Profesja o bardzo wysokim ryzyku, czyli wszystko o pracy dźwigowego

Praca dźwigowego na pierwszy rzut oka nie jest skomplikowana. Poza tym, że odbywa się nawet 300-400 metrów nad ziemią.

reportaż 12:49 20-11-20180 0

Żurawie wieżowe na budowach służą do pomocy przy przewożeniu ciężkich załadunków. Zarówno przy małych, jak i dużych budynkach. Żurawiem wieżowym pracuje się znacznie sprawniej niż samochodem, ponieważ szybko się obraca i steruje się nim za pomocą dżojstików. Żurawie mają duży udźwig, zasięg oraz wysokość, co czyni je wygodnym sposobem na budowanie najbardziej wymyślnych budowli, nawet w bardzo ekstremalnych miejscach. Działają na zasadzie przeciwwagi. Ich udźwig nie zależy od wysokości, ale od długości wysięgnika. Po drugiej stronie jest przeciwwysięgnik, na którym znajduje się balast. Im bliżej wieży, tym większy udźwig.

Operator żurawia każdy dzień zaczyna tak samo. Przychodzi rano na budowę, sprawdza wszystkie wyłączniki krańcowe, robi próbę hamulca, sprawdza hak i linę. Gdy żuraw jest sprawny, dźwigowy może rozpocząć pracę, chyba że stwierdzi, że są jakieś usterki. – Mało jest awarii, najczęściej jakiś stycznik się spali, czyli bardziej elektryczne sprawy. Ale do każdej usterki musi przyjechać serwis, żeby to naprawić. Operator nie może otworzyć szafy i nic zrobić, bo nie ma do tego uprawnień – mówi Damian Barnaś, operator i konserwator w poznańskiej firmie Tadex Żurawie, która wynajmuje, sprzedaje i serwisuje żurawie. Można w niej także nabyć uprawnienia operatora żurawia wieżowego.

O godzinie 10 przerwa na śniadanie. Jeśli operator pracuje na małym żurawiu – czyli takim 30-60-metrowym – schodzi na śniadanie. Zejście z takiego dźwigu nie zajmuje dużo czasu. Komplikacje zaczynają się przy 60-metrowych i wyższych. – Wejście na 100-metrowy zajmowało mi około 10 minut. Na dźwigi o wysokości 200 m raczej się nie wchodzi, to chyba tylko w Polsce się zdarza. W Czechach czy Niemczech już od 40 m są montowane dźwigi osobowe dla operatorów i serwisu – żali się Damian.

Operator musi wejść do kabiny po pionowej drabinie. A dźwig „rośnie” przecież razem z budynkiem. Gdy jest podwyższany, trzeba go przykotwić do budynku. Wtedy często wjeżdża się specjalną windą, od której poprowadzona jest kładka do kabiny.

W przypadku pracy na wysokich żurawiach jedzenie zabiera się na górę. Kawę i herbatę też można tam zrobić, wystarczy tylko zabrać czajnik. Problemy zaczynają się, gdy trzeba iść do toalety. – Zejście do toalety przy 60-metrowym żurawiu to strata 15 minut. To dużo. Dlatego trzeba się wysikać w butelkę. Można też wyjść na balast, ale wtedy bywa różnie. Pamiętam taką sytuację, gdy pierwszy raz wyszedłem się załatwić na balast. Obróciłem się tak, że przeciwwaga była za budową, więc nie było mnie widać. Nie przewidziałem tylko, że wiatr był w tamtą stronę (śmiech). Są niestety momenty, że trzeba zejść na dół, bo nawet butelka nie pomoże. Wtedy robi się pauzę i tyle – opowiada Damian.

Jak mówi, to kwestia wytrenowania. Gdy już jakiś czas pracuje się na wysokościach, organizm sam się wyreguluje. – Te naprawdę wysokie żurawie mają toi toie zamontowane na przeciwwadze. Przecież z takiego 200-metrowego nikt by nie zdążył – śmieje się Ryszard Szyszka, także pracownik firmy Tadex Żurawie. Jest operatorem i monterem od 1976 roku.

Damian Barnaś i Ryszard Szyszka

Żurawie wieżowe w większości obsługuje się z góry. Można to też robić drogą radiową. Operator chodzi wtedy po budowie i obsługuje maszynę zdalnie. Trzeba uważać, żeby jechać w odpowiednią stronę. Zasada jest taka, że w lewej ręce jest wózek i obrót, w prawej – wyciągarka i jazda po torach. Ale to dotyczy tylko żurawi szynowych.

– Zdarza się, że producenci zmieniają te zasady, ale rzadko. Najpopularniejsze są żurawie firmy w Liebherr, ale warto zwrócić uwagę na drążki, gdy siadamy do sterów. Podobnie jest z hamulcem od obrotu. W Liebherrach jest w dżojstiku, ale zdarza się w pedale. Wszystko przez to, że go tam nie było – dodaje Szyszka.

Praca na żurawiu wymaga dużego skupienia. Na szczęście są dodatkowe zabezpieczenia, poza uwagą samego dźwigowego. Gdy operator np. straci przytomność i puści drążki, dźwig automatycznie się rozłącza. Podobnie jak wtedy, gdy ładunek jest za ciężki.

Żurawie wieżowe zawsze się kołyszą. – Jak jedzie na obrocie, lekko się zerwie i wtedy wieża się wygina. Stumetrowy żuraw, na którym kiedyś siedziałem, miał 3 metry odchyłu od osi, ale to jest normalne. Ktoś to tak mądrze obliczył, że nie ma prawa nic się stać – mówi Barnaś.

Dlatego żurawie bardzo rzadko się przewracają. Jak mówi pan Ryszard, tylko gdy za sterami siedzi „kombinator”, może się coś stać. Każdy dźwig musi mieć odpowiednie atesty, przechodzi przez szereg przeglądów (robi to Urząd Dozoru Technicznego), poza tym jest sprawdzany przez serwis. Większość usterek wyłapują właśnie konserwatorzy.

Nie można zapominać, że operator zawsze pracuje w duecie z hakowym. To on mówi mu, gdzie ma podjechać, co załadować i dokąd przetransportować załadunek. Dźwigowy odpowiada za żurawia oraz za to, żeby nikomu nie zrobić krzywdy, transportując balast. Hakowy natomiast musi uważać na podczepiony ładunek, do niego należy też sprawdzanie pasów zabezpieczających i prawidłowe przyczepienie ładunku.

Na mniejszych budowach przewozi się ciężary od 500 do tony, ale zdarzają się też 5-tonowe. Ryszardowi Szyszce zerwała się kiedyś płyta. – Pracowałem w fabryce bloków na Ratajach w Poznaniu. Zawsze było tak, że wieczorem płyty była zalewane, potem parowane, a rano zdejmowane. Okazało się, że ta była za mało sparowana i jak wyjechałem za budynek, to haki zostały, a reszta spadła. A ważyła 5 ton. Gdy spadła, żuraw odbił. W takich przypadkach można nawet wypaść z kabiny. Na szczęście nic mi się nie stało – opowiada Szyszka.

– Ja miałem inną przygodę. Pracowałem na budowie w Poznaniu. To już był prawie fajrant. Aż tu nagle wyjechałem z 6 piętra z jednym panem na haku. Byłem w szoku. Przy haku jest taka zawleczka, której on nie zdążył zamknąć, a drugi mi powiedział, że mam dać w prawo. Zrobiłem to. On trzymał zawiesie i mu wpadło pod rękawiczkę. Szybko odstawiłem go na budynek, wyłączyłem dźwig i poszedłem do domu. Nawet nie wnikałem, co się z nim stało – mówi Damian.

Po skończonej pracy żuraw jest ustawiony „na wiatr”. Operator go zostawia, schodzi i on sam obraca się w tę stronę, w którą wieje wiatr. – Jak się np. o 2 w nocy zmieni kierunek wiatru, on sam się odwróci. Jakby stał nieodbezpieczony, cały by pracował. Wieża zaczęłaby się wyginać, a najgorsze działanie to siły skręcające na wieżę. W pewnym momencie by nie wytrzymał, mógłby się zgiąć i położyć. Albo zerwałby się z hamulca i pojechał dalej – kończy Damian.

Katarzyna Stawna

Artykuł archiwalny – ukazał się w „WW” 13 listopada 2015 roku

Thumb tem podsumowanie dai

Damian Idzikowski

12:49 20-11-2018