Miłosławsko-londyński ksiądz opowiada nam m.in. o swojej pracy w jednym z największych miast świata

Ksiądz Bartosz Rajewski mając zaledwie trzyletnie doświadczenie pracy kapłańskiej, w 2014 roku został jednym z najmłodszych proboszczów. Jego parafia w Londynie – South Kensington – jest jedną z najdynamiczniejszych wspólnot w Wielkiej Brytanii.  

społeczeństwo 5 miesięcy temu 41

„Wiadomości Wrzesińskie”: Od jak dawna jest ksiądz na Wyspach Brytyjskich?

BARTOSZ RAJEWSKI: Od prawie czterech lat jestem proboszczem starej polskiej parafii pw. Św. Wojciecha, która położona jest w pięknym miejscu – w sercu Londynu, co jest jej wielkim atutem, ale też – paradoksalnie – stwarza pewne trudności, gdyż w bardzo drogiej i prestiżowej londyńskiej dzielnicy South Kensington nie mieszka obecnie wielu Polaków. Wcześniej przez dwa lata byłem wikariuszem w parafii pw. MB Częstochowskiej i Św. Kazimierza przy Devonia Road w Londynie – najstarszej polskiej parafii w Wielkiej Brytanii, zwanej Katedrą Polski Niepodległej. Jak więc łatwo policzyć, w Wielkiej Brytanii jestem już prawie sześć lat.

Wcześniej był ksiądz wikariuszem w miłosławskiej parafii. Jak ocenia ksiądz ten czas?

Był to tylko rok, ale zarazem najważniejszy i najpiękniejszy rok w moim życiu. Zawsze powtarzam, że był to czas wyjątkowy, cudowny, niezapomniany. Dopiero co zostałem księdzem, więc musiałem uczyć się wielu duszpasterskich zadań, jak np. organizowanie liturgicznej służby ołtarza, prowadzenie Apostolstwa Dobrej Śmierci – wspólnoty, o której wcześniej nic nie wiedziałem, reorganizacja duszpasterstwa młodzieży i przekształcenie Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży w witalną wspólnotę ukochanych, czyli Amadosów. Był to rok bardzo intensywnej pracy, zbierania nowych doświadczeń, szukania nowych form duszpasterstwa. Był to także czas, w którym Bóg postawił na mojej drodze wiele wyjątkowych osób, z którymi się zaprzyjaźniłem. Cieszę się, że mogłem ten rok spędzić w Miłosławiu.

Odchodząc stąd, zapowiedział ksiądz, że na pewno tu wróci...

Zapowiedziałem, że wrócę i bardzo często wracam. Miłosław zajmuje wyjątkowe miejsce w moim sercu. Chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że to mój drugi dom. Mam tu bliskich ludzi, przyjaciół, do których zawsze mogę przyjechać: żeby się cieszyć, świętować, ale także być razem w najtrudniejszych momentach. Przeżywamy razem najpiękniejsze i najważniejsze chwile. To dla mnie bardzo ważne. Jako ksiądz nie mam przecież swojej rodziny, rozumianej jako żona i dzieci. Mam za to przyjaciół, którzy są dla mnie jak najbliższa rodzina. 

Staram się też być ambasadorem Miłosławia. To miasto jest wpisane w historię mojego życia, a ja sam czuję się częścią tej pięknej miłosławskiej społeczności. 

A co będzie kiedyś? Moja przyszłość jest w rękach Boga. Cieszyłbym się, gdyby spełniła się przepowiednia zawarta w wierszu, który przed laty napisali o mnie moi znajomi: „Lecz marzenia swoje goni i czas taki nastanie, że w swym domku w Lipiu zje kiedyś śniadanie”.

Obserwuje ksiądz to, co się dzieje w gminie Miłosław, w powiecie wrzesińskim?

Naturalnie. Jak wspomniałem, czuję się częścią tej społeczności. Z podziwem i z dumą obserwuję pozytywne zmiany, które się tutaj dokonują, ale też zawsze smutkiem napełniają mnie wszelkie informacje o ludzkich dramatach.

Ksiądz Bartosz Rajewski

Wróćmy na Wyspy. Czym różni się praca duszpasterska w Polsce od tej w Anglii? Czym konkretnie ksiądz się tam zajmuje?

Posługa duszpasterska w Londynie różni się od tej w Polsce przede wszystkim tym, że najwięcej pracy mam w weekendy. W tygodniu ludzie pracują, nie mają zbyt dużo czasu. Dlatego życie parafialne jest najdynamiczniejsze i najbardziej wymagające właśnie w weekendy. Na co dzień moje życie, to zwyczajne życie człowieka na emigracji. Nie różni się ono od życia innych ludzi. Codziennie podejmuję normalne zadania i obowiązki. Najpierw spotykam się z Bogiem. Rozmawiam z Nim, powierzam Mu w modlitwie tych wszystkich ludzi, których On powierzył mojej trosce. Wiem, że moi parafianie nie mają tyle czasu na modlitwę, co ja. Dlatego staram się za wszystkich modlić. Spotykam się z ludźmi, którzy chcą załatwić różne sprawy. W szpitalach odwiedzam chorych. Od stycznia do czerwca odwiedzam parafian z wizytą duszpasterską. Dziennie odwiedzam nie więcej niż jedną – dwie rodziny. Biegam po różnych firmach, by pozyskać sponsorów, bez których parafia nie mogłaby funkcjonować.

Czasem nie mogę spać, bo nie wiem, czy będę miał za co utrzymać parafię w następnym miesiącu. Niemal codziennie uczestniczę w życiu ludzi. Czasem jestem świadkiem cudownych sytuacji. Innym razem muszę stawić czoła ludzkim dramatom. Staram się być przekazicielem Bożych prawd, głosicielem Bożego Słowa. Czasem pomagam komuś wyjść z dołka i otrzeć łzę. Innym razem sam potrzebuję kogoś, kto poda mi rękę i otrze łzę spływającą z moich oczu. Tak wygląda moja codzienność. 

 W duszpasterskiej misji, każdego dnia, dużym wyzwaniem są dla mnie ci, którzy stracili w swoim życiu więź z Bogiem. Myślę, że kluczowe są tutaj słowa Prymasa Polski, abp. Wojciecha Polaka, który powtarza, że nie możemy biernie czekać na ludzi i myśleć, że sami do nas przyjdą; musimy wyjść do nich, szukać ich i przypominać im o tym, co jest najważniejsze. Kilka dni temu w Rzymie odbyło się spotkanie przedstawicieli młodzieży z całego świata – taki wstęp do synodu, który rozpocznie się w październiku, a który będzie poświęcony problemom młodych ludzi. W dokumencie, który powstał, jako owoc tego spotkania, a który stworzyli właśnie reprezentanci młodzieży, czytamy: „Mamy nadzieję, że Kościół wyjdzie do nas i spotka się z nami tam, gdzie niewiele lub wcale jeszcze nie jest obecny. Takim szczególnym miejscem, w którym mamy nadzieję, że spotkamy się z nim jest ulica, gdyż tam można spotkać ludzi wszelkiego rodzaju. Kościół powinien starać się twórczo rozwijać nowe sposoby dotarcia do nas tam, gdzie jesteśmy i się spotykamy: w barach, w kawiarniach, w parkach, w salach gimnastycznych, na stadionach... Jakże ważne jest, aby światło wiary docierało do trudnych miejsc, takich jak sierocińce, szpitale, dzielnice nędzy, obszary wojny, więzienia, wspólnoty dla osób uzależnionych i dzielnice prostytucji...”. Wciąż, niemal do znudzenia mówi też o tym papież Franciszek, który nakazuje nam szukać człowieka i wychodzić na peryferie, czyli w takie miejsca, do jakich jeszcze do niedawna nie odważylibyśmy się pójść. Staram się tam właśnie chodzić. 

Stąd też podejmuję różne niekonwencjonalne sposoby działania, które czasem mogą szokować, innym razem prowokować, a kiedy indziej nawet – co również się zdarza – oburzać. 

Między innymi dlatego też od niedawna współpracuję z siostrami – Misjonarkami Miłości, które wychodzą do najbardziej potrzebujących, by nieść im konkretną pomoc.

Jacy są Polacy żyjących w Wielkiej Brytanii?

Polacy, którzy tu przyjechali i przyjeżdżają, w większości są ludźmi, którzy dużo już w życiu przeżyli. Mało kto przybył tu z własnej woli. Ludzie opuścili swój dom rodzinny,  ojczyznę, bliskich, ponieważ musieli. Zostali zmuszeni przez to, co w ich życiu się wydarzyło. Ktoś stracił pracę, ktoś inny popadł w długi, jeszcze komuś innemu zawalił się świat po rozpadzie małżeństwa. Ile ludzi, tyle rozmaitych ludzkich historii, nierzadko bardzo dramatycznych. Dlatego Polacy na emigracji często na pierwszym miejscu stawiają pracę, różnego rodzaju obowiązki, spłacanie kredytów, budowanie w Polsce domów, do których w większości nigdy na stałe nie wrócą. To często przysłania im inne, ważniejsze wartości. 

Często gubią w swoim życiu Boga, gubią męża, żonę czy dzieci. To widać zwłaszcza tu w Londynie, gdzie tempo życia jest naprawdę szybkie. Łatwo stracić z pola widzenia to, co jest istotne. To jest największy problem.

W Wielkiej Brytanii jest wielu emigrantów z Polski. Czy tamtejsi katolicy zaniedbują swoje religijne obowiązki, odchodzą od Kościoła? W Polsce kościoły w niedzielę są pełne – a na Wyspach?

Ponieważ „koszula najbliższa ciału”, chciałbym się odnieść do konkretnych faktów z naszego parafialnego podwórka. W niedzielę w obu mszach uczestniczy średnio ok. 250-300 osób. Kościół jest pełny. Czasem frekwencja jest lepsza, innym razem np. w wakacje i święta gorsza. Cieszy mnie fakt, że odnotowujemy stały wzrost. Kiedy ponad trzy lata temu odprawiałem pierwszą Mszę św. w naszej parafii, w wieczornej liturgii uczestniczyło kilkanaście osób. To było rzeczywiście deprymujące. Po trzech latach mamy kilkudziesięcioprocentowy wzrost wiernych. Co więcej, są to ludzie, którzy w swoim życiu odkryli Boga i wiarę w Niego oraz ludzie, którzy wybrali naszą parafię na swoją wspólnotę wiary. To dla mnie wielka radość. Patrząc na odległości, jakie musimy pokonać w Londynie, z pewnością Polacy mają tu dużo dalej do Kościoła niż w jakiejkolwiek miejscowości w Polsce. Prawdą jest, że nasza parafia na South Kensington w Londynie w 95% tworzona jest przez ludzi, którzy nie mieszkają w tym rejonie. 

Wiele osób musi poświęcić godzinę i więcej na dojazd. Dlaczego? Ponieważ chcą, ponieważ wierzą, ponieważ Bóg w ich życiu zajmuje miejsce kluczowe. Dla człowieka szczerze wierzącego i kochającego Boga odległość do kościoła nie stanowi problemu. To dla mnie powód do wielkiej radości. Warto być dla tych ludzi!

Ze smutkiem trzeba stwierdzić, że – mimo, iż polskie kościoły są wypełnione po brzegi – to jednak tylko ok. 12-15% naszych rodaków mieszkających w Wielkiej Brytanii praktykuje wiarę. Dla mnie wyzwaniem jest te pozostałe 85%, do których trzeba dotrzeć. Oczywiście nie jest to możliwe, by dotrzeć do wszystkich, ale cały czas trzeba słyszeć słowa Chrystusa, który powiedział: „Idźcie i czyńcie uczniami”. To zadanie wszystkich wierzących, nie tylko księży. Każdy z nas ma być apostołem Chrystusa. Między innymi dlatego tak chętnie godzę się na obecność w mediach – nie dla rozgłosu, ale dla ewangelizacji i promocji naszej małej parafii.

Ksiądz Bartosz zawsze chętnie godzi się na obecność w mediach

Tradycja święta Wielkiej Nocy w Polsce to m.in. święcenie jajek w kościele, suto zastawiony stół, na którym króluje baranek czy zajączek. A jak to wygląda w Anglii – w kraju, gdzie dominuje anglikanizm?

Musimy sobie uświadomić, że Wielka Brytania, a zwłaszcza Londyn, to miejsca, które z chrześcijaństwem nie mają już zbyt wiele wspólnego. Jako chrześcijanie – uczniowie Chrystusa – jesteśmy tutaj w mniejszości. Kościół anglikański jest niemal martwy i funkcjonuje tylko dzięki państwowym subwencjom. My – katolicy – żyjemy w diasporze. Dzięki temu jesteśmy chyba bardziej ewangeliczni. Mamy swoje zwyczaje, piękne tradycje, które pielęgnujemy. Świat, w którym żyjemy funkcjonuje jednak całkowicie inaczej. Nie widać i nie czuć, że są święta. Ludzie spędzają czas na „shoppingu”, ewentualnie w pubie.

Zgodzi się ksiądz z opinią, że Wielkanoc ma coraz bardziej komercyjny charakter? Dla wielu z nas te święta, tak jak poprzednie i następne, mogą się zacząć i skończyć tylko na wielkiej konsumpcji. Czy to księdza nie martwi?

Żyję i pracuję w świecie całkowicie pogańskim. Dzięki temu nauczyłem się nie narzekać i nie utyskiwać na brak chrześcijańskiej atmosfery świąt czy wszechobecną komercję. To ode mnie – człowieka wierzącego – zależy, jak przeżyję świąteczny czas. Nie mają na to znacznego wpływu czynniki zewnętrzne. 

Dlatego ważne jest, żeby zauważyć istotę świętowania. Ważne jest to, co świętujemy, mniej ważne w jaki sposób to robimy. Ważna jest treść, którą te święta niosą, mniej ważna jest forma, w jaką tę treść opakujemy. Dlatego nie jest aż tak bardzo istotne, czy w Polsce, czy w Anglii, czy w Dubaju obchodzimy Wielkanoc. Ważne, by ten czas był dla nas spotkaniem ze Zmartwychwstałym. 

To spotkanie dokonuje się w sakramencie pokuty, kiedy Bóg najpełniej objawia swoją moc, przebaczając nam grzechy; to spotkanie dokonuje się w Eucharystii, kiedy wsłuchujemy się w Słowo Boga i przyjmujemy Go do naszego życia; to spotkanie dokonuje się w końcu w relacjach z najbliższymi, w trosce o człowieka potrzebującego, samotnego, zagubionego… Bez tego, co najważniejsze i bez Tego, który Najważniejszy, święta, choć w najpiękniejszej oprawie, pozostaną tylko pięknym festiwalem, wspomnieniem, okazją do zabawy, swoistą atrapą. Skupiając się na tym, co najważniejsze, zaczniemy widzieć we właściwej proporcji nasze tradycje – polskie, angielskie i inne. Staram się jednak nikogo nie oceniać. Wiarę jest łaską. Wielkanoc świętujemy adekwatnie do naszej wiary, albo – także – niewiary.

Jak ksiądz uważa, jak te święta będą wyglądały za sto lat? W jakim kierunku będą ewoluowały?

Zmienia się świat, zmieniają się ludzie, zmieniają się kierunki, zmieniają się też formy świętowania. Zmienia się kultura, w jakiej żyjemy, i to w sposób niepodobny do żadnych innych wcześniejszych przemian – zarówno pod względem ich szybkości, jak i kierunku. Nie wiemy dokładnie, dokąd ten proces prowadzi, ale wiemy, że musimy się z nim zmierzyć. Świadomość oddziaływania takich procesów, prowadzi do przeczucia, że prawdopodobnie będziemy jakoś cierpieć tego powodu jako Kościół, ale musimy się z tym zmierzyć. Niezmienna jednak pozostaje prawda, którą te święta niosą: Chrystus Zmartwychwstał. Po co? Po to, byśmy mieli życie; byśmy nie bali się śmierci; byśmy wiedzieli, że Bóg nas kocha i jest w stanie rozświetlić wszystkie ciemności naszego życia oraz ożywić wszystko to, co w nas umarło lub umiera. Każdego roku spotykam ludzi, którzy tej prawdy nigdy nie poznali, albo dla których ona wyblakła i stała się bez znaczenia. Można powiedzieć, że to poważny kryzys wiary, który będzie się pogłębiał, i od którego nie ma już odwrotu. W takim pesymistycznym ujęciu za sto lat świąt może już w ogóle nie być, albo będzie je obchodziła jedynie garstka odszczepieńców. Tymczasem Bóg daje nam – tak Kościołowi, jak i całemu światu – wielkiego proroka, jakim jest papież Franciszek, który wskazuje nam drogę wyjścia z kryzysu poprzez powrót do świeżości i radości Ewangelii. Bardzo dobrze to widać w najnowszej książce zatytułowanej „Otwieranie drzwi. Rozmowy o Kościele i świecie”. Niestety, głos papieża – zwłaszcza w Polsce – zagłuszają populizmy i polityka podsycania lęków.

Wielkanoc to czas wielkich kolejek do konfesjonałów. Jakie przykazania najczęściej łamiemy?

Kiedy przed laty organizowaliśmy w naszej parafii spowiedź wielkopostną, tłumaczyłem angielskim księżom, od których wynajmujemy kościół, że potrzebujemy czasu, że przyjdą setki ludzi, że będzie spowiadało siedmiu księży. Oni dziwili się: siedmiu? Po co? Odpowiadałem: przyjdźcie, zobaczycie! Przyszli. Zobaczyli. A potem zrobili taką spowiedź u siebie. Po raz pierwszy od lat, bo oni już dawno temu przestali się spowiadać. Przyszło do nich pewnie z piętnaście osób. Ale ci, którzy przyszli, klękali i mówili, że wprawdzie nie wiedzą, jak to się robi, ale bardzo chcą i proszą, żeby ksiądz im pomógł, bo słyszeli, że to jest ważne. I jedna spowiedź trwała czasem pół godziny albo dłużej. Księża potem mówili: warto było, za rok znów to zrobimy! Co do przykazań, trzeba sobie to bardzo wyraźnie uświadomić, że w życiu chrześcijanina nie chodzi wcale o przestrzeganie lub łamanie przykazań. Zachowywanie przykazań nie daje zbawienia. To Bóg nas zbawia. Najważniejsza jest moja relacja z Bogiem budowana na fundamencie Ewangelii. Dopiero konsekwencją tej relacji jest życie według przykazań. Nie dlatego jestem blisko Boga, bo przestrzegam przykazań, ale dlatego zachowuję przykazania, bo jestem blisko Boga. Papież Franciszek powiedział kiedyś w jednej z katechez: „Bycie chrześcijaninem nie sprowadza się jedynie do wypełniania przykazań, ale oznacza bycie w Chrystusie, myślenie jak On, działanie jak On, miłowanie jak On. Jest przyzwoleniem, aby wziął On w posiadanie nasze życie i je przemienił, przekształcił, wyzwolił z ciemności zła i grzechu”. 

Chrześcijaństwo to przede wszystkim świadoma więź z Chrystusem, oparta na przyjaźni z Nim. Ta więź odróżnia gorliwych chrześcijan od ludzi dobrej woli, którzy postępują według sumienia, jednak religia, w której żyją, nie doprowadziła ich do przyjaźni z Nim, bo nie rozbudziła wiary w Jezusa, jak to czyni chrześcijaństwo. Przyjęcie chrześcijaństwa zobowiązuje do tego samego, do czego są zobowiązani wszyscy ludzie: do postępowania według sumienia czyli do przestrzegania nakazów „Dekalogu”. 

Jednak na tym chrześcijaństwo się nie kończy. Poznanie przez wiarę Jezusa, przyjęcie Jego nauki i ofiarowanych przez Niego w sakramentach łask pobudza do zrobienia następnego kroku: szczerego i głębokiego zaprzyjaźnienia się z Nim. Ta przyjaźń ujawnia się w ciągłym rozmawianiu z Nim o wszystkim, przeżywaniu Jego obecności, bliskości i miłości. Ujawnia się ona także w tym, że prowadzimy naszych braci i siostry do Niego, aby i oni świadomie się z Nim zaprzyjaźnili. To jest prawdziwe chrześcijaństwo.

Ksiądz Bartosz jest na Wyspach od 6 lat

Nie brakuje osób, które obawiają się przyznać spowiednikowi, że ostatni raz u spowiedzi byli dwa, trzy lata temu. Dużo jest takich ludzi? Co ksiądz im najczęściej mówi w takich sytuacjach?

Ogromne znaczenie ma dla mnie fakt, że w okresach świątecznych spotykam ludzi, którzy nagle, w jakiś niewytłumaczalny sposób, często po wielu latach, doświadczyli Bożej miłości i – tak samo w niewytłumaczalny sposób – klękają u kratek konfesjonału, ze łzami w oczach wyznają swoje grzechy i pojednani z Bogiem i samymi sobą, zaczynają nowe życie. Wówczas dzieje się prawdziwe Zmartwychwstanie – Bóg zmartwychwstaje w człowieku. Co im wtedy mówię? Dziękuję za to, że wrócili i modlę się za nich.

Czego ksiądz chciałby życzyć swoim byłym parafianom z Miłosławia i wszystkim mieszkańcom powiatu wrzesińskiego?

Przede wszystkim dziękuję panu redaktorowi, że stworzył mi tę możliwość. Czego chciałbym życzyć? Żebyśmy inaczej, to znaczy w świetle Zmartwychwstania spojrzeli na nasze życie. Często jesteśmy rozgoryczeni, niezadowoleni z życia, ogarnięci ciemnością. Pytamy czasem, gdzie był Bóg, gdy musieliśmy walczyć o przetrwanie. Nierzadko pytamy, gdzie On jest teraz. Każdy z nas ma w swoim życiu cmentarze, na których pielęgnuje grobowce przeszłości. Grobowce umarłych uczuć, nad którymi zamiast pięknej woni świeżej miłości, roztacza się fetor zatęchłych i martwych relacji z rodziną, żoną, mężem, z dawnymi przyjaciółmi, z braćmi w kapłaństwie, siostrami w zakonie. Grobowce umarłego powołania, odrzuconej miłości, wyrządzonej krzywdy, utraconej wiary… I nagle, w wielkanocny poranek, przychodzi do nas Zmartwychwstały, który pragnie wejść na te nasze życiowe cmentarze, otworzyć grobowce, na nowo tchnąć w nie życie i ożywić to, co umarło. On przecież zmartwychwstał, aby rozświetlić nasze ciemności i w nasze martwe światy tchnąć życie. 

Życzę, byśmy usłyszeli pukanie Zmartwychwstałego Chrystusa i otworzyli Mu drzwi naszego życia. Jak to zrobić? Trzeba porzucić to, co powoduje naszą martwotę, by odnaleźć Go pomiędzy tym, co w nas jest żywe. Jak to się stanie? On uprzedza nasze kroki i czeka pierwszy. Ważne, byśmy tego szczerze pragnęli. Byśmy pragnęli spotkania ze Zmartwychwstałym. A wtedy On nas zaskoczy.

Ksiądz Bartosz Rajewski – pochodzi z Łobza (Zachodniopomorskie). Ukończył Prymasowskie Wyższe Seminarium Duchowne w Gnieźnie. Święcenia kapłańskie przyjął 28 maja 2011 roku. W okresie od czerwca 2011 roku do czerwca 2012 roku był wikariuszem w parafii pw. Św. Jakuba Ap. w Miłosławiu. Następnie został skierowany do pracy w Polskiej Misji Katolickiej w Anglii i Walii. Przez dwa lata był wikariuszem w parafii pw. MB Częstochowskiej i Św. Kazimirza w Londynie. W 2014 roku został jednym z najmłodszych proboszczów. Miał zaledwie trzyletnie doświadczenie kapłańskiej posługi. Polska parafia na South Kensington w Londynie, której później nadał tytuł i patronat Św. Wojciecha, była wówczas w opłakanym stanie i mało kto o niej słyszał. 

Thumb 20170528 165212

Łukasz Różański

5 miesięcy temu 41