Trwa proces sprawcy wypadku autokaru w Czeszewie. Obrona kwestionuje ustalenia biegłego

W Sądzie Rejonowym we Wrześni w środę 26 czerwca odbyła się kolejna rozprawa w sprawie wypadku szkolnego autokaru w Czeszewie.

aktualności 15:06 26-06-20190 6

Przypomnijmy, że do zdarzenia doszło 7 listopada 2017 roku. W pojeździe było 33 uczniów szkół podstawowych oraz trzy osoby dorosłe. Kilka osób trafiło do szpitali. Więcej o zdarzeniu można przeczytać TUTAJ.

Z ustaleń biegłego wynika, że 70-letni wówczas kierowca mógł jechać z prędkością około 80 km/h, czyli o 10 km/h więcej niż mogą w miejscu wypadku jeździć autobusy. Obrona kwestionuje ustalenia biegłego i na rozprawie domagała się przeprowadzenia ponownego badania.

Podczas rozprawy na pytania sądu i obrońcy odpowiadał biegły

– Ja na podstawie tego materiału dowodowego nie widzę potrzeby przeprowadzenia takich badań, bo nawet gdyby przyjąć, że oskarżony wjeżdżał w łuk z prędkością np. 70 km/h, to w tym miejscu ta prędkość nie byłaby prędkością bezpieczną. Z uwagi na przebieg łuku i ograniczoną widoczność – stwierdził przed sądem biegły.

Sędzia Marcin Przybylski przychylił się do wniosku obrońcy i zarządził kolejne badania. Zlecone one zostaną jednej z częstochowskich firm.

Sędzia Marcin Przybylski

Poniżej publikujemy rozmowę z kierowcą autokaru, która ukazała się na łamach „Wiadomości Wrzesińskich” w grudniu 2017 roku.

„WW”: Siódmy listopada 2017 – zapamięta pan tę datę do końca życia?

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Nie ma dnia, żebym nie myślał o tym zdarzeniu. Nie mogę powiedzieć, że ten trudny czas jest już za mną, jednak cieszę się z tego, że wszystko skończyło się możliwie jak najlepiej dla dzieci.

Pamięta pan, co było tuż przed wypadkiem?

To był kurs jak każdy inny, przynajmniej na taki się zapowiadał. Tego feralnego dnia to była już moja czwarta jazda na odcinku Czeszewo – Orzechowo. Ładna pogoda, wszystko było normalnie, dopóki nie zobaczyłem jadącego z przeciwka samochodu. Wyjechał nagle zza łuku. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że to auto znalazło się w jakiejś części na moim pasie ruchu.

Wtedy pan postanowił odbić w prawo, aby uniknąć czołowego zderzenia.

To był odruch bezwarunkowy. Ucieczka przed takim zderzeniem w prawo jest lepsza niż na czołówkę. Kierowca zawsze unika czołowego zderzenia. Wcisnąłem hamulce i wszystko potoczyło się, jak potoczyło. Złapałem pobocze i ściągnęło autobus z jezdni do rowu. Uważam, że udałoby się tego uniknąć, gdyby na poboczu drogi nie było tyle ziemi. W miejscu, gdzie doszło do wypadku, jest szeroki dukt leśny. Trwało tam sprzątanie drzew po sierpniowej nawałnicy, z lasu wjeżdżał różny sprzęt. To na skutek tych prac pojawiła się wspomniana ziemia na drodze. Źle się stało, że jej nie uprzątnięto.

Kierowcy autobusu grozi do 5 lat więzienia

Co się stało z kierowcą samochodu, który zajechał panu drogę? Zatrzymał się?

Nie wiem. Nie patrzyłem w lusterka, bo nie było na to czasu. Musiałem skupić się na tym, żeby wyjść z sytuacji. Udało mi się wyprowadzić pojazd z łuku, ale zaraz po tym autobus zjechał do rowu, przewrócił się na bok. Wtedy nastąpiła gehenna. Dodam tylko, że o wspomnianym pojeździe mówiłem organom ścigania dużo wcześniej. Nie jest tak, że wymyśliłem tę historię na potrzeby rozmowy z panem, żeby się usprawiedliwiać.

Co się działo bezpośrednio po wypadku?

Na szczęście nie odniosłem obrażeń, nie straciłem przytomności. Postanowiłem działać. W autobusie, tak jak pisaliście, był hałas, płacz. Chciałem jak najszybciej wyprowadzić dzieci z autokaru. Uznałem, że w tym celu muszę wybić przednią szybę. Drzwi nie można było otworzyć, bo autokar był przewrócony na bok. Uderzałem w szybę nogami, ale początkowo nie udawało mi się jej wybić. Krótko potem pojawili się jacyś ludzie. Krzyczałem do nich, żeby znaleźli jakiś kamień i wybili nim szybę. Ale nie mogli takiego znaleźć. Ktoś próbował pukać w szybę jakąś niedużą gałęzią, to jednak nic nie dało. W końcu udało mi się zrobić w szybie mały otwór. Kopałem w nią z całych sił, w końcu zaczęły odchodzić płaty szyby. Wyszedłem z pojazdu i zacząłem odbierać dzieci. Powiedziałem im, żeby nie wychodziły na jezdnię. Kiedy już wszyscy wyszli, wszedłem do autokaru i przeszedłem się po nim, żeby zobaczyć, czy nikt w nim nie został. W międzyczasie zapytałem, czy ktoś zadzwonił po pogotowie. Usłyszałem, że tak.

Odetchnął pan z ulgą, kiedy zobaczył pan, że wszyscy są przytomni?

Tak. W myślach dziękowałem Bogu, że nikt nie zginął ani nie jest poważnie ranny. Do dziś mu dziękuję za to, że wszystko skończyło się tak, jak się skończyło. Również za to, że obrażenia dzieci nie okazały się groźne.

Z jaką prędkością pan jechał, zanim doszło do wypadku? Pytam, bo ustalenia prokuratury są takie, że przekroczył pan dozwoloną prędkość. Z nieoficjalnych informacji wynika, że jechał pan około 80 km/h, a autobus może w tym miejscu poruszać się z prędkością 70 km/h.

Nie potrafię panu odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiem, z jaką dokładnie prędkością jechałem przed zdarzeniem, bo gdy pojawił się ten samochód z przeciwka, nie było czasu patrzeć na licznik.

Po wypadku często słyszałem opinię, że kierowcę autobusu po prostu zgubiła rutyna.

To nieprawda. To są krzywdzące opinie. Gdybym nie musiał robić miejsca dla samochodu z przeciwka, nie doszłoby do tej sytuacji. Autobus znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Gdyby to wydarzyło się na prostym odcinku drogi, to jestem przekonany, że byłoby diametralnie inaczej.

Od jak dawna dowozi, a w zasadzie dowoził pan uczniów do szkoły?

Od ponad 21 lat. Nigdy wcześniej nie miałem wypadku, w którym ktoś zostałby ranny.

Prokuratura po zdarzeniu zatrzymała panu prawo jazdy. Ta decyzja spowodowała, że został pan bez środków do życia?

Nie, bo mam emeryturę. Dowozy były moim dodatkowym dochodem. Decyzja pana prokuratora o zatrzymaniu mi prawa jazdy, w tym tego na samochód osobowy, spowodowała jednak, że muszę np. prosić bliskich, aby zawieźli mnie do lekarza. Mieszkam w Winnej Górze, a do Środy Wielkopolskiej jest około 13 km. Liczę na to, że ta decyzja zostanie przez sąd uchylona. Tylko że nie wiadomo, kiedy rozpocznie się proces.

Sąd przychylił się do wniosku obrońcy

Prokuratura postawiła panu zarzut nieumyślnego sprowadzenia katastrofy w ruchu lądowym, zagrażającej życiu i zdrowiu wielu osób. Grozi za to kara od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności. Obawia się pan procesu?

Zawsze jest niepewność, obawa, co będzie. Mam 70 lat, nigdy wcześniej nie byłem w sądzie, nawet w formie świadka. Nigdy nie myślałem, że kiedyś stanę przed sądem, znam tę instytucję tylko z telewizji.

Usłyszał pan np. od rodziców dzieci, które jechały autobusem, jakieś przykre słowa? Wielu z nich pojawiło się na miejscu wypadku.

Nie, nikt mi nic nie powiedział. Wiem, że krytyczne komentarze pojawiły się w internecie. Nie czytałem ich. Jakiś czas po wypadku otrzymałem telefony wsparcia od dyrektorów szkół, że „mam się trzymać”. Jestem naprawdę szczęśliwy, że nikomu nic poważnego się nie stało, że dzieci szybko wyszły ze szpitali. Chciałbym przeprosić zarówno dzieci, jak i ich rodziców za całą tę sytuację. Ale proszę mi wierzyć – to okoliczności zmusiły mnie do takiego zachowania.

Gdyby znalazł się pan w identycznej sytuacji, to drugi raz postąpiłby pan tak samo?

Tak. Uważam, że wybrałem mniejsze zło, najlepsze wyjście. Gdyby doszło do czołowego zderzenia, to skutki wypadku mogłyby być poważniejsze. Decydując się na taki, a nie innym manewr, kierowałem się dobrem dzieci, swoich pasażerów. Cały czas o tym myślę i jestem przekonany, że wybrałem najlepsze wyjście.

Rozprawa toczy się przed wrzesińskim sądem

Myśli pan, że będzie panu jeszcze dane usiąść za kierownicą autobusu?

Nie wiem. Chciałbym jeszcze wrócić do tej pracy. Lubię kontakt z dziećmi, a zdrowie pozwala mi na to, żeby pracować, a nie siedzieć w domu. Po tym wypadku nie mogę znaleźć dla siebie miejsca. Jest tyle czasu na przemyślenia... Naprawdę dziękuję Bogu, że wszystko skończyło się dobrze.

Wspomniał pan, że dowozem uczniów zajmuje się pan od ponad 20 lat. Czy w tym czasie były na pana jakieś skargi, np. że jeździ pan za szybko?

Nic mi o takich nie wiadomo. Często słyszałem za to prośby od nauczycieli i dyrektorów, że to ja mam prowadzić autobus, gdy organizowano jakąś szkolną wycieczkę czy wyjazd na basen. Takie prośby mnie bardzo cieszyły, bo to był najlepszy dowód na to, że dobrze wykonuję swoją pracę.

Przyznam, że takie opinie słyszałem o panu wcześniej. Wielu rodziców również chwaliło pana, że potrafi pan zatrzymać autobus i wysadzić dziecko przy domu czy zabrać go do szkoły sprzed domu.

Tak było. Czasami z tego powodu otrzymywałem uwagi od swojego szefa, bo takim zachowaniem „zwiększam spalanie”.

Rozmawiał Łukasz Różański

Thumb 64861016 2494978670553670 5517157221407916032 o

Łukasz Różański

15:06 26-06-2019