Aktor, piosenkarz i showman. Artur Barciś wystąpił na scenie kościoła w Nekielce

Jest przede wszystkim aktorem, ale też piosenkarzem i showmanem. Było to widać podczas występu na scenie Anny Kareńskiej w kościele w Nekielce, który odbył się w niedzielę 15 września. 

kultura 14:42 20-09-20190 4

Artur Barciś oczarował publiczność swoim blisko dwugodzinnym występem. Żegnała go owacja na stojąco od widowni. Przed występem udało nam się porozmawiać z aktorem.

„WW”: Jak wygląda życie po „Ranczu”, które przez wiele lat było ważną częścią Pana życia?

ARTUR BARCIŚ: – Normalnie. Już cztery lata mijają od zakończenia serialu. Wiedzieliśmy, że jest to koniec tego projektu i przystąpiliśmy do innych zobowiązań. Chociaż oczywiście tęsknimy za tym serialem, bo to było coś wyjątkowego, coś niepowtarzalnego. Nigdy takiego serialu nie było i obawiam się, że nie będzie. Ale jest nadzieja, że wrócimy do tego projektu. W przyszłym roku mamy kręcić film kinowy, który będzie dalszym ciągiem tej historii pt. „Ranczo. Zemsta wiedźm”. To jest świetny scenariusz, który Andrzej Grembowicz napisał jeszcze przed śmiercią.

„Ranczo” stało się fenomenem społecznym i serialem, który przyciągał miliony widzów przed telewizory. I chyba dlatego osiągnął sukces, że opowiadał o polskiej rzeczywistości. Czy jest jakiś inny powód takiej popularności?

Myślę, że Ranczo opowiadało o naszych wadach narodowych w sposób życzliwy i pogodny. Oczywiście czasem też krytyczny. Czerepach (postać grana przez Artura Barcisia w „Ranczu” – przyp. red.) jest postacią niemalże karykaturalną. Ale jest też esencją polityka. Esencją, którą w dzisiejszych czasach część polityków niemal kopiuje. Ale to też dlatego, że scenariusz „Rancza” był bardzo dobrze napisany i też był krytyczny, ale jednocześnie zabawny. I myślę, że to jest klucz do tego sukcesu.

Postać Czerepacha była właściwie postacią negatywną, ale mam wrażenie, że w „Ranczu” nawet takie postacie były pozytywnie przyjmowane przez widownię. Też ma Pan takie wrażenie?

Tak, odczuwam to na każdym kroku – na ulicy czy w galeriach handlowych. Spotykam się z ogromnymi objawami sympatii, mimo że zagrałem postać negatywną. Starałem się tę postać wykreować. To nie jestem ja, Artur Barciś, tylko to jest zupełnie inny człowiek. To też nie jest Tadzio Norek (postać grana przez Artura Barcisia w „Miodowych latach” – przyp. red.), który został sekretarzem gminy w Wilkowyjach. Pewne dlatego publiczność widzi, że to jest po prostu aktorstwo i nie ma do mnie negatywnego stosunku. A Czerepach jest, jaki jest, ale mimo wszystko daje się lubić. A też na tym mi zależało.

Wspomniana przez Pana postać Tadeusza Norka w „Miodowych latach”, podobnie jak rola w „Ranczu”, to spora część pańskiego życia. Która z tych ról była ważniejsza czy też milej jest przez Pana wspominana po latach? Da się to jakoś określić?

Nie da się. To są dwie zupełnie różne role, realizowane w zupełnie różnych warunkach. „Miodowe lata” były kręcone w teatrze przy udziale publiczności, na żywo powstawał cały odcinek. Była to zupełnie inna technologia pracy. A „Ranczo” było po prostu serialem telewizyjnym w systemie 13 odcinków w każdym sezonie, z gotowym scenariuszem, ale kręconym niechronologicznie. To są dwa zupełnie różne światy, chociaż aktorstwo to samo. Trzeba po prostu wiarygodnie zagrać daną rolę.

„Miodowe lata” było jednym z pierwszych polskich sitcomów. Wyczytałem, że na początku nie był Pan przekonany, żeby w tego typu produkcji występować. Czy w trakcie występów w teatrze nad tą produkcją przekonał się Pan, że było warto?

Tak. Przekonał mnie Maciej Wojtyszko, którego znałem bardzo dobrze i miał reżyserować ten serial. Byłem sceptycznie nastawiony do sitcomu jako gatunku, bo ja czułem się przede wszystkim aktorem dramatycznym i takie wygłupianie nie podobało mi się. Nie lubię, jak aktorzy wygłupiają się na scenie czy w filmie. Maciej przekonał mnie, że „Miodowe lata” będziemy kręcili jak dramat. Zabawne sytuacje z punktu widzenia postaci będą sytuacjami dramatycznymi. I tak właśnie się stało. Kiedy Norek jest w rozpaczy, to jest w prawdziwej rozpaczy. Kontekst jest zabawny, natomiast on sam jest postacią tragiczną. Nękany przez żonę i swojego przyjaciela, od którego nie jest w stanie się oderwać. Woody Allen mówił, że komedia to jest tragedia, jeśli przydarzyła się komuś innemu.

Każdy ze wspomnianych seriali miał wielomilionową oglądalność. Według Pana, który z nich osiągnął większy sukces? Czy nie da się tego jednoznacznie określić?

Nie da się tego wartościować. „Miodowe lata” miały po 10 milionów oglądalności. „Ranczo” takiego wyniku nigdy nie osiągnęło i nie miało szans osiągnąć, gdyż zmieniły się media i docieranie do widzów. Ale to nie chodzi tylko o oglądalność. Największym sukcesem obu tych seriali jest to, że one ciągle są powtarzane. Sam ze zdziwieniem stwierdziłem, że właściwie codziennie, gdy sprawdzę program telewizyjny, to na jakimś kanale są powtarzane „Miodowe lata” czy „Ranczo”. Jeżeli po tylu latach ludzie nadal te seriale chcą oglądać, to mogę być szczęśliwy, że jestem aktorem, który miał okazję grać w obu tych produkcjach.

Jesteśmy przed występem nazwanym „Artur Barciś Show”. Co będzie chciał Pan przekazać osobom, które zasiądą na widowni urokliwego poewangelickiego kościoła w Nekielce?

To miejsce faktycznie jest urokliwe i też bardzo kultowe. Tutaj występowali tacy artyści, że aż mam tremę z tego powodu. Opowiadam o sobie, bo to jest przykład mi najbliższy, w sposób anegdotyczny i zabawny. Opowiadam, jak to jest być aktorem i jakie niespodzianki mogą spotkać aktora na scenie czy w ogóle w pracy. I przeplatam to piosenkami, które też dotyczą właśnie tych zdarzeń. Ćwiczę dykcję z publicznością. Staram się sprawić, żeby to był miły wieczór.

Fot. www.facebook.com/barcislandia

Thumb jagie%c5%82a

Radosław Jagieła

14:42 20-09-2019