„Dorobiłem się gospodarstwa, o jakim nawet nie marzyłem”. Rajmund Gąsiorek o swoim imperium

Wychował się w biednej, wielodzietnej rodzinie, dziś jest milionerem, który jeździ po świecie i spotyka się z głowami państw. Jednak jego życiową pasją ciągle pozostaje rolnictwo. Jaki naprawdę jest Rajmund Gąsiorek, jak dorobił się dużych pieniędzy i jakie ma plany na przyszłość?

sylwetka 8 miesięcy temu 11

„WW”: Jest pan uważany za największego hodowcę norek w Polsce, a nawet w Europie. Jednak nie zgadza się pan z takimi stwierdzeniami. Dlaczego?

R.G.: Bo największymi hodowcami w Polsce są zagraniczni hodowcy, np. Rosjanie. Ale o nich się nie mówi, bo Rosjanom nikt nie chce się narazić. Mamy w Polsce hodowcę, który jest największy na świecie – to Holender, który ma także fermy na Litwie i w Ameryce. Także Polak jest większym hodowcą ode mnie. Z drugiej strony Czerniejewa (5 km od Radomic – przyp. red.) też są trzy olbrzymie fermy nie należące do mnie.

Nie zmienia to jednak faktu, że pan również ma setki tysięcy norek. I ta liczba ciągle się zwiększa.

To prawda. Obecnie mam cztery fermy: w Pawłowie, Czerniejewie, Radomicach i Stroszkach. Latem zaczniemy budować kolejną fermę, gdzie znajdzie zatrudnienie ponad 70 osób. Naszym drugim kierunkiem, poza norkami, będzie hodowla drobiu. Przy obecnych możliwościach paszowych zakładamy, że możemy mieć jednorazowo 3 miliony kurczaków. Chcemy wybudować kilka takich ferm. Pierwsza najprawdopodobniej powstanie w Kawęczynie.

Ile osób teraz pan zatrudnia?

Na stałe ponad 300, a w sezonie dodatkowo około 250. Co ciekawe, mamy ciągłe braki w zatrudnieniu. Od razu mogę przyjąć na stałe 50 osób, w tym 20 kobiet, ale nie ma chętnych do pracy. Dziwnie to brzmi, ale taka jest prawda. A zarobki są u nas dobre – od 2 do nawet 7 tys. zł.

Kiedy w 1977 roku zaczynał pan swoją przygodę z rolnictwem, przypuszczał pan, że będzie pracodawcą dla tak dużej ilości osób?

Ależ skąd. Pochodzę z biednej rodziny. Ojciec zmarł, kiedy miałem 6 lat, nie mieliśmy dachu nad głową ani pieniędzy na życie. Pasłem krowy i marzyłem. Moją ojcowizną był kawałek ziemi. 6,5 hektara bez zabudowań. Jednak zanim zrozumiałem, że można z niej zrobić użytek, pracowałem za granicą. Po powrocie odwiedziłem fermę lisów w Noskowie i wtedy dotarło do mnie, że to jest to, co chcę robić. Miałem wtedy mieszkanie w Poznaniu, a ziemię w Czerniejewie. Do tego malucha z przyczepką. Pieniędzy wystarczyło mi na zakup trzech lisów. Przez pierwszy rok utrzymywałem się z dowożenia karmy z Poznania innym hodowcom. Potem te trzy lisy dały mi 16 małych. Otrzymałem też pomoc od jednego z mieszkańców Gniezna, który dał mi 10 lisich matek w zamian za 20 skór. Dzięki temu moje stado znacznie się powiększyło. Wszystko, co zarobiłem, inwestowałem w ziemię. Kupowałem ją gdzie tylko się dało. Kupiłem też stary wagon z kolejki wąskotorowej, który służył mi jako magazyn. Bywało, że w nim nocowałem. Chociaż inni rolnicy nie traktowani mnie wtedy poważnie, co roku zwiększałem swoją hodowlę o sto lub dwieście procent. I tak przez 25 lat. To mój chłopski głód ziemi sprawił, że dorobiłem się gospodarstwa, o jakim kiedyś nie śmiałem nawet marzyć.

Dziś nie hoduje już pan lisów, lecz norki, a gospodarstwo z 6,5 urosło do 3000 hektarów. Czy na takiej ilości ziemi pan poprzestanie?

Sądzę, że nie. Apetyt rośnie w miarę jedzenia i dziś wiem, że chciałbym mieć 10 tys. hektarów. Zawsze wierzyłem, że warto być rolnikiem. To trudna, ale opłacalna praca. Po 35 latach bycia rolnikiem to widzę, dlatego ciągle mam wizję rozwoju, zwłaszcza że hodowla staje się coraz przyjemniejsza, wchodzą nowe technologie i maszyny. Jako hodowca jestem już znany na całym świecie. Świadczy o tym ilość wyeksportowanych skór czy zdobyte nagrody na wystawach w Hongkongu, Mediolanie, Pekinie. To daje ogromną satysfakcję oraz pieniądze.

Skoro jesteśmy przy temacie pieniędzy... Wiem, że lubi pan klasyczne mercedesy, ale czy nigdy nie miał pan ochoty stać się posiadaczem np. luksusowego ferrari?

Jestem skromnym człowiekiem. Zamiast takiego wozu wolę kupić kolejny traktor. Cieszę się, że w gospodarstwie mamy 15 najlepszych na świecie ciągników firmy Fendt (cena jednego to blisko 1 mln zł – przyp. red.), że mamy cztery najnowocześniejsze kombajny tej samej firmy, że posiadamy porządny osprzęt. A samochody... Także je mamy, i rzeczywiście są to mercedesy. Dokładnie jest ich 20. Uważam, że jak się da pieniądze nierozsądnemu człowiekowi, to tylko krzywdę mu się zrobi. Zaraz żonę wymienia, kupuje właśnie szybkie samochody, wchodzi w układy z gangsterami. A potem musi załatwić sobie żółte papiery, żeby go nie zamknęli. Ja staram się tego uniknąć. Biorę świat na chłopski rozum, i chyba wychodzi mi to całkiem dobrze.

Sporo wydaje pan na inwestycje. Trudno na przykład nie zauważyć ogromnych silosów, które powstają w Radomicach.

Rzeczywiście, wyglądają imponująco. Jest ich czternaście i mogą pomieścić aż 50 tys. ton zboża. Obok nich znajduje się największa w Polsce suszarnia, która w ciągu doby może wysuszyć 1200 ton kukurydzy. Mamy też własną chłodnię na 13 tys. ton surowca oraz mieszalnię pasz (jej budowa pochłonęła ponad 14 mln zł – przyp. red.).

Z drugiej strony działki znajduje się również ogromny dom.

No tak. Jeszcze nie jest skończony, ale mogę zdradzić, że ma 600 m2. Myślę, że po tylu latach ciężkiej pracy zasłużyłem na wygodny dom.

Ma pan także domek dla gości, nowoczesny kort tenisowy, własne jezioro w kształcie uśmiechu i ogromną działkę.

To wszystko prawda. Ale proszę nie zapominać, że mam też 30 mln zł kredytów.

Dwa lata temu przejął pan spółkę Agropol i właściwie stał się pan przedsiębiorcą.

To nie tak. Nadal jestem zwykłym rolnikiem. A gospodarstwo... Może rzeczywiście zmieniło się w przedsiębiorstwo – ale rodzinne. Pracuję przecież wspólnie z żoną, dwoma synami, z siostrami, ich mężami i dziećmi. Każda z tych osób odpowiada za poszczególne działy. Syn Michał zajmuje się np. hodowlą bydła, którego obecnie mamy 2000 sztuk, w tym 800 krów mlecznych. Ceny mleka nie są rewelacyjne, ale i na produkcji mleka można wyjść na plus. Chcę się zmierzyć z tym wyzwaniem. Jest to jednak zadanie na lata i wymaga podejścia do tematu z rozwagą. Chcemy z synem wybudować nowoczesną oborę, z całym wyposażeniem, dla 2,5 tys. krów. Będzie to całkowicie skomputeryzowana obora. Chcę spróbować swoich sił w innej dziedzinie hodowli, ale w bardzo dobrym wydaniu. Zdaję sobie sprawę, że wybudowanie takiej obory to duży wydatek i konieczne będzie zaciągnięcie nowych kredytów. Norki na wszystkie przyszłe wydatki nie zarobią, ale zakładam, że kołem zamachowym w rozwoju całego gospodarstwa pozostaną norki. Chciałbym, żeby zapracowały one na nowe maszyny i oborę, więc pewnie konieczne będzie budowanie kolejnych ferm.

Ile rocznie sprzedaje pan skór norek?

To wszystko zależy od wielu czynników. Mogę powiedzieć, że na całym świecie produkuje się około 40 milionów skór, w tym 5 mln w Polsce. Około milion pochodzi z naszej okolicy. Co ważne, w ślad za nimi spływa do powiatu spora ilość euro, a większość z nich trafia na miejscowy rynek. Pamiętajmy, że są to pieniądze wyprodukowane tak właściwie z odpadów, które, niezagospodarowane, zatruwają środowisko. Norki karmi się przede wszystkim odpadami poubojowymi z kurcząt, rzeźni i ryb. Zjadają to wszystko, czego nie zje człowiek. W ciągu swojego życia zjadają prawie 50 kg paszy. Pozostają po niej: odchody, tuszka i skórka. Odchody służą jako nawóz, skórę sprzedajemy z zyskiem. Tak więc kilkadziesiąt kilogramów odpadów norka redukuje do najwyżej dwukilogramowej tuszki. Dlatego uważam, że dopóki nie brakuje nam odpadów poubojowych, można śmiało rozwijać hodowlę norek.

Sporo podróżuje pan po świecie, m.in. na aukcje skór. Gdzie one się odbywają?

Domy aukcyjne znajdują się w Helsinkach, Kopenhadze, Seattle i Toronto. Lubię obserwować aukcje, sprawdzać, ile kupcy płacą za skóry i jakie kupują najchętniej. Poza tym, to doskonała okazja do promowania naszego regionu, bo spotykam się tam naprawdę z wieloma znanymi osobistościami. Dodatkowo takie wyjazdy, czy pokazy mody futrzarskiej, pozytywnie mnie nakręcają do pracy.

Bywa pan też w Hongkongu, mieście, które uważa pan za stolicę świata.

Tak, uwielbiam to miasto. Można powiedzieć, że zakochałem się w nim.

Ponoć ma pan tam ulubionego krawca, który szyje dla pana garnitury.

Tak się jakoś złożyło, chociaż za garniturami specjalnie nie przepadam. Jednak te, które wychodzą spod jego ręki, są fantastyczne. Mogę też zdradzić, że mam słabość do butów. Na dobre jestem w stanie naprawdę sporo wydać, ale i odpowiednio o nie dbam. Czasami nawet łapię się na tym, że oceniam człowieka przez pryzmat butów.

Dużo osiągnął pan w życiu – ale czy sukces nie przysporzył panu wrogów?

Na pewno ich mam, ale wierzę, że przyjaciół mam więcej. I tego się trzymam.

Z czego jest pan najbardziej dumny?

Z tego, że mimo trudnych doświadczeń życiowych i nieudanego małżeństwa udało mi się stworzyć rodzinę. Że mam czterech synów, że znalazłem życiową partnerkę oraz że nigdy nie miałem żadnych spraw w sądzie. To, że tworzymy dużą, zjednoczoną rodzinę, jest dla mnie bardzo ważne. Zdaję sobie jednak sprawę, że bez odpowiednich finansów mogłoby to wyglądać inaczej.

W 2012 roku skończył pan 60 lat i po raz drugi się ożenił.

Z żoną Edytą jestem w związku od dwudziestu lat, jednak, rzeczywiście, zalegalizowaliśmy nasz związek niedawno. Wiele jej zawdzięczam. Wiem, że uważa mnie za pedanta, człowieka bardzo drobiazgowego. Ale to dla niej się zmieniłem. Stałem się bardziej przystępny, bardziej otwarty na ludzi.

Kupuje pan żonie futra?

Owszem. Bo czy można wrócić z pokazu mody bez nakrycia, które znany projektant uszyje specjalnie dla niej?

Sporo robi pan także dla lokalnej społeczności. Od lat organizuje pan własne dożynki gminne. A to nie wszystko.

Nie uważam, że robię coś wielkiego, ale faktem jest, że ufundowałem dzieciom z dwóch miejscowości obiady w szkole na cały rok, że gdzieś tam wybudowałem drogę czy chodnik. Organizuję także wigilię dla osób samotnych, a ostatnio ufundowałem nowe dębowe ławki do kościoła w Czerniejewie. Ale to wszystko nie ma znaczenia. Najważniejsze, byśmy wzajemnie się wspierali i szanowali, by ludzie zrozumieli, że żeby do czegoś w życiu dojść, trzeba chcieć pracować. 

Rozmawiała Dorota Tomaszewska

Artykuł ukazał się w „Wiadomościach Wrzesińskich” 15 lutego 2013 roku. 

Thumb tem podsumowanie dai

Damian Idzikowski

8 miesięcy temu 11