Siłaczka. Historia życia nieznanej, a niezwykłej wrześnianki

Pani Pelagia Krzyżańska z Wrześni nie była znana, nie miała w swoim życiorysie wielkich osiągnięć, nie została ważną postacią dla lokalnej społeczności. Dlatego o jej śmierci dowiedzieli się tylko najbliżsi i sąsiedzi. Była jednak niezwykłą kobietą, o której powinniśmy pamiętać. Historia jej długiego i niełatwego życia to przykład niespotykanej siły charakteru.

sylwetka 13:07 26-04-20191 0

Dla świata – ziarnko piasku, pył na wietrze. Dla szpitalnej obsługi – wypis na wieczność i jedno wolne łóżko więcej. Dla nielicznych bliskich – otwarta rana, wyrwa w sercu.

Kto teraz w piecu wynajmowanej przybudówki napali chrustem nazbieranym w parku?

– To ma być zima? Phi! Dawniej to bywały zimy... – mówiła pani Pelagia w rozmowie z nami na kilka tygodni przed śmiercią.

Kto pójdzie do kościoła pomodlić się o to, co najważniejsze?

– Tylko, Panie Boże, zdrowia i rozumu daj, reszta przyjdzie sama.

Kto przetrze święte obrazy z kurzu?

– Patrzą na mnie, to muszę dbać.

Kto z niesmakiem wyłączy stareńki telewizor, w którym wyskakują głowy polityków?

– A nich gadają zdrowi, mnie tam te dziady nie interesują...

Za dwa lata miała być impreza z okazji stówki. Miały być gratulacje i kwiaty od burmistrza, artykuł w gazecie. Jaki jest Pani sposób na długowieczność, Pani Pelagio?

– Pelasia, mówcie mi Pelasia. Miałam ciężkie, ale godne życie. Posłuchajcie...

Trzy razy odpracowałam

Całe życie byłam między ludźmi. Żyliśmy z rodzicami w powiecie średzkim u dziedzica, obszarnika. Miał przeszło sto mórg i ludzi na deputat. Pensje dawał bardzo małe, ale w zamian za to ludzie dostawali zboże, pszenicę, żyto, mieszankę dla zwierząt. Pracowali u niego od rana do wieczora, tylko z przerwą na obiad. Chocia pod panem i tak było lepiej jak na swoim, to ojciec mój nie chciał już pracować u dziedzica.

Uparł się i wziął gołą ziemię po wojnie, jak parcelowali rolę. Trzy moje siostry i brat już chodzili do pracy, to należała się nam druga krowa. Poszliśmy my wtedy na gołą ziemię z dwoma mućkami tylko, bez pługa, niczego. Blisko szkoły mieliśmy tę ziemię, w Dużym Gutowie.

Ojciec znał syna innego dziedzica w Obłaczkowie. Podszedł do niego i mówi: Stasiu, co ty myślisz, mam ja wziąć tą ziemię? A on mówi: A jak najbardziej! Weź! I mówi ten Stasiu ojcowi: Ja ci zasieję, wszystko co będzie potrzeba ci porobię, i dam ci jeszcze 250 złotych na wpłatę podatku za ziemię. Ojciec pytał: A kiedy ja ci oddam? A on mówi: Wiesz co, moja żona będzie niedługo rodzić szóste dziecko. Jakbyś miał jakie dziewczę do pomocy przy dzieciach, tobyśmy ją przyjęli.

No i poszłam. Czternaście lat miałam. Chciałam mieć lepiej. W domu u nas była taka bieda, że siekierą by nie urąbał. Nas było dziewięć dzieci i tylko goła ziemia. I z czego tu żyć?

Ojciec wybudował nam chałupkę, z najstarszym bratem, ze szlaki. Kupili szutu i urabiali go z wapnem i cementem i żwirem. Robili koryta, lali w nie, i tak zrobili mury. Szczyty wymurowali cegłą. Mieliśmy dwa pokoje.

Poszłam do Kropacza i byłam tam trzy lata. Tyle czasu odrabiałam 250 złotych. Jak szłam do kościoła, to mi nawet nie dawali na ofiarę, bo odrabiałam pieniądze. Dziesięć razy odrobiłam to, co ojciec pożyczył.

Jak wracałam z powrotem do domu, to kazali mi narwać porzeczek do koszyka i wysyłali w drogę. Nie zawieźli mnie, szłam na piechotę osiem kilometry.

Pieczystego żeśmy nie jadali

Po Kropaczu od razu pracowałam w szpitalu, jako salowa. Robiłam przy chorych, sprzątałam, podawałam im jedzenie. Tam też nie chciałam zostać. Cały tydzień bez powietrza, robota od rana do wieczora, a potem tylko szliśmy spać przy szpitalu.

Na szczęście poznałam asystenta jednego doktora. Jak robiłam pożegnalną kawę, się zgadaliśmy. Zajrzał do nas pan doktor, asystent Burchardt, powiedział, że odchodzi ze szpitala i czy ja bym się zdecydowała iść za nim do Zduńskiej Woli jako niańka. Ja go pytam: Sama? Z moją mamą byś była, on mówi.

No i mama z narzeczoną doktora zrobiły ze mną taki wywiad: Co ja bym mogła ugotować? Ja mówię, że jestem prosty człowiek ze wsi i umiem tylko biały kwas, czerwony barszcz, polewkę na kartoflach, kiszoną kapuchę. A pieczystego nie umiem, bo na wsi żeśmy tego nie jadali. Tylko więcej gotowane.

Ale zrobiłam mięso i wszystko zjedli. Robiłam obiady, prałam, sprzątałam, pomagałam rozkładać doktorowi kartoteki, gdzie i jak się kto nazywał. Starałam się jak mogłam. Siedziałam przy nich kupę lat. Ich dzieciaki się przy mnie rodziły. Całą wojnę siedziałam. Miałam szczęście, bo doktor Burchardt był bardzo szanowany.

Tam byłam do 1959 roku. W międzyczasie się przenieśliśmy do Gniezna. Nie czułam się, że byłam służącą. Czułam się jak w rodzinie. I potem z Gniezna musiałam iść do domu, bo wszystkie siostry powychodziły w świat, ojciec zmarł i mama została sama, a bracia się nie pożenili.

Niczego nie żałuję

Wzięłam się za gospodarstwo, jak przyszłam, oj, wzięłam. Brat zajmował się krowami, ja wzięłam świnie do oprzątu. I tak wyprowadziłam gospodarstwo na dobre, na sto dwa. Mieliśmy potem wszystkie ptaki, nawet perliczki.

Robiłam na gospodarstwie i sprzedawałam pierze od gęsi. Potem kobiety we wsi powiedziały, żebym nie sprzedawała, bo one wezmą. Brały pierze do kołder, na prezenty ślubne. Ale pierwszy podskub, czyli małe pierze, i tak sprzedawałam, bo one tego nie chciały.

Potem się postarzeliśmy z braćmi i nie miał kto robić na gospodarstwie. Życzenie ojca było, żeby jeden wnuczek wziął gospodarstwo, Stefan, bardzo dobry, pracowity dzieciak, no i na niego przepisaliśmy. Nie wypisaliśmy sobie nic, chcieliśmy tylko tam żyć.

Ale potem się źle zaczęło dziać, nie ma nawet co gadać o tym. Musiałam iść na wynajem. I tak do dzisiaj chodzę. Teraz na Słupskiej jestem i dobrze mi tu. Odwiedza mnie bratanica Gochna, siostrzenica Stasia, dzieci doktora Burchardta, pomagają mi sąsiedzi. Sama nie jestem.

Pamięć mam. Wszyscy mi zazdroszczą, że zdrowa jestem i wszystko pamiętam. Bliziutko do kościoła mam, chodzę i się modlę o zdrowie i rozum. O to tylko Boga proszę.

Nigdy nie paliłam, nie piłam i zawsze ciężko pracowałam. Robota mi nigdy nie szkodziła. Za uczciwą pracą pan Bóg mi dał długie życie w zdrowiu. Nigdy nikogo nie okradłam, nikomu nie dokuczałam. Niczego nie żałuję.

Damian Idzikowski

Artykuł ukazał się w „Wiadomościach Wrzesińskich” 19 kwietnia 2013 roku

Thumb tem podsumowanie dai

Damian Idzikowski

13:07 26-04-2019