Eugeniusz Plewiński, bankowiec, konferansjer, perkusista i świeżo upieczony emeryt

Rozmowa z Eugeniuszem Plewińskim, wiceprezesem zarządu Powiatowego Banku Spółdzielczego, społecznikiem, regionalistą, konferansjerem. Od kilku tygodni emerytem.

wywiad 6 miesięcy temu 0

„WW”: Przepracował pan w banku 49 lat. Jak bardzo zmieniła się bankowość od czasu, gdy rozpoczynał pan swoją karierę?

EUGENIUSZ PLEWIŃSKI: – Podczas uroczystości, kiedy żegnałem się z bankiem, powiedziałem, że co prawda pracowałem w banku prawie pół wieku, ale w tym czasie w bankowości przeminęła cała epoka. Zaczynałem, kiedy bankowcy posługiwali się jeszcze ołówkiem kopiowym, a do użytku dopiero wchodziły długopisy. Liczyło się wszystko ręcznie. Owszem, w latach 70. XX w. zaczęto wprowadzać pewne elementy małej mechanizacji, przede wszystkim pracy księgowych – wykorzystywało się do tego maszyny z NRD. Komputery pojawiły się w naszym banku w 1990 roku i od tego momentu w bankowości rozpoczęła się nowoczesność.

W jaki sposób pan trafił do banku?

Liceum skończyłem w 1968 roku, zdałem maturę i wybierałem się do studium nauczycielskiego. Jak to w życiu, coś po drodze nie wyszło i rozpocząłem pracę w Gminnej Spółdzielni „SCh” w Borzykowie jako inwentaryzator. To była umowa na czas określony, więc po kilku miesiącach prezes Olejniczak podziękował mi za współpracę. Po sąsiedzku był bank, dowiedziałem się, że jest tam wolny tzw. przejściowy etat od wiosny do jesieni i załapałem się tam w marcu 1969. Liczyłem się z tym, że stamtąd też wylecę, ale po odejściu jednej z pracownic zrobił się wakat i wszedłem w to miejsce. W związku z tym, że liceum niczego nie nauczyło jeśli chodzi o bank i księgowość, musiałem uzupełnić wykształcenie w dwuletnim studium ekonomicznym w Poznaniu. To była bardzo dobra szkoła, która mnie ukierunkowała w finansach i ekonomii. Później zostało jeszcze to ugruntowane ekonomicznymi studiami na Akademii Rolniczej.

Bankowiec to pana zawód czy powołanie?

Miałem wtedy ledwie 19 lat i łapałem pracę, jaka była. Nie myślałem o tym zawodzie jak o powołaniu. Po 3 latach pracy powierzono mi stanowisko głównego księgowego i tak to mnie wciągnęło. Nawet kiedyś z żoną dyskutowałem, czy bank był moją drugą, czy może pierwszą miłością.

Czy Powiatowy Bank Spółdzielczy to już korporacja, czy nadal bank hołdujący ideom spółdzielczym, kas zarobkowych przełomu XIX i XX wieku i walki żywiołów ekonomicznych polskiego i niemieckiego?

Choć to jest na wskroś nowoczesny bank, pracujący tak samo jak inne banki komercyjne, to jeszcze nie korporacja. To bank z tradycjami sięgającymi 1871 roku, pielęgnujący idee spółdzielczości, w duchu której mnie wychowywano. Ciągle funkcjonuje w strukturze spółdzielczej, zrzeszony w silnej kapitałowo grupie SGB, razem z 200 innymi BS. Są teraz w Polsce dwa zrzeszenia, ale wszystko zmierza prawdopodobnie w kierunku jednej centralnej struktury. Przewidujemy, że ten system kiedyś się zmieni. Jeśli chodzi o działalność banku, to na naszym lokalnym rynku może śmiało konkurować pod każdym względem z każdym, i naprawdę nie ma się czego wstydzić.

Skoro PBS tak dobrze się rozwija, to przez analogię można przypuszczać, że rozwija się Września i jej mieszkańcy. Ile w tym faktów ekonomicznych, a ile propagandy lokalnych polityków?

Trochę dobrej propagandy zawsze jest potrzebne, zwłaszcza jeśli ona służy promocji miasta czy regionu. Co się we Wrześni dzieje, to widać gołym okiem. Po okresie stagnacji wynikającej z likwidacji wielu zakładów, Września znalazła znowu swoje pięć minut. Jako osoba pracująca w banku obsługującym mieszkańców Wrześni i powiatu oraz lokalny biznes miałem okazję obserwować wiele poczynań biznesowo-finansowo-inwestycyjnych wrzesińskich przedsiębiorców. Rosnące ciągle obroty i zapotrzebowanie na kredyty inwestycyjne świadczyły (i chyba świadczą nadal) o rozwoju lokalnej gospodarki. Nie inaczej jest z mieszkańcami Wrześni i okolic. Aktualnie obserwujemy boom budowlany, i to nie tylko deweloperski. W przyspieszeniu rozwoju gospodarczego regionu nie bez znaczenia pozostaje umiejscowiona u nas fabryka Volkswagena wraz z innymi fabrykami towarzyszącymi. To dobrze wróży na przyszłość. Abyśmy tylko dobrze zagospodarowali ten czas i aby jeszcze za wszystkim podążyły zmiany infrastruktury, zwłaszcza komunikacyjnej.

Czy Kołaczkowo jest gospodarne?

Mówiąc o całej gminie i samej wiosce, na pewno tak. Możemy to zaobserwować chociażby po bardzo dobrych wynikach naszego kołaczkowskiego oddziału PBS, które odzwierciedlają miejsce Kołaczkowa na gospodarczej mapie powiatu. Bierze się to z naszej gospodarności i z ludzi, którzy tutaj są. Jesteśmy osadzeni w rolnictwie, a ono w tej chwili w gminie i Kołaczkowie zdecydowanie poszło do przodu. Teraz mamy nie tyle rolników, co już przedsiębiorców rolnych. To nasi klienci, którzy korzystają z kredytów, przynoszą swoje pieniądze i czuć to, że gospodarczo jesteśmy nieźle sytuowani, mimo że jesteśmy typowo gminą rolniczą.

Słyszałem na zebraniu wiejskim w Bieganowie w 2006, gdy Wojciech Majchrzak przestawał być sołtysem, a wybrano go właśnie na wójta, jak powiedział pan, że „będzie pan pierwszą osobą, która rzuci kamieniem w wójta, gdy pójdzie coś nie tak”. Czy miał pan okazję rzucić tym kamieniem? Czy będzie pan rzucał także w Teresę Waszak?

W stosunku do wójta Wojciecha Majchrzaka byłem zawsze krytyczny, zwłaszcza w tych momentach, gdy zauważyłem, że coś idzie w złą stronę. Jesteśmy spokrewnieni z jego żoną,dlatego miałem większą śmiałość w stosunku do Wojtka. Jeśli chodzi o panią Teresę, jest podobnie, choć już takiej śmiałości nie mam. Mam swoje zdanie, choćby ostatnio w sprawie fuszerek przy budowie drogi Kołaczkowo – Łagiewki czy Żydowo – Borzykowo Huby, ale na przykład bardzo podobają się mi nowe wiaty przystankowe w całej gminie. Potrafię dostrzec pozytywne rzeczy. Znamy się z panią Teresą z pracy w radzie powiatu i wiele spraw dotyczących gminy Kołaczkowo wspólnym wysiłkiem udało nam się przeforsować. Kamieniami w nią rzucał nie będę, ale na pewno pozna moje zdanie.

Znał pan wszystkich wójtów i naczelnika gminy Kołaczkowo. Niech pan się pokusi o ocenę wójt Teresy Waszak.

Niech za odpowiedź posłuży moje stwierdzenie, że jeśli będzie ku temu okazja, to będę głosował na panią Teresę.

Nie boi się pan wystąpień publicznych, lubi pan mikrofon – to obycie zdobył pan, grając w zespole muzycznym. Może pan o nim opowiedzieć? Bo młodsi tej historii nie znają.

Zespół nazywał się Synkopa. Zostałem do niego zaangażowany w 1972 roku i graliśmy do 1996. Grałem na perkusji. Kierownikiem zespołu był Ludwik Gromadziński, mieliśmy organy, dwa saksofony, klarnety oraz perkusję. To był dobry zespół weselny. Co dwa lata startowaliśmy w przeglądach organizowanych przez Powiatowy Dom Kultury, zdobywając albo pierwszą, albo „s” kategorię. To było granie na żywo – z tym, co jest dzisiaj, nie ma porównania. Czasami pracowało się po 17 godzin, a w przypadku perkusisty była to praca rękoma i nogami, a więc była to ciężka fizyczna praca. Załapaliśmy się też na granie dancingowe w motelu Agra w Raszewach. W czwartki graliśmy stare melodie, w soboty wesela, a w niedzielę dancingi. W zespole oprócz Ludwika Gromadzińskiego i mnie grała jeszcze Halina Mokracka i Jurek Nowacki. To z tego grania wybudowałem dom, bo przecież nie z urzędniczej pensji. Do przykładu, kiedy w banku zarabiałem 1000 zł, to jedno trzyskrzydłowe okno kosztowało 1030 zł, a więc za jedną pensją nie byłem w stanie kupić jednego okna.

A perkusja u pana skąd się wzięła?

Jak pracowałem jeszcze w Gminnej Spółdzielni w Borzykowie, nauczyciel muzyki z Pyzdr pan Włodarczyk prowadził tam zespół akordeonistów z sekcją rytmiczną. Zaprosił mnie na próbę, spółdzielnia kupiła perkusję i zacząłem na niej grać. Gdy pan Włodarczyk odszedł, zespół się rozsypał, kupiłem własną perkusję i muzykowanie kontynuowałem z innymi zespołami, a od 1972 r. z Synkopą. Dodam, że w tym przyzakładowym muzykowaniu w GS-ach uczestniczyli między innymi Jolanta i Grzegorz Tamborscy, Piotr Waszak i jeszcze kilka osób z Borzykowa i Kołaczkowa.

Na kim się pan wzorował jako perkusista?

Zawsze podobała mi się „oszczędna” gra Andrzeja Nebeskiego z zespołu Polanie i ABC. Lubiłem też podpatrywać grę mojego kolegi Roberta Kwiatkowskiego.

Czy pana jeszcze interesuje aktywne uczestnictwo w naszej lokalnej polityce?

Aktywne na pewno już nie, start w wyborach absolutnie wykluczam. Każdy ma swoje pięć minut – moje już minęło. Sporo napracowałem się najpierw w radzie gminy, potem osiem lat w radzie powiatu. Podczas ostatniego startu do rady powiatu w 2014, z listy WPS-u, zdawałem sobie sprawę, że nie mam szans na zwycięstwo jako lewicowy kandydat, ponieważ lewica poparcie w powiecie już straciła. Zawsze otrzymywałem sporo głosów, ale tutaj liczy się siła całej listy. Uważam siebie za człowieka lewicy i nigdy nie chciałem startować z ramienia innych komitetów czy partii.

Interesuje się pan również regionalistyką i historią.

Zaczęło się od historii naszego banku. Uważałem, że trzeba ją jakoś utrwalić dla potomnych. Właśnie kończę opracowanie, w formie pokazu multimedialnego, historii Banku Spółdzielczego w Kołaczkowie i Powiatowego Banku Spółdzielczego we Wrześni. Potem próbowałem odtwarzać i pisać o historii Kołaczkowa. Stąd też, z inspiracji wójta Jana Bilskiego, pojawił się pomysł gazety „Echo Kołaczkowa”, którą sam redagowałem i wydawałem za własne pieniądze przez siedem lat, 1990-1997. Potem wspierał mnie w tym dyrektor GOK, Edmund Kubis. Gazetka skończyła się dwoma jednodniówkami wydanymi z okazji 700.lecia Kołaczkowa. Wydałem także przewodnik po gminie Kołaczkowo, na kanwie którego gmina zrobiła swój. Powoli mnie to wciągało. W 2003 roku opisałem tragiczne losy mieszkańców Sokolnik podczas II wojny światowej. Opracowanie to noszące tytuł „Za wiarę i ojczyznę” zamieszczone zostało w „Kwartalniku Wrzesińskim” nr 16-17 z 2003 roku. Chcąc w jakiś sposób nawiązać do kołaczkowskich poczynań kulturalnych z 50.lat XX w., a mianowicie wiejskiego kółka teatralnego, w 1988 roku założyłem Kapelę „U Władka”. Na stałe występowali w niej oprócz mnie Piotr Olszewski, Grzegorz Tamborski, Stefan Nowak, Stefan Staszak. Przez wiele sezonów kapela ta uświetniała imprezy organizowane na terenie Kołaczkowa, i nie tylko. Zwłaszcza dobrze przyjmowane były występy z okazji dożynek, z tradycyjnymi przyśpiewkami. Epizodycznie popełniłem w życiu jeszcze parę wierszy. Niestety, teraz miałbym na to więcej czasu, ale brakuje chęci.

Co pan zamierza robić na emeryturze? Jakiś czas temu zapowiedział pan odejście także od konferansjerki, ale jak widzę, ciągle pracuje pan przy mikrofonie.

Trochę zaczynam w to wciągać wnuka Adriana. Nie po to, żeby mnie zastąpił, ale by mi po prostu pomógł. Zapewne pan wie, że każde takie wystąpienie publiczne to sporo przygotowań oraz nerwy i stres, a te w pewnym wieku mogą szkodzić. Może jestem niekonsekwentny, ale umówiliśmy się z panem Edziem Kubisem, że dopóki będzie dyrektorem, to będę mu pomagał. Owszem, pan dyrektor po mojej deklaracji szukał zastępstwa do prowadzenia „Szansy na sukces”, ale chyba nic z tego nie wyszło. Podejrzewam, że na przeszkodzie mogły stanąć choćby względy finansowe, bo ja nigdy za nic złotówki nie wziąłem. Do krytyki już się przyzwyczaiłem, już się nią nie przejmuję.

Czyli pan nie zniknie?

Zawsze mówiłem, że moje hobby to lenistwo, ale jak widać w tym lenistwie parę rzeczy udało mi się zrobić, wobec tego pewnie dopóki mi zdrowie pozwoli, to będę nadal konferansjerem. Zobaczymy.

Rozmawiał Filip Biernat

Wywiad ukazał się w „Wiadomościach Wrzesińskich 26 stycznia 2018 roku.

Thumb tem podsumowanie dai

Damian Idzikowski

6 miesięcy temu 0