List – byłem kolegą i przyjacielem Szczura

Panie Waldemarze, w jednym z poprzednich numerów „WW” opisał Pan historię naszego wspólnego znajomego Aleksandra Adamczaka. Chciałbym dorzucić do niej parę faktów, być może kiedyś się jeszcze Panu przydadzą.

Listy 9 miesięcy temu 0

Z Alkiem chodziłem do jednej klasy zarówno w podstawówce, jak i w liceum. Byłem jednym z jego najbliższych kolegów, często siedzieliśmy w jednej ławce. Do naszej paczki należeli także: Krzysztof Pałczyński (dziś znany ortopeda), Roman Błaszak, Jacek Krzywdziński (były nauczyciel).

Ksywkę „Szczur” otrzymał od nas w liceum; wcześniej wołaliśmy na niego Alex bądź Alcin, a nauczyciele określali go mianem „greckiego filozofa”, jako że często wdawał się z nimi w dość osobliwe dyskusje. Był dobry nie tylko w naukach ścisłych (odpisywałem od niego zadania domowe), ale także w języku polskim; pisał ponadprzeciętne wypracowania. Był również dobrym podwórkowym futbolistą. Często po lekcjach graliśmy w „nogę” na licealnym boisku; on w napadzie, ja na obronie.

Cała nasza paczka zaczęła sięgać po alkohol i papierosy w czasach licealnych (1968-1972) Pijaliśmy tzw. jabole i piwo oraz paliliśmy „sporty”. Dość spory zapas tych owocowych win znajdował się u „Szczura” w piwnicy. Skąd się tam wzięły? Otóż dziadek Alexa, pan Kulczak, był właścicielem karczmy przy ul. Warszawskiej (wówczas Lenina), co w komunistycznych czasach było dużą rzadkością. Wina te były na tyle stare i zmurszałe, że musieliśmy je przesączać przez gazę. Nie piliśmy często, gdzieś tak raz na tydzień, ale za to dość obficie. Balowaliśmy najczęściej w lokalach („Mordownia”, „Trzynastka”, „Tonsil”), na różnych imprezach, a także na łonie natury. Gdy byliśmy „wstawieni”, schodziliśmy z oczu rodzicom, co oczywiście nie zawsze się udawało i wówczas dostawaliśmy solidny „o.p.r.”, a po wytrzeźwieniu ostre, moralizatorskie pouczenia i ostrzeżenia.

Aleksander Adamczak, początek lat 90.

Alex raczej stronił od dziewczyn i na odwrót, co nie znaczy, że był jakiejś odmiennej orientacji seksualnej – absolutnie nie. Być może miał jakieś typowo męskie kompleksy, które z czasem zaczął topić w alkoholu (?). On i ja mieliśmy duże i dość specyficzne poczucie humoru; dostrzegaliśmy rzeczy zabawne tam, gdzie inni ich nie dostrzegali. Naszym ulubionym bohaterem popularnych wówczas kreskówek był Pies Huckleberry. Oglądaliśmy namiętnie każdy odcinek z jego udziałem, a następnego dnia komentowaliśmy go w szkole, zaśmiewając się do łez. Rozmawiając z Alcinem sam na sam, trzeba się było mieć nieco na baczności; równać do jego poziomu wiedzy, inteligencji, dowcipu i ironii. On był nie tylko mistrzem wiedzy o sporcie, ale także posiadał spory zasób wiedzy z historii, tudzież geografii.

W alkoholizm zaczął pomału popadać dopiero na studiach w Gdańsku, a potem w Poznaniu. Gdy wyjechał do Gdańska (z kolegą Krzywdzińskim), nasze kontakty i relacje mocno osłabły. Po jego powrocie do Wrześni nasze kontakty były już tylko sporadyczne. Właściwie rozpadła się cała nasza paczka. Wszyscy zdobyli jakiś zawód i wszyscy podjęli pracę. „Szczur” na jakiś czas załapał się do Meramontu.

Na parę dni przed śmiercią

Odwiedzałem go w jego domu jeszcze parokrotnie. Prawie za każdym razem namawiałem go do tego, żeby przestał tyle pić, bo wpadnie w alkoholizm, ale on nie chciał tego słuchać i drwił sobie z moich przestróg. Z pełnym przekonaniem twierdził, że w pełni panuje nad swoim piciem i że żaden alkoholizm mu nie grozi. Był mądrzejszy od wszystkich i chyba gdzieś, w głębi duszy, zawsze był o tej mądrości mocno przekonany.

Gdy zmarła mu mocno schorowana mama i skończyły się środki na życie i picie, zaczął stopniowo wyprzedawać wyposażenie domu. Sprzedawał wszystko, co tylko miało jakąś wartość. W końcu w domu zrobiła się pijacka melina i praktycznie przestałem go odwiedzać. Zajrzałem do niego jeszcze tylko jeden raz. Siedział na starym fotelu i czytał jakąś historyczną książkę. Pokazywał mi wysypkę na ciele powstałą po wypiciu wody brzozowej, narzekał na zdrowie i z pełnym przekonaniem obiecywał – jak zwykle – że już więcej nie będzie pić, że podjął ostateczną decyzję.

W domu na rogu ul. Słowian i ul. Wiewiórowskiego, na kilka dni przed śmiercią

Z czasem wypijał wszystko, co pachniało alkoholem: denaturat, borygo, wspomnianą wodę brzozową do włosów, wszelkiego rodzaju krople robione na alkoholu. Z czasem wystarczały mu coraz mniejsze dawki. Pił nawet wówczas, gdy miał wszyty „esperal”. Wiem, że przynajmniej raz był na odwyku, a także, że miał odsiadkę w zakładzie karnym (bodajże rok). O ile się nie mylę, siedział głównie za nieobyczajne zachowania w miejscach publicznych i związane z tym niezapłacone mandaty. Zrujnowany doszczętnie organizm w końcu odmówił mu posłuszeństwa.

Pozdrawiam

Jacek „Domin” Dominiczak

Fotografie 1993 – Waldemar Śliwczyński

Thumb img035

Waldemar Śliwczyński

9 miesięcy temu 0