Wrzesiński tirowiec opowiada o swojej niebezpiecznej pracy

Wrześnianin Przemysław Kaszczyński jest kierowcą olbrzymiego tira. Przez trzy do czterech tygodni w miesiącu jeździ głównie po zaśnieżonych drogach Skandynawii. Opowiada nam o swojej niebezpiecznej pracy.

wywiad 5 miesięcy temu 1

„WW”: Kiedy zaczęła się pana przygoda z tirami?

PRZEMYSŁAW KASZCZYŃSKI: – Po liceum zacząłem jeździć busem w jednej z wrzesińskich firm. W trakcie pracy zrobiłem sobie kategorię C, czyli pierwszą zawodową. Po miesiącu od zdania egzaminu zrobiłem prawo jazdy kategorii E, czyli uprawnienia na najcięższe samochody powyżej 7,5 tony, potocznie nazywane tirami – czyli ciągniki siodłowe z naczepą.

Co pana przekonało do tego, żeby zostać w tym zawodzie?

Żona Gosia. Najpierw mówiła: „Nigdy ci nie pozwolę jeździć tirami”. Ale życie pokazało, że we Wrześni trudno było znaleźć pracę chłopakowi bez kierunkowego wykształcenia, a tylko w zawodzie kierowcy można było coś zarobić. Tym bardziej że stawki na trasy zagraniczne są nie do pogardzenia. Poza tym zawsze mnie ciągnęło do jeżdżenia, więc ten wybór był naturalny. Ta praca ma też inne zalety. Jeżeli jest się dobrze zorganizowanym, to można również trochę pozwiedzać. Wsiąść w autobus, pojechać i zobaczyć ciekawe miejsca, zabytki. Niektórzy koledzy wożą ze sobą rowery i jeżdżą sobie nimi po okolicy, w której się zatrzymali.

Oprócz uprawnień na ciągnik siodłowy trzeba mieć jakieś inne kwalifikacje, aby wykonywać ten zawód?

Samo prawo jazdy nic nie daje. Co najwyżej można się na nim przejechać z domu do kościoła. Trzeba jeszcze zrobić tzw. kurs na przewóz rzeczy – jest to osobne szkolenie, osobny egzamin. I on dopiero uprawnia do wykonywania tej pracy, a więc przewożenia ładunków w firmie transportowej.

Czy trzeba mieć predyspozycje do tego zawodu, „żyłkę kierowcy”, inne wrodzone cechy?

Na pewno trzeba mieć nerwy ze stali. Różne sytuacje zdarzają się na drogach. Tutaj nie ma świętych. To dotyczy zarówno tirowców, jak i kierowców osobówek czy pieszych, którzy wieczorem chodzą poboczem bez kamizelek odblaskowych. Nie jestem w stanie zahamować tirem na dwudziestu metrach, a czasem wystarczy sekunda, żeby doszło do tragedii. Do tej pracy trzeba mieć zdrowie, ponieważ – nie ma co się okłamywać – nie jest to zdrowy tryb życia. Każdy z nas stara się jeść o normalnych porach, ale kierowców gonią terminy. Nie każdy potrafi sobie poukładać czas, aby zjeść coś ciepłego czy ugotować posiłek po ciężkim dniu pracy. Trzeba też to lubić, bez tego nie da się wytrzymać 3-4-tygodniowej rozłąki z rodziną. Nie można się też bać, bo problemy na drodze czy w firmie są wpisane w ten zawód.

Jakim samochodem pan jeździ?

To dwuletnie volvo FH o mocy 500 KM, choć ostatnio w Danii zostało na hamowni podkręcone do ponad 600 KM. Pojazd jest „zakolcowany”, czyli przystosowany do jazdy po lodzie. Jest to już właściwie pociąg drogowy. Jego długość to 17 metrów, ma 4,20 m wysokości i 50 ton wagi. Tiry jeżdżące po Polsce mają co najwyżej 40-42 tony. Mój samochód jest przystosowany do poruszania się po drogach w Skandynawii. Ze względu na rozmiary nie jest wpuszczany do Niemiec.

Jak wygląda pana normalny dzień pracy?

Jeżdżę w Skandynawii – w Danii, Szwecji, Norwegii i czasami w Finlandii. Na południu Szwecji są fajne dwupasmowe autostrady, a czym dalej na północ, tym gorzej. Pod górkę jest już na trasie Sztokholm – Göteborg, a dalej już wąsko, dużo lasów i czyste powietrze. Strefa za kołem polarnym jest dla mnie, można powiedzieć, drugim domem. Gdy mija się znak koła polarnego, wjeżdża się do innego świata. Przy ładnej pogodzie widać wszystko po horyzont. No i wszędzie chodzą renifery, na które trzeba naprawdę uważać. W Norwegii trzeba mieć oczy dookoła głowy, bez względu na porę roku, a już szczególnie zimą nie ma żartów. Na przykład międzynarodowa droga E6 to jest autostrada, wiedzie od Oslo aż do granicy z Rosją, i niestety przypomina mi naszą starą drogę wojewódzką na Środę Wielkopolską, z dziurami i wybojami. Z tą różnicą, że jest oblodzona i pnie się po górach. W czasie burz śniegowych drogi są tam często zamykane przez norweskie służby bądź formowane są konwoje – najpierw jedzie pług, a za nim tiry i holownik. Z reguły jeżdżę z naczepą chłodnią, przewożę produkty spożywcze. Z bazy najczęściej kierują mnie do Danii, stamtąd zabieram zazwyczaj maszyny, urządzenia, które nie muszą być schładzane agregatem, i przewożę je do Norwegii. Z różnych lokalizacji w Norwegii zabieram spożywkę, którą wiozę za koło polarne. Rozładowuję to często sam, ponieważ nie muszę liczyć na innych i wtedy nie tracę zbyt dużo czasu. W drodze powrotnej na południe najczęściej wiozę rybę: łososia lub dorsza. Kierunków jest kilka: Oslo, Dania czy granica duńsko-niemiecka, której jednak nie mogę przekroczyć ze względu na specyfikę mojego samochodu. Wtedy robię przeładunek i kolejne auto wiezie to na Europę.

Kieruje pan, je i śpi w kabinie swojego tira.

Tak. Zimą nie mam z tym żadnego problemu. Niestety gorzej latem, ponieważ jestem czuły na wysokie temperatury. Trochę ratuje mnie klimatyzacja. Korzystam z fajnych strzeżonych parkingów z całym zapleczem socjalnym: łazienkami, kuchniami, pralniami. Ostatnio powstaje ich coraz więcej, zwłaszcza w Norwegii, dlatego można jakoś przetrwać te 3-4 tygodnie w trasie.

Powiedział pan, że kierowca nie powinien się bać, ale przecież kierowcom grożą nie tylko wypadki na drodze, ale też napady bandyckie. Macie jakieś zasady, jak zachowywać się w takich przypadkach?

Na pewno trzeba zachować zdrowy rozsądek. Przede wszystkim nie należy stawać, jak my to nazywamy, w „dzikusach”, a więc na jakichś zakrzaczonych i zaciemnionych zatoczkach przy drodze. Mój kolega, jeżdżąc do Hiszpanii w okolicach Malagi i Barcelony, był kilka razy okradziony. Złodzieje wpuścili mu gaz do kabiny, zabrali mu pieniądze, dokumenty i telefony, które miał przy sobie. Na szczęście ja nie miałem takich sytuacji. Choć w Norwegii jest problem w dużych miastach. Oslo, Bergen – tam zawsze znajdą się jakieś „kwiaty”, którym może nie spodobać się kierowca tira. Dlatego staram się stawać na strzeżonych, monitorowanych parkingach. Ale i to nie daje 100-proc. bezpieczeństwa. Bo na przykład innemu koledze na takim parkingu wypompowali 100 litrów paliwa z baku. Niektórzy kierowcy zabezpieczają się, tzn. spinają pasami drzwi od środka – działa to na zasadzie blokady. Niektóre marki aut mają wmontowane fabrycznie rygle w drzwiach.

Czy kierowcy tirów zabierają w trasę broń?

Nie mamy takich możliwości. W Szwajcarii i Anglii posiadanie przy sobie pałki teleskopowej do samoobrony jest karalne. Kierowca, biorąc broń do kabiny, może tylko narobić sobie kłopotów. Gdy przypływam promem do Norwegii, czekają na mnie bramki z rentgenem, policja i kontrola dokumentów. Gdy już widzimy, że ktoś obrabia nam naczepę i kradnie towar, to nikt nie ryzykuje swojego życia walką z bandytami. Trzeba jednak wezwać policję, ponieważ pojawia się problem wypłaty ubezpieczenia za utracony towar.

Nie boi się pan, że pana samochód może stać się bronią dla terrorystów, tak jak to miało miejsce w przypadku polskiego kierowcy w Berlinie?

Byłem wtedy na promie i rozmawiałem na ten temat z chłopakami, którzy znali Łukasza (Łukasza Urbana, który zginął w Berlinie – przyp. red.). Na pewno wszyscy byli tym głęboko wstrząśnięci. W Europie Zachodniej, a w szczególności w Niemczech, Holandii i Francji, jest większe ryzyko takich zdarzeń, ponieważ jest większe natężenie ruchu. Na Północy jest moim zdaniem spokojniej. Norwegia jest bardzo restrykcyjna jeżeli chodzi o politykę imigracyjną. Nieraz wjeżdżając do urzędu celnego, widzę duże grupy imigrantów, którzy zostali złapani, bo nie potrafili udowodnić swojego pobytu. Po głośnych wydarzeniach z ostatniego lata Norwegia uszczelniła także północną granicę, gdzie imigranci wjeżdżali od strony Rosji na rowerach, udając turystów rowerowych. Potem byli odsyłani rowerami z powrotem. Poza tym parkingi dla tirów w Norwegii są często kontrolowane przez ochronę lub policję.

Jak na wypadki w Berlinie zareagowała pani rodzina?

Była panika w domu. Żona zakomunikowała mi, że mam nie jeździć „na Europę”. Ale i tak tam mi się nie podoba, bo jest ciasno, duszno i nie ma normalnych miejsc do stania. Zresztą po tym, co się stało, nie mam już zaufania do Europy Zachodniej. Najgorszy jest moment samego wyjazdu z domu. Syn płacze, bo nie chce, żeby tata wyjeżdżał. A później tydzień przed samym zjazdem do domu. W trasę zabieram telefon, mam internet i przez Skype’a mogę porozmawiać z żoną albo poczytać synkowi bajki.

Rozmawiał Filip Biernat

Thumb tem podsumowanie dai

Damian Idzikowski

5 miesięcy temu 1