„Nie czuję się winny”. Echa głośnej sprawy Doroty Białowąs. Rozmowa z mężem zaginionej

Rok po zaginięciu Doroty Białowąs z Wszemborza jej mąż zabiera głos. Nie czuje się niczemu winny, chciałby, aby żona się odnalazła, ale nie chce mieć z nią kontaktu.

wywiad 9 dni temu 1

29-letnia Dorota Białowąs zaginęła 17 grudnia 2016 roku. Tego feralnego dnia pojawiła się w domu swojego męża Błażeja, z którym jest w trakcie rozwodu, aby spotkać się ze swoim dziećmi. Po nagłym wyjściu z posesji zaginęła bez śladu. Od tego czasu szuka jej policja oraz rodzina.

Dom, w którym mieszka mąż kobiety, został wielokrotne przeszukany. Śledczy sprawdzili też szambo, studzienki, wszystkie budynki gospodarcze, przekopywano pole, badano plamy na podłogach, sprawdzano samochód. I chociaż nic nie znaleźli, Błażej Białowąs przez wielu był postrzegany jako zabójca żony.

Sprawą Doroty Białowąs zainteresowały się także telewizje ogólnopolskie. 10 marca br. w programie „Interwencja” w Polsacie pojawił się reportaż na temat zaginięcia kobiety. 13 marca w programie „Uwaga” TVN i „Uwaga po uwadze” TTV transmitowano na żywo ze Wszemborza audycję poświęconą 29-latce.

Mąż zaginionej, po tym jak przedstawiono go w innych mediach, był sceptycznie nastawiony do kontaktów z dziennikarzami. Nam udało się go jednak namówić na szczerą rozmowę. Mężczyzna przedstawił nam szereg materiałów rzucających inne światło na sprawę. Niestety, ze względu na toczące się postępowanie nie możemy ich wykorzystać w naszym materiale.

„WW”: Wiemy, że zniknięcie pana żony było poprzedzone wieloma przykrymi wydarzeniami w waszym życiu.

BŁAŻEJ BIAŁOWĄS: To prawda. Pobraliśmy się z Dorotą 11 lat temu, mamy troje dzieci. Nasze problemy zaczęły się jakieś trzy lata temu. To wtedy coraz większy wpływ na żonę zaczęła mieć jedna z jej sióstr. Zależało im na wyciągnięciu ode mnie jak najwięcej pieniędzy. Nie zależało żonie na dzieciach, tylko na pieniądzach – co wielokrotnie mi powtarzała. Dorota zamiast np. przyjechać na widzenie z dziećmi, wolała bawić się na dyskotece. Mam na to niepodważalne dowody. Takich sytuacji było bardzo dużo, ale nie chcę jej oczerniać na łamach prasy, bo mogłoby to być źle odebrane.

Płacił pan żonie alimenty?

Tak. 1400 zł miesięcznie. Dodam, że ona nie płaciła nic na dzieci, które przebywały ze mną.

Powróćmy na chwilę do wydarzeń z 17 grudnia 2016 r. Co się wtedy stało?

Dorota przyjechała zobaczyć się z dziećmi, ale nie było ich jeszcze w domu, bo przebywały u moich rodziców we Wrześni. Chciałem po nie od razu jechać, ale ona nie chciała czekać. Jeśli dobrze pamiętam, to gdzieś esemesowała, dzwoniła, a potem zwyczajnie wyszła z domu. Wiele razy tak postępowała, dlatego nie zdziwiło mnie takie zachowanie. Wieczorem przed domem pojawił się samochód. Prawdopodobnie kierowca był wcześniej umówiony z żoną, że po nią przyjedzie. Stał może z dwie godziny i to chyba ktoś z tego auta zawiadomił policję, bo funkcjonariusze przyjechali do mnie jeszcze tego wieczoru. Następnego dnia byli już u mnie kryminalni z Wrześni, później sprawę przejęli funkcjonariusze z Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu, prawdopodobnie ta sama grupa, która prowadziła głośną sprawę Ewy Tylman. Przyznam, że byłem troszkę zaskoczony, że poszukiwania dorosłej osoby zaczęto zaledwie w kilka godzin po zgłoszeniu zaginięcia. Ale może się nie znam.

Policjanci od samego początku założyli, że pan coś zrobił małżonce?

Moim zdaniem tak. Był nawet moment (24 grudnia – przyp. red.), że byłem traktowany jak potencjalny zabójca.

Jak pan myśli, co stało się z pana żoną?

Pytała mnie o to także policja, ale powiem szczerze – nie mam pomysłu. Wiem jedno: miała dużo różnych znajomości, jakichś przypadkowych mężczyzn poznanych np. na dyskotekach. Ktoś mi powiedział, że miała sobie z jednym z nich życie układać, ale nie wiem, czy to prawda. Ona znała dużo ludzi, których nie znam ani ja, ani znaczna część jej rodziny. Jeśli coś jej się stało, to nie umiem powiedzieć, co. Jeśliby miała wyjechać gdzieś, to na pewno nie sama, bo nie była na tyle samodzielna.

Ma pan żal do kogoś w związku z tą sprawą?

Cały czas uważam, że prowodyrem tych działań była jedna z sióstr Doroty – i jestem w stanie to udowodnić – plus osoby, które ją wspomagały. Ale żal mogę mieć do siebie, że nie byłem wystarczająco przewidujący, tylko cały czas miałem zaufanie do niej – wbrew temu, co się wydarzyło.

Czy traktował pan żonę jak wroga?

Nie, nigdy. Jako zagrożenie – tak, ale tylko ze względu na dzieci.

Zastanawia się pan czasami, co się z nią dzieje?

Nie.

A rok temu, kiedy zniknęła, rozmyślał pan o tym?

Nie miałem do tego głowy.

Bał się pan, że może pan trafić do więzienia?

Tak, bo była taka możliwość, że po długim areszcie może nie być rodziny, firmy, a jest zniszczone życie. Wówczas jakieś przeprosiny czy odszkodowanie nic nie pomogą. Tego się bałem.

Czy w tym najgorętszym okresie spotkały pana jakieś przykrości od zwykłych ludzi, znajomych, sąsiadów?

Różne rzeczy ludzie mówili. Ciekawe było to, że były to bardzo różne opinie, wypowiadane przez osoby, które tak naprawdę nic nie wiedziały. Swoje osądy głosiły jedynie na podstawie programów telewizyjnych czy tego, co pisały media. Jest też sporo oszczerczych wpisów na Facebooku, np. informujących o tym, że ciało Doroty spaliłem w ognisku. Dodam, że postawa sąsiadów była bardzo wyważona.

Ma pan nadzieję, że dla pana wszystko dobrze się skończy?

Ja w niczym nie czuję się winny, więc tak – wierzę, że wszystko skończy się dobrze dla moich dzieci i dla mnie.

A propos winy – czy rok temu, kiedy przez wielu był pan postrzegany jak zabójca żony, trudno było panu pokazać twarz w telewizji?

I tak, i nie. Nie miałem tylko ochoty na jakieś pyskówki i przepychanki z ludźmi podającymi się za rodzinę Doroty, którzy także występowali w tych programach. Dlatego też zaprosiłem dziennikarzy do domu. Pokazałem twarz, bo nie mam nic do ukrycia. Niczego złego nie zrobiłem.

Co by pan zrobił, gdyby żona niespodziewanie stanęła w drzwiach pana domu?

Nawet nigdy o tym nie myślałem. Nie wiem, co bym poczuł.

Czy był czas, kiedy czuł się pan osaczony – np. przez policję, dziennikarzy lub innych ludzi?

Na pewno człowiek ma takie poczucie, nawet gdyby nie był obserwowany. W każdej chwili mogłem spodziewać się jakichś telefonów, chodzili za mną różni dziennikarze. W końcu przestałem odpowiadać na ich pytania, bo część z nich od razu znała odpowiedź. Tak naprawdę nie interesowało ich to, co ja chcę powiedzieć. Jedna z telewizji dostała ode mnie różne materiały, które wyraźnie wykazywały, że to nie jest taka czarno-biała historia, a mimo to nic z tego nie wykorzystano. Nie pokazali nic, co mogłoby sprawić, żeby ta historia była bezstronna.

Czy w związku z tą sprawą przedstawiono panu jakieś zarzuty?

Jedynym zarzutem jest składanie fałszywych zeznań, z czym się nie zgadzam.

Jak to wszystko przeżyły dzieci?

To był trudny czas, ale dużo pomogła mi rodzina, także żony. Otrzymały szeroką pomoc psychologiczną. Poza tym wspierał je kurator oraz szkoła, która starała się je chronić.

Dzieci pytają, gdzie jest mama? Co się stało, dlaczego do domu przychodzili policjanci?

One dużo rzeczy nasłuchały się od rówieśników. Generalnie nie chciały rozmawiać o tym, co się stało, a teraz w ogóle tego tematu nie poruszają. Widziały więcej niż inne osoby, nawet więcej niż pozostali domownicy, bo były na spotkaniach z matką, same doświadczyły od niej nieprzyjemności. Widziały, jak wielokrotnie czekaliśmy na ich mamę w wyznaczonym terminie i miejscu, a ona nie przyjeżdżała. Ja wiem, o czym mówię, proszę mi wierzyć. Dlatego jak słyszałem w mediach, że Dorota przyjechała przed świętami do naszego domu z prezentami dla dzieci, jak robiono z niej wzorową matkę, to chętnie bym się zaśmiał. Tyle tylko, że nie jest mi do śmiechu. To była gra pozorów. Ja nie twierdzę, że ona wcale nie kochała naszych dzieci, ale jednak zniszczyła im część dzieciństwa. One wiele przeszły, dlatego teraz staram się zapewnić im względny spokój.

A co się działo później, po kilku miesiącach od zgłoszenia zaginięcia pana żony?

Byłem jeszcze przesłuchiwany w Poznaniu, dwukrotnie badany na wykrywaczu kłamstw, latem przeprowadzono wizję lokalną.

Wrócił pan już do normalności?

I tak, i nie. Zawsze po czymś takim zostaje uraz. Nie wiem, co jeszcze może się wydarzyć. Poza tym, jak kogoś obrzucają błotem, to zawsze coś się przylepi. Ale daję radę. Mamy nadzór kuratorski. Dzieci przepracowały wszystko z psychologiem, do którego je woziłem, i chyba powoli wracamy do normalności. Staramy się żyć normalnie. Przygotowuję rodzinne święta. Chcę jednak powiedzieć, że cała ta sprawa zaczęła się od licznych kłamliwych donosów, które były składane nie tylko na mnie, ale także na pracowników wielu instytucji. Ma ona wiele wątków i szczegółów, bez znajomości których trudno ją zrozumieć.

Rozmawiała Dorota Tomaszewska

W tym dziale publikujemy wyłącznie archiwalne materiały. Wywiad ukazał się w „Wiadomościach Wrzesińskich” 12 grudnia 2017 roku.

Thumb tem podsumowanie dai

Damian Idzikowski

9 dni temu 1