. Gniew jest, ale nie chodzi o to, że gniewamy się na siebie nawzajem, tylko że zauważamy pewne złe rzeczy. Piszemy o nich piosenki zresztą.

A co dzisiaj najbardziej gniewa Artura Gadowskiego?

Politycy. Polityka.

Czy jest przed tym jakaś ucieczka?

No właśnie nie ma ucieczki, bo to są ludzie, którzy wpływają na nasze życie. Na naszą przyszłość. Przyszłość naszych dzieci, naszych wnuków. Czasami widzimy głupotę, krótkowzroczność polityków i to jest przerażające.

Czyli nazwa IRA okazała się bardziej trafna niż Landrynki dla Dziewczynki? [Tak nazywał się zespół, w którym A. Gadowski grał, kiedy wypatrzył go Kuba Płucisz, dzięki czemu powstała IRA – przyp. red.].

No tak. Bo kolega „Landryn” zniknął z Landrynek i dziś Bóg wie, co się z nim dzieje. Ja nie wiem, nie mam pojęcia.

Wróćmy jeszcze do repertuaru. We Wrześni zagrali panowie m.in. Nirvanę. Często bawią się panowie w ten sposób. Skąd ten pomysł?

Tak jest od zawsze. Od początku zespołu IRA zawsze wplataliśmy w swój program jakieś covery. A to piosenki Beatlesów, kiedyś graliśmy AC/DC, pojawiały się jakieś utwory zespołu KISS. Ja mówię, że są takie piosenki, które tak się nam podobają, że żałujemy, że to nie my je napisaliśmy. Wtedy bierzemy taki utwór, przygotowujemy swoją wersję koncertową i gramy.

Wojciech Owczarek

A czy jest jakiś utwór IRY, z którego jest pan tak dumny, że uważa pan, że to inne zespoły mogłyby go zazdrościć?

Nie wiem. Nie mam pojęcia, czy mamy jakąś taką piosenkę. Niektóre nasze piosenki bardzo lubię, a tych, których nie lubię, po prostu nie śpiewam. Nie gramy ich na koncertach.

Czyli jest to jakaś wskazówka.

No, to nie miałoby sensu, gdybyśmy wychodzili na scenę i grali utwory, które nie sprawiają nam przyjemności. To na pewno nie sprawiałoby przyjemności słuchaczom – zawsze wychodziliśmy z takiego założenia. Czasem kiedy nagrywamy płytę, wydaje się, że powstało coś fajnego, ale to potem nie wytrzymuje próby czasu i wszyscy mówimy: „Ee, nie, ten numer jest jednak słaby, to nie jest fajna piosenka, nie wychodzi dobrze na koncertach”. I wtedy przestajemy taki utwór grać. Gramy to, co sami lubimy i myślę, że w tym tkwi cała tajemnica dobrej zabawy. Nam się dobrze gra, utwory są dobrze odbierane przez publiczność, publiczność śpiewa razem z nami. Czego chcieć więcej?

Jakie ma pan plany na przyszłość? Bliższą, a może dalszą? Czego mogą się spodziewać fani IRY, fani Artura Gadowskiego?

Na razie już od półtora roku pracujemy nad nową płytą, powstają nowe piosenki. Piszemy teksty, piszemy muzykę. Tych utworów musi powstać więcej, niż znajdzie się na płycie – zawsze trzeba coś odrzucić i najlepiej jest, jak ma się co odrzucić. Cały czas zbieramy pomysły. Część już nagraliśmy. Na czysto, że tak powiem, powstała już połowa płyty – tego raczej nie będziemy już zmieniać. Natomiast pracujemy nad dalszymi utworami i tak pewnie będzie do jesieni. Oczywiście jeżeli czas nam pozwoli, bo jak wspominałem, koncertów jest dużo, zwłaszcza przez ten sezon wakacyjny, który trwa w zasadzie do końca września. Wtedy jesteśmy głównie w podróży, więc nie ma czasu na pracę w studiu i nagrywanie. Ale możemy robić notatki, nagrywać na szybko jakieś demówki. W ten sposób pracujemy nad nową płytą, na tym się teraz koncentrujemy.

Inne kapele mogą IRZE pozazdrościć takich fanów

A czy jest coś, o czym pan marzy? Czego mogłabym w imieniu redakcji „Wiadomości Wrzesińskich” panu życzyć?

Żeby wszędzie była taka fajna publiczność jak we Wrześni!

Takiej publiczności więc życzę i bardzo dziękuję, że w tym zapracowanym czasie znalazł pan chwilę, żeby porozmawiać.

Dziękuję również.

Rozmawiała Anna Tess Gołębiowska

To rozszerzona wersja wywiadu, który ukazał się w numerze „Wiadomości Wrzesińskich” z 10 maja 2019.

Thumb anna tess go%c5%82embiowska fot idzikowski 1

Anna Tess Gołębiowska

22:00 10-05-2019