„Media lokalne patrzą władzy na ręce i płacą za to ogromną cenę”. Rozmowa z Błażejem Torańskim

W redakcji „Wiadomości Wrzesińskich” gościł Błażej Torański, który 12 i 13 stycznia przeprowadził warszaty pt. „Akademia dziennikarstwa”. To dziennikarz i publicysta, pracował m.in. we: „Wprost”, „Prawie i Życiu” oraz „Rzeczpospolitej”. Aktualnie publikuje na portalu sdp.pl, w „Forum Dziennikarzy” i tygodniku „Do Rzeczy”. Autor książki „Knebel – Cenzura w PRL-u”.

wywiad 3 miesiące temu 23

„WW”: Czy dziennikarze lokalni są dziennikarzami, takimi jakich na co dzień widzi zwykły obywatel w telewizji, jak Monika Olejnik czy Tomasz Lis? Czy to zupełnie inne osoby? 

BŁAŻEJ TORAŃSKI: – Ależ absolutnie są dziennikarzami! Powiem więcej: media lokalne, a więc gazety powiatowe, są najsilniejszym, najzdrowszym segmentem polskich mediów. Po pierwsze, są zbudowane na polskim kapitale, często wywodzą się z biuletynów komitetów obywatelskich Solidarności. Patrzą władzy na ręce i płacą za to ogromną cenę. Obserwuję media lokalne, powiatowe od wielu lat. Opisywałem problemy, z którymi się borykają, na portalu Pogotowie Dziennikarskie należącym do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Prywatne, niezależne media lokalne są ważnym segmentem tego kraju. Natomiast problemem dla gazet lokalnych są bezpłatne biuletyny samorządowe. Zgadzam się z opinią Piotra Piotrowicza, wydawcy kilku gazet, m.in. „Gazety Jarocińskiej” – to jest gangrena. Są to gazety bezpłatne wydawane za pieniądze gminy lub powiatu, w każdym wydaniu jest po kilka zdjęć burmistrza czy starosty; to propagandowe gadzinówki, na które wydawane są publiczne środki. To wyrzucanie pieniędzy w błoto. 

Powiedział pan „gadzinówki” – czy przypadkiem nie obraził pan teraz samorządowców? Przecież mogą powiedzieć, że tak jak wszyscy mają konstytucyjne prawo do wolności słowa. 

Nie kwestionuję prawa samorządów do wydawania własnych biuletynów, zwłaszcza gdy ograniczają się do informowania. Natomiast bardzo często w Polsce są one wykorzystywane przez wielu samorządowców jako tuby propagandowe do promowania konkretnych osób, a nie do opisywana rzeczywistych dokonań, planów i prognoz, pokazywania mechanizmów zarządzania gminą. To niczemu nie służy. 

Podczas warsztatów „Akademia Dziennikarstwa”, które przeprowadził pan dla dziennikarzy „Wiadomości Wrzesińskich”, miał pan okazję poznać redakcję, przeczytać i przeanalizować teksty. Czy właściwie opisujemy to, co dzieje się na naszym terenie? Czy dziennikarze lokalni są profesjonalistami? 

Już to powiedziałem: dziennikarze lokalni są profesjonalistami. Dla ludzi w Warszawie Polska kończy się na Jankach. Prawdziwa Polska jest we Wrześni, w Pcimiu Dolnym, Żarach, Sejnach. Szacuje się, że dziennikarzy w Polsce jest od kilku do 25 tysięcy. Część z nich to osoby, które piszą teksty i jednocześnie zbierają reklamy – moim zdaniem to mija się z celem. Zadaniem dziennikarza jest informowanie lokalnej społeczności, objaśnianie mechanizmów, wyjaśnianie problemów. Polacy mają ogromne poczucie krzywdy – na prowincji, w małych miejscowościach jest potworna bieda, brakuje na jedzenie, ubrania, buty. Przy tym ogromnym poczuciu krzywdy, jakie mają ludzie, rola tych gazet, które rzetelnie piszą o tym, jak wydawane są publiczne pieniądze, jest nie do przecenienia. Poznałem wasz zespół, przeczytałem wasze teksty i to jest absolutnie profesjonalne dziennikarstwo. Nie ma potrzeby uczyć was pisania. Jeśli macie jakieś warsztatowe niedostatki, to one związane są ze złymi nawykami, z brakiem współpracy z tytułami na różnych poziomach. 

Na prowincji trudno o współpracę z różnymi tytułami, bo ich po prostu nie ma. A może to po prostu wymówka z mojej strony? 

Też mam rachunki do płacenia, rozumiem, że macie kredyty i dzieci, to jest oczywiste. Mamy w mediach od prawie dekady rynek pracownika, a nie pracodawcy. Dzisiaj jest bardzo trudno o zawodowego dziennikarza. U nas nie ma nawyku, który jest powszechny np. w Stanach Zjednoczonych, że ludzie przenoszą się za pracą 200 kilometrów od miejsca swojego zamieszkania. Jak pan ma tutaj korzenie, mieszka od 40 lat, ma szkołę dla dzieci, lekarza, przyjaciół i silne więzi, to pana obawy są naturale. Ale pan nie musi obawiać się o brak pracy. Gdyby pan się odważył w tym wieku zmienić otoczenie, na pewno pan by sobie poradził. 

Pracował pan w mediach lokalnych i wie pan zapewne, że gazetom lokalnym, tak jak tytułom ogólnopolskim, spadają nakłady. Do tego media lokalne mają nieuczciwą konkurencję w postaci biuletynów samorządowych. Często odnoszę wrażenie, że ludziom jest obojętne, czy czytają komercyjny tygodnik „WW”, czy bezpłatną samorządówkę. 

Założenie gazety lokalnej to zadanie długodystansowe. Wymaga czasu, ale przynosi efekty – i to może być silny biznes, bardzo dochodowy. Kilka lat temu największa gazeta lokalna w Polsce – „Gazeta Regionalna” z Żar – miała zysk miesięczny na poziomie 100 tys. zł. Ale rola gazety lokalnej jest trudna, bo musi patrzeć na ręce władzy, która tego nie lubi. Nie chcę przez to powiedzieć, że władza robi geszefty, kręci coś pod stołem albo akceptuje korupcję, ale niewątpliwe w Polsce jest nagromadzenie układów lokalnych, układów zamkniętych, takich jak w filmie Ryszarda Bugajskiego „Układ zamknięty”, gdzie ręka rękę myje, gdzie prokurator przyjaźni się z szefem policji, dyrektorem szpitala, burmistrzem – i rozgrywają swoje interesy. Nie twierdzę, że tak jest we Wrześni, ale w wielu miejscowościach tak jest. Ryszard Bugajski pokazał prawdę o Polsce. 

Zajmuje się pan problemem cenzury. Urzędowa cenzura nie istnieje od 28 lat, zatem gdzie ona dzisiaj jest? 

Komuniści uważali, że słowo obala trony. Dlatego cenzura zaraz od wystrzału Aurory była w Związku Sowieckim i została również wprowadzona demoludom, w tym również w Polsce. Cenzura jest zjawiskiem niezrozumiałym, ale starym jak świat. Pierwsza wzmianka o cenzurze była już w „Państwie” Platona, gdzie domagał się cenzurowania mitów greckich i poezji w ochronie dzieci przed demoralizacją. Nikt o zdrowych zmysłach nie uważa tego za naganne, bo jest to naturalne – ochrona dzieci. Cenzura jest również uzasadniona wtedy, gdy mamy do czynienia z tajemnicą dotyczącą bezpieczeństwa kraju. Jeśli cenzurę jako kaganiec nakłada się na twórczość, to jest to niedopuszczalne. Twórca powinien być całkowicie wolny. Jeśli twórca obraża uczucia religijne, co się zdarza, to od tego jest prawo cywilne i karne, a nie cenzura. Czy mamy cenzurę? Tak, mamy gigantyczną cenzurę. W kwietniu 1990 roku urząd cenzury został zlikwidowany za rządów Tadeusza Mazowieckiego, ale kilka miesięcy istniał, ponieważ politycy myśleli, że dziennikarze zaczną pisać coś przeciwko Moskwie. Nic takiego nie nastąpiło. 

Środowisku dziennikarskiemu ciąży przed wszystkim autocenzura. W zależności od redakcji, wydawcy lub naczelni jeśli nie mówią wprost, to dwuznacznie wskazują, jacy politycy, biznesmeni czy tematy są nie do ruszenia. 

Autocenzura była zawsze, szczególnie silna w PRL-u. Ona paraliżuje twórców, pustoszy duszę i umysły. Ludzie zawsze się bali – utraty pracy, wpływów. W PRL-u żyło się bezpieczniej, bo w PRL-u – gdzie nie było wolności słowa, nie mieliśmy paszportów w szufladach, tylko w komendach milicji – mimo to PRL dawał bezpieczeństwo socjalne. Mimo zniewolenia umysłów. Cenzura była wtedy prawą ręką propagandy. Dzisiaj jest prawą ręką kapitału. To, co dzieje się w TVN czy TVP Info, to są dwa przykłady skrajnej propagandy. Cenzurę mamy zresztą gigantyczną, autorzy nadal są na czarnych listach.

Thumb ww biernat

Filip Biernat

3 miesiące temu 23