Bez mięsa można żyć! Szczęśliwi roślinożercy o wegetariańskim punkcie widzenia

Jedni uważają ich za dziwaków, inni myślą, że wegetarianie są bez przerwy głodni, bo jedzą tylko sałatę. Kolejni nie przestają się dziwić, że niedzielę można przeżyć bez schabowego.

sylwetka 2 miesiące temu 0

Kim są ludzie, którzy zdecydowali się wyeliminować ze swojej diety mięso? Czym je zastąpili i dlaczego zdecydowali się na taki krok?

Katarzynę Szymańską większość wrześnian zna jako projektantkę mody. Jej ubrania swego czasu nosiła m.in. Barbara Kurdej-Szatan. Kilka lat temu łatwiej było ją spotkać w Warszawie niż we Wrześni. Dużo pracowała, mało spała, jeszcze mniej odpoczywała. Jadła w pośpiechu, byle co, często fast foody i słodycze. W pewnym momencie jej organizm powiedział „stop”. Kasia, która zawsze była drobną osobą, schudła jeszcze bardziej, straciła energię do dalszej pracy, nie miała sił wstać z łóżka. Kolejni lekarze nie wiedzieli, jak jej pomóc. Badania nic nie wykazywały, a ona czuła się coraz gorzej. W pewnym momencie stwierdziła, że jedyną osobą, która może jej pomóc, jest... ona sama.

– Trzy lata temu przestałam jeść hot-dogi, hamburgery, zapiekanki, skrzydełka – nie dlatego, że przestały mi smakować czy z powodu mody, po prostu chciałam być zdrowa. I okazało się, że już po dwóch tygodniach odczułam poprawę samopoczucia – zapewnia Kasia. – Mięso nadwyręża wszystkie ludzkie organy wewnętrzne, a szczególnie trzustkę, która także bierze udział w procesie trawiennym. Kiedy je wyeliminowałam, organizm zaczął powracać do naturalnej równowagi, minęły dolegliwości, rozpoczął się proces regeneracji – opowiada.

Mimo że nie jadła mięsa i wędlin, w jej kuchni nadal gościły jajka, mleko, śmietana i inne produkty pochodzenia zwierzęcego. – Myślę, że po jakimś czasie organizm sam odrzucił wszystkie te produkty, wyeliminował to, czego już nie potrzebował. I tym sposobem wskoczyłam o jeden stopień w górę, stając się weganką. Natomiast moja dzisiejsza dieta jest oparta na surowym jedzeniu. Zostałam witarianką. Nie nazywam tego dietą. To styl odżywiania, który zakłada spożywanie surowych, naturalnych produktów bez tradycyjnej obróbki cieplnej, a więc bez gotowania, smażenia, pieczenia. Jest oparta na świeżych owocach i warzywach. To najlepsze dla naszego organizmu, ponieważ jedząc świeże produkty, dostarczamy organizmowi całą gamę niezbędnych składników – przekonuje Kasia Szymańska.

Jak przyznaje, jej styl życia spowodował na początku zdziwienie wielu ludzi. Tłumaczy jednak, że nie miała specjalnie wyboru. – Zaczęłam chorować i te dolegliwości długo nie ustępowały. Kiedy wzięłam zdrowie w swoje ręce i zmieniłam dietę, pojawiły się rezultaty. To był poważny argument. Ludzie niby są tolerancyjni i uważają, że inni mają prawo wyboru, ale jednak mają problem z jego uszanowaniem. Stawianie ocen, nie mając bladego pojęcia o temacie i nigdy nie próbując nawet wprowadzić zmian na swoim talerzu, jest dla naszego społeczeństwa typowe. Ostatnio byłam w restauracji ze znajomymi i jedna z osób stwierdziła: „Ciekawe, co nasza weganka sobie zamówi!”. To nieraz tak brzmi, jakbym w ogóle nie jadła. Okazuje się, że odejście od pewnego schematu powoduje u ludzi zdziwienie, strach, czują się nieswojo. Wiele osób drwi, żartuje – bywa, że są złośliwi. Nie rozumiejąc i nie akceptując czegoś, ludzie to odrzucają. Nie brakuje komentarzy o moim dziwactwie i ekstrawagancji. Niektórzy sugerują, że to mój pomysł na bycie oryginalną. Oczywiście już się przyzwyczaiłam i w ogóle się tym nie przejmuję. Każdy z nas ma tylko jedno życie i ma prawo przeżyć je tak, jak chce, z mięsem i chemią lub też bez, to sprawa osobista. Zawsze powtarzam: spróbuj zmian – wystarczą dwa tygodnie – i poczuj na własnej skórze, jak zmieni się twoje życie. Co zmieniło się w moim, odkąd wprowadziłam ten styl odżywiania? Mam więcej energii, wyglądam lepiej, nie podjadam, nie choruję, mam idealne wyniki badań krwi, nie mam wahań nastroju, jestem spokojniejsza, wzrosła moja samoświadomość, zaczęłam uprawiać sport, próbuję nowych smaków, a przede wszystkim stałam się wolna i szczęśliwa – podkreśla Kasia.

Swoim stylem życia zaraziła bliskie jej osoby. Jej rodzina metodą małych kroczków przekonała się, że życie bez mięsa istnieje, a ona sama stała się propagatorką zdrowego żywienia.

Hanna Mamzer, szefowa stowarzyszenia Czysta Nekla, jest znaną działaczką prozwierzęcą, prowadzi dom tymczasowy dla porzuconych psów. Trudno zliczyć, ilu zwierzętom pomogła, ile uratowała od śmierci, ilu znalazła nowy dom. Mięsa nie je od blisko dziesięciu lat.

– Chów przemysłowy jest jedną z najgorszych rzeczy, jakie robimy zwierzętom – twierdzi Mamzer. – Jestem o tym przekonana i dlatego staram się zminimalizować swój udział w tym procederze. Oczywiście nie jestem w stanie wykluczyć wszystkich produktów odzwierzęcych z szeroko pojmowanej konsumpcji, np. wszystkie leki są testowane na zwierzętach. Rezygnuję z tego, z czego mogę. Gdyby każdy z nas ograniczył swój negatywny wpływ na otoczenie, to zmienilibyśmy świat radykalnie. Sądzę, że na lepsze – mówi.

Działaczka podpisuje się pod tym, co powiedział kiedyś Peter Singer, znany filozof walczący o prawa zwierząt, w rozmowie z Jackiem Żakowskim: „Nie jestem radykalny, bo zjadam w samolocie sałatę z serem”. – Nie jem mięsa, ryb i nie kupuję nabiału. Jem warzywa, owoce, jaja z wolnego chowu, nasiona. Nie jestem radykalna, bo jem też ciasta, a w nich są mleko i jaja, o których nie wiem, skąd pochodzą. Staram się jeść przede wszystkim jak najmniej przetworzone rośliny sezonowe i należące do naszej strefy klimatycznej. Wbrew pozorom mamy ich bardzo dużo i są smaczne, choć zapomniane. Wiele z nich przez lata było uznawanych za potrawy biedy, mam tu na myśli chociażby pasternak czy rzepę. Te produkty nie są drogie, a często oponenci diet roślinnych mówią, że są one kosztowne. Oczywiście jest to pojęcie subiektywne, drogie są owoce, warzywa i nasiona importowane, ale nasze lokalne wcale nie – przekonuje Hanna Mamzer.

Jej styl życia jest czasem przyczyną różnych, także śmiesznych sytuacji: – Kiedyś kupowałam w Nekli mięso. Kiedy powiedziałam, że nie jem mięsa i to nie dla mnie, pani sprzedawczyni odpowiedziała: „A tak normalnie pani wygląda” – opowiada.

Marta Sokolska to studentka UAM. Obecnie pisze pracę magisterską na ostatnim roku lingwistyki stosowanej. Wraz z grupą znajomych założyła koło naukowe zajmujące się promocją wartości europejskich oraz praw człowieka. Mięsa nie je od pięciu lat.

– Przez ten okres nigdy nie spotkałam się z żadnymi problemami, które mogłyby być związane z moją dietą – mówi. Przyznaje, że mięso przestała jeść głównie ze względów światopoglądowych. – Uważam, że nasza codzienna przyjemność wynikająca ze zjedzenia nawet najsmaczniejszego kotleta nie jest warta cierpienia innej żywej istoty. Największym problemem jest dla mnie sposób, w jaki obecnie przebiega ubój. Jednocześnie bardzo pozytywnym zjawiskiem jest to, że w naszym mieście, ale też w całej Polsce, przybywa miejsc, gdzie można zjeść smacznie, a jednocześnie bezmięsnie. Wzrasta nasza świadomość i co za tym idzie, otwartość na nowe smaki – twierdzi Marta.

Maria Nowicka studiuje prawo europejskie, również na poznańskim uniwersytecie. Na początku studiów działała w oddziale Amnesty International. Mięso ze swojej diety wyrzuciła, kiedy zbliżała się do osiemnastki, czyli prawie sześć lat temu.

– Potraktowałam to jako prezent dla samej siebie w ramach podejmowania świadomych życiowych wyborów – mówi. – Głównym powodem tego przedsięwzięcia, zaraz obok względów etycznych, które może odstawmy na bok, bo nie do każdego trafiają, był dla mnie wpływ na środowisko. I tak, jako początkujący dorosły przerzuciłam się z torebek foliowych na płócienne, z wody butelkowanej na kranówkę, wreszcie z diety mięsnej na bezmięsną – wylicza.

Podobnie jak inni wegetarianie czy weganie, spotyka się ze stereotypami. – Walczę z nimi raczej w sposób bierny. Rodzina i znajomi, obserwując moje zwyczaje, sami doszli do wniosku, że to raczej zbiór nieuzasadnionych uprzedzeń. Ponad rok temu dietą roślinną zaraziłam też mamę, od tego czasu wspólnie odczarowujemy mity, serwując wegetariańskie dania podczas rodzinnych spotkań. Ten eksperyment polecam każdemu. Miny mięsnych entuzjastów dowiadujących się, że ich ulubiony świąteczny pasztet powstał z soczewicy, są nie do przecenienia – zapewnia Maria.

Karolina Barełkowska

Cezary Paprzycki

Artykuł ukazał się w „WW” 23 marca 2018 roku

Thumb tem podsumowanie dai

Damian Idzikowski

2 miesiące temu 0